sobota, 7 lutego 2015

Epilog

 Spoglądałem na ryby rzucające się ponad poziom wody i zastanawiałem się, po co to robią – z resztą już nie pierwszy raz. Nadal jednak nie potrafiłem znaleźć w głowie odpowiedzi na to, podobnie jak na wiele innych nurtujących mnie pytań. Lubiłem jednak przychodzić w to miejsce, ponieważ były tam idealne: cisza i spokój.
 Woda rzeki cały czas płynęła, podobnie jak czas, a ja nadal nie potrafiłem rozgryźć tego wydarzenia sprzed kilku lat. Od tego czasu próbowałem ułożyć sobie życie, jednak nie dałem rady. Milion razy obiecywałem sobie, że przestanę o Niej myśleć. Ona jednak prześladowała mnie przy każdej codziennej czynności. Cały czas wracałem myślami do wspomnień z tamtego okresu. Za każdym razem, gdy zamykałem oczy słyszałem Jej melodyjny głos i ten piękny śmiech. Widziałem przed sobą rozpromienioną twarz dziewczyny. 
 Tym razem też tak zrobiłem. Zamknąłem powieki, a ona stała przede mną, szczęśliwa. Widziałem każdy jej detal: mały, słodki nosek, wąskie usta, niebieskie oczy i długie, lekko kręcone, ciemne włosy. Dokładnie pamiętałem dołeczki w jej policzkach i nie równe, odstające obojczyki, drobne ręce, jak i długie nogi. Tęskniłem za nią. I cholernie mnie to dobijało. 
 Głośno westchnąłem i w duchu zbluzgałem się za to, że znowu przywołuję ten widok. Otworzyłem oczy, jednak obraz nie zniknął – nawet, gdy mrugnąłem kilkakrotnie, ona nadal stała przede mną na wydeptanej ścieżce. Wcale się nie uśmiechała – jej usta były otwarte, a w oczach dostrzegłem zdziwienie.
  – All... – zacząłem. – To naprawdę ty? – nie wiedziałem, co powiedzieć, ponieważ czułem się, jakbym zobaczył ducha lub się naćpał. 
  – Tomas – szepnęła. Nie ukrywała swojego zdziwienia, lecz cofnęła się o krok.
  – Nie uciekaj – szepnąłem.
  – Nie tym razem – rzekła, a następnie stanęła obok mnie.
 Oparłszy się o drewnianą barierkę, spojrzała w dół na wodę, a ja powędrowałem za jej wzrokiem. Nie zobaczyłem jednak nic szczególnego, dopóki nie spojrzałem znów na nią. Ona także niczego nie widziała – myślami była całkiem gdzieś indziej. Setki kilometrów stąd. Kilka lat wstecz. 
 Wiedziałem o czym myśli – ja myślałem o tym codziennie. O każdej chwili spędzonej z nią, o każdym dniu, o każdej najmniejszej sekundzie w jej towarzystwie.
 Zastanawiałem się, czy nie stoję właśnie kilka centymetrów obok ducha – zjawy, która zeszła na ziemię, ponieważ tak bardzo tęskniłem za moją All. Rozum mógł płatać mi figle... Chociaż, nie. Ona wyglądała na całkiem żywą, tylko po prostu trochę zaskoczoną. I starszą niż to sobie wyobrażałem.
 Staliśmy tak w milczeniu kilka minut, dopóki nie odezwałem się pierwszy.
  – Alison... Czy ty jesteś duchem? – spytałem.
  – Czy ja wyglądam na ducha? – uśmiechnęła się tajemniczo.
  – Więc jakim cudem... – głos mi się załamał. – Jakim cudem ty żyjesz? Gabriel słyszał, jak mówili, że umarłaś... 
 – Miło słyszeć – burknęła.
 – Uciekliśmy wtedy ze szpitala i już więcej go nie widziałem – domyśliłem się, że pewnie bardziej interesowało ją co działo się u Gabriela. Pewnie nawet wolałaby go tutaj zamiast mnie. – Jeszcze tego samego dnia wyjechałem... – czułem, jak po policzkach płyną mi łzy.
 Nie wstydziłem się tego. Po "śmierci" All płakałem przez kilka dni bez przerwy, a na samo wspomnienie tego okresu słone krople znów zbierały się w kącikach moich oczu.
  – Nie umarłam – rzekła. – W kilka dni doprowadzili mnie do porządku, więc po dwóch tygodniach zostałam wypisana. Podczas mojej operacji przywieziono dziewczynę, która prowadziła wtedy ten samochód. Okazało się, że była kompletnie pijana i niestety umarła gdy wieziono ją na OIOM – westchnęła. – Wyjechałam z ojcem tutaj i postanowiłam wziąć się jakoś w garść.
 – Ja także wyjechałem tutaj do domu matki – uśmiechnąłem się. – Mieszkaliśmy przez tyle lat tutaj, a ja nic o tobie nie słyszałem... – powiedziawszy to przypomniałem sobie jedną sytuację. – Dostałem zaproszenie na wystawę Belli, jednak nie pomyślałem, że mogłaś być to ty. Uciekałem od sztuki, gdyż za bardzo kojarzyły mi się z tobą – posmutniałem.
 – Zaczęłam od drobnych szkiców ołówkiem, malowanie pędzlem... Przez długi okres nie mogłam do końca sprawnie posługiwać się ręką. Drobnymi krokami na przód, aż w końcu się udało. Kilku osobom spodobały się prace Belli, więc dalej robiłam to, co kochałam najbardziej.
  – Ja nigdy nie mogłem mieć tego, co najbardziej kochałem... – wyznałem. – Nigdy nie mogłem zaznać prawdziwego szczęścia...
  – Wystarczy się postarać, postawić sobie cele, a nie marzenia... – zaczęła.
  – Nie, All – przerwałem jej. – Cele wyznaczał mi ojciec, żebym je zabijał. Tego, co tak bardzo zawsze pragnąłem, nie mógłbym nazwać celem. Pragnieniem, marzeniem, czy nawet szczęściem owszem.
  – Nie rozumiem...
 Spojrzałem na nią i wiedziałem, że to jest odpowiedni moment, że muszę jej wszystko powiedzieć. Nie mogłem dłużej czekać.
  – Ty byłaś moim marzeniem, odkąd ujrzałem cię po raz pierwszy. Ojciec kazał mi cię zabić, a gdy cię zobaczyłem... Po prostu nie mogłem tego zrobić, ponieważ zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia! Kurde, All... Jak bracia Foster zabili Mike'a, nie mogłem dopuścić do tego, aby stała ci się krzywda... Musiałem zaingerował, nawet kosztem własnego życia. I chociaż wtedy cię nie znałem, wiedziałem, że jesteś tego warta – złapałem ją za rękę, a następnie potarłem kciukiem jej knykcie. – Cały czas nazywałaś mnie starszym bratem, a ja chciałem po prostu, abyś stała się szczęśliwa...
  – To dla czego... – szepnęła.
  – Poznałem cię z Gabe'em? – dokończyłem za nią. – Ponieważ on zawsze był lepszy ode mnie. Stwierdziłem, że skoro widzisz we mnie starszego brata, to on da ci szczęście, założycie rodzinę... – Znów łzy zebrały mi się w oczach. 
 – Mój związek z nim nie był szczery – wyznała. – Był zbyt szybki i zachłanny. Myślałam, że go kocham, a nasze uczucie było czyste i dobre, ale to nie prawda. Gdy przenieśliśmy się tutaj poczułam się wolna. Jakbym w końcu zaczęła na nowo żyć. Zapomniałam o przeszłości i cieszyłam się przyszłością. Pierwszy raz widziałam teraźniejszość i nie pochłonięte czarnymi chmurami, tylko świeże, rześkie i przyjemne. To było życie dla mnie. Nie to co w stanach... – spojrzała na mnie. Wiedziałem, że wielki grymas gości na mojej twarzy, ale nie mogłem go powstrzymać. – Z czasem zrozumiałam, że nie jest to, czego tak bardzo pragnęłam.  Owszem, kochałam malowanie i cieszyłam się, że ktoś to docenił. Moje relacje z ojcem się polepszyły i on naprawdę starał się nadrobić te wszystkie lata, które straciliśmy. Później dostałam bardzo osobiste zlecenie... Miałam narysować obraz na podstawie zdjęcia. Włożyłam w niego dużo pracy i uczuć. I wtedy zrozumiałam. Chciałam mieć to co ta dziewczyna. Chciałam patrzeć na kogoś tym samym spojrzeniem co ona. W jej wzroku dostrzegłam bezgraniczną miłość. Uczucie, które ja nigdy nie doświadczyłam. Nawet będąc z Gabrielem. Nigdy nie poczułam do niego coś tak silnego – tym razem jej palce pieściły moją dłoń. To było bardzo przyjemne uczucie. – Gdy próbowałam sobie wyobrazić kogoś, kto mógłby być na tym miejscu, nie widziałam Gabriela. Tylko ciebie – wyznała. 
 Spojrzałem w jej oczy. Widziałem w nich dużo więcej niż kiedyś. Teraz jeszcze bardziej moje uczucie wzmocniło się do niej. A to wszystko dzięki temu spojrzeniu – hipnotyzującemu i przepełnionemu miłością. 
 – Czyli nie jesteś z nikim związana? 
 Dziewczyna zaśmiała się. Boże! Jak ja kochałem ten dźwięk!
 – Zdecydowanie nie. I wiem, że ty też – zmarszczyłem brwi. – Jestem córką przestępcy. Mamy ludzi wszędzie, więc nie trudno było dowiedzieć się o tobie czegokolwiek. Chociaż ojciec zabronił mówić mi o twoim miejscu zamieszkania – wyjaśniła. – Tak więc, wiedziałam wszystko, ale nie gdzie mieszkasz. 
 – Alison – powiedziałem, po czym objąłem ją w pasie. – Nie wiem czy nadal coś do mnie czujesz. I czy nie jest to zwykła przyjacielska miłość. I czy nie traktujesz mnie, jak brata – kciukiem przejechałem po jej policzku. – Ale chciałem się ciebie zapytać czy nie wyszłabyś ze mną na kawę, kolację lub nawet na koniec świata. Ale z Tomem, kolegą, a nie bratem?
 W odpowiedzi zobaczyłem tylko tajemniczy uśmieszek błąkający się po jej twarzy. Ujęła moją twarz w swoje dłonie, a ja wpatrywałem się w jej usta, które niebezpiecznie zbliżały się do mnie. Zamknąłem oczy, czekając na jej dotyk warg. A gdy to nastąpiło, wiedziałem, że już wszystko będzie dobrze. W końcu miałem w życiu coś, na czym mi najbardziej zależało. Miałem dla kogo żyć.
KONIEC

niedziela, 25 stycznia 2015

Życie jest zbyt krótkie, aby rozpamiętywać przeszłość.


ALISON

 Spędziłam w domu ojca kilka godzin, podczas których wyjaśniliśmy sobie kilka kwestii. Mniej więcej jego przyjaciele przeprosili mnie za to drobne "porwanie". Miało to na celu oddalenie mnie od Gabriela i Tomasa. Marny sposób, ale sposób... Mogli przecież zostawić mi jakąś wiadomość, albo zabrać w bardziej cywilizowane miejsce. Ale cóż... przestępców nie zrozumiesz. 
 Tak więc, w końcu doszliśmy do jakiegoś porozumienia w sprawie naszego nowego domu. Ojciec pozwolił mi wybrać dowolne miejsce na Ziemi, więc postanowiłam żeby nasz nowy dom znajdował się w Sydney. Zresztą, zawsze chciałam tam zamieszkać, a dodatkowy bonus w postaci znalezienia się bardzo, ale to bardzo, daleko od chłopaków był drobną rekompensatą za to, co mi zrobili. Chciałam już wyjechać i zapomnieć o tym co mnie spotkało. Zacząć wszystko od początku - jak mawiał ojciec. 
 Zadzwoniłam do Maddie, aby się z nią pożegnać. Ta oczywiście się rozpłakała i nakrzyczała na mnie, że i ja ją zostawiam. Nie wiem jakim cudem, ale chłopacy załatwili sprawę z Sophie. Tu była uznana za zaginioną i nigdy nie wyruszyła z nami nad jezioro. Brakowało mi jej... ale myślę, że w końcu pogodziłam się z jej śmiercią albo po prostu nie byłam z nią aż tak związana. Po pogrzebie Mike'iego nie wychodziłam z pokoju przez tydzień. Póki Tom nie zaczął się pojawiać regularnie w naszym domu, pewnie zostałabym tam dłużej. 
 Rozmowa z Gustavem także przebiegła szybko. Podziękowałam mu i zapewniłam, że nie zerwę naszej umowy ( w końcu byłam z nim przez rok związana, a przedwczesne zerwanie kontraktu powodowało iż musiałabym zapłacić mega olbrzymią karę). Obiecałam przysyłać swoje prace co kilka tygodni, a także pojawiać się czasem na wystawach. Oczywiście nie zdradziłam nowego miejsca pobytu. Wszystkim mówiłam, że chcę zwiedzić parę miejsc w Europie. 
 Rano wybrałam się na cmentarz, aby pożegnać się z Michealem. Niestety nim zdążyłam wrócić do domu dostałam nieprzyjemny telefon. Nancy niestety odeszła w nocy podczas snu. Długo płakałam. Jedynie myśl, że jeszcze dzisiaj stąd wyjadę trzymała mnie na duchu. Gdy Micheal odszedł, odeszła także cząstka mnie. Jednak gdy Nancy nas zostawiła, czułam żal, ale i jednocześnie ulgę, że już nie jestem żadnym długiem do spłacenia. Dlatego też ruszyłam do swojego mieszkania, gdzie mieli być ludzie od przeprowadzki. Wiedziałam, że gdy nie będę sama rozpacz nie będzie aż tak okrutna. I nie myliłam się. Przez następne kilka godzin moje myśli zajmowały pudła i rzeczy, które do nich wkładałam. Ustaliliśmy, że zabiorę tylko swoje rzeczy i kilka obrazów. Meble nie były mi w żadnym wypadku potrzebne, zwłaszcza, że ojciec miał na koncie dosyć sporo pieniędzy, które zapewniłyby dostatek jego i moich wnuków. 
 Gdy w końcu wszystko zostało spakowane, postanowiłam zajrzeć do Josha, aby i z nim się pożegnać. Akurat, gdy chciałam zapukać do niego, ten postanowił wyjść, przez co omal się nie zderzyliśmy. 
 - Alison! - krzyknął z wielkim uśmiechem na twarzy. - Boże, jak ja za tobą tęskniłem - przytulił mnie. - Co się z tobą działo, dziewczyno? 
 - Przepraszam, Josh - udałam skruszoną. - Miałam... problemy. 
 Zmarszczył brwi.
 - Czy to coś poważnego? 
 - Przeprowadzam się - wyjąkałam. - M... moja ciocia... Nancy, ona nie żyje - rozpłakałam się. 
 Chłopak zaprowadził mnie do salonu i posadził na kanapie. Przez chwilę pozwolił wypłakiwać się na swoim ramieniu, a gdy się uspokoiłam wstał, aby zrobić nam herbatę. Opowiedziałam mu o moim ojcu i prawdziwej sytuacji między mną a ciotką. I naszym wczorajszym spotkaniu... 
Istnieje taki ostatni dzień - przypomniałam sobie rozmowę z lekarzem. Tuż po tym, jak dowiedziałam się, że Nancy jest śmiertelnie chora i nie zostało jej dużo czasu, lekarz poinformował mnie o przebiegu całej jej choroby. Cały czas dostawała leki przeciw bólowe. Z czasem jej stan miał się pogorszyć, gdzie lekarstwa już by nie pomogły. Stałaby się zwykłą roślinką, aż w końcu by zmarła. Chyba, że ( jak w tym przypadku) czekał ją ostatni dzień, w którym czułaby się bardzo dobrze. Tak, jakby wygrała z chorobą i regenerowała swoje siły. Jednak już następnego dnia miało być gorzej. 
 Po niecałej godzinie mój telefon znowu zadzwonił. Ignorowałam telefony i wiadomości od Gabe i Toma, więc w końcu sobie odpuścili. Mój ojciec zadzwonił, aby poinformować mnie, że samolot już na nas czeka. Już przeszła mi ta ekscytacja tym, iż mój ojciec miał prywatny odrzutowiec. 
 Josh niechętnie pożegnał się ze mną i, gdy mu w końcu obiecałam, że jeszcze się spotkamy i będę do niego pisać, puścił mnie. 
 Ruszyłam w stronę studia należącego do Maxa. 


GABRIEL


 Wiedziałem, że Max nie przywita nas z otwartymi rękami. Ale nie spodziewałem się tego, że nawet nie będzie chciał z nami rozmawiać. Po prostu zamknął przed nami drzwi i kazał, cytuję : WYPIERDALAĆ. 
 Tak też zrobiliśmy. Ale wróciliśmy z powrotem. Powtarzaliśmy ten rytuał co godzinę. Przez cały dzień. 
 - Boże, Max! Zlituj się człowieku! - jęknąłem, waląc ręką w drzwi od studia. - Chcemy tylko wiedzieć, gdzie ona jest. Proszę...- wyszeptałem ostatnie zdanie, czując jak łzy zbierają mi się w oczach. Na samo wspomnienie o niej ogarniała mnie niewyobrażalna tęsknota i ból. Chciałem być przy niej. Znów poczuć ją na sobie, aby wiedzieć, że wszystko już będzie dobrze. 
 - Chyba powiedziałem, że macie spie... - umilkł, spoglądając w moje oczy. Wiedziałem, że widział w nich desperację. Zrobiłbym wszystko, aby ją znów odzyskać. 
 - Nie ma jej tutaj - westchnął. 
 - Ale ty wiesz, gdzie ona jest - warknął Tom. Szturchnąłem go w bok, aby się uspokoił. 
 - Nie, nie wiem. Rozstaliśmy się wczoraj w szpitalu. Mam nadzieję, że jej już tu nie ma - powiedział. - Po tym co się dowiedziała nie dziwię się, że od was uciekła. 
 - O czym ty mówisz? - zmarszczyłem brwi. Ten tylko się zaśmiał. 
 - Jak to o czym? Ona już wie, kto zabił jej przyjaciela. No i jest także ta dziewczyna, którą się pozbyliście. Jestem pewien, że uciekła od was jak najdalej. 
 - Coś ty jej powiedział?! - krzyknąłem, uderzając pięścią w drzwi. 
 - Prawdę - prychnął. - Zniszczyliście jej życie. Mam nadzieję, że zostawicie ją w spokoju... - jego wzrok powędrował za nami.
 Odwróciłem się i ujrzałem dwóch policjantów, którzy wyglądali mi na trochę, jakby znajomych. Młodszy gliniarz trzymał w dłoni list, zaś starszy wyciągnął kajdanki. Westchnął po czym zwrócił się do Tomasa, który teraz był blady niemal jak trup. 
 - Mówiłem, żebyś w nic się nie pakował... - szepnął policjant. - Tomasie Calvide. Jesteś aresztowany pod zarzutem morderstwa Micheala Donavana - chwycił i odwrócił mojego przyjaciela, skuwając go kajdankami. Tomas spojrzał na mnie przerażony. O co w tym wszystkim, kurwa, chodziło? Przecież to nie on go zabił. I gdyby nie pojawił się tamtej nocy przed galerią, Alison pewnie też byłaby martwa. Dzięki niemu Steve Foster nie zabił i ją. 
 Tuż po tym, jak metal zamknął się na jego dłoniach, usłyszałem rozpaczliwy pisk. Odwróciłem się i ujrzałem ją. 
 Alison stała kilka metrów od nas. Dłonią zakryła usta, a na jej policzkach widniały ślady łez. Cała się trzęsła. 
 - All - powiedziałem. Zrobiła krok do tyłu. - Alison! To nie tak, jak myślisz. On go nie zabił... - Choćbym nie wiem co powiedział, ona nie słuchała mnie. 
 - Nie zbliżaj się do mnie! - krzyknęła, wyciągając przed siebie ręce, jakby chciała mnie nimi zatrzymać. Ruszyłem w jej stronę.
 - Alison! - krzyknąłem, gdy ta odwróciła się i zaczęła biec. Nie pozostałem jej dłużny. Biegłem i wykrzykiwałem jej imię, lecz ona wciąż nie zatrzymywała się. 
 - Alison! - ponowiłem wołanie, jednak na nic. Dziewczyna skręciła, uciekając w stronę jej samochodu, znajdującego się na parkingu po drugiej stronie ulicy. I wtedy czas niemal się zatrzymał. Zwolniłem, spoglądając za siebie. 
 - Uważaj! - krzyknął Tomas, którego wpakowywali do radiowozu. Dopiero później dostrzegłem samochód, który zmierzał w naszą stronę. A tak dokładniej w stronę Alison. Odwróciła się w momencie, gdy auto niemal w nią uderzyło. Z całych sił wykrzyknąłem jej imię. Jednak na próżno. Dziewczyna zderzyła się z pojazdem. Jej ciało rozbiło przednią szybę, jednak później spadła na asfalt. Nie ruszała się. Pędem pobiegłem do niej. Bałem się ją dotknąć, aby bardziej jej nie skrzywdzić. Leżała tam i wykrwawiała się na śmierć. 
 - Wezwijcie, kurwa, pogotowie!!! 
 Dotknąłem jej ręki, a po moich policzkach spłynęły łzy. Płakałem. Pierwszy raz od kilku lat rozpłakałem się, jak dziecko. Nawet na pogrzebie rodziców nie płakałem tak, jak właśnie teraz. 


 Operowali ją od pięciu godzin. W tym czasie Tomas został oczyszczony z zarzutów i siedział tuż obok mnie. W rękach trzymałem ohydną szpitalną kawę. Pomimo próśb pielęgniarek nie wziąłem żadnych tabletek uspokajających. Musiałem trzeźwo myśleć, nawet gdy byłem pogrążony w bólu. Drzwi od sali otworzyły się. Wyszła przez nie drobna pielęgniarka. W jej oczach widziałem smutek. 
 - Proszę przejść na czwarte piętro - poinstruowała nas. - Zaraz przewieziemy pacjentkę do sali. 
 - Co z nią? - odezwał się Tomas. 
 - Jesteście z rodziny? - zapytała. 
 - Brat - warknął przyjaciel. 
 - Narzeczony - odpowiedziałem kobiecie. 
 - Lekarz zaraz się z wami spotka. Jej stan... - westchnęła. - Nie będę was okłamywać. Nie jest najlepiej, ale zrobiliśmy co mogliśmy. W ciągu kilku godzin dowiemy się co dalej. 
 Mój telefon znowu zadzwonił, a w międzyczasie pielęgniarka weszła z powrotem na salę. Spojrzałem na Toma, który także bawił się komórką. Skinął na mnie i obaj wyszliśmy na zewnątrz. Byłem wkurzony, że ktoś znowu mi przeszkadzał. Powinienem być w środku i czekać na wiadomości. Czekać na moją małą All. Jednak mieliśmy niewielki problem. Wraz ze śmiercią ojca Toma, to właśnie jego syn stał się jedynym dziedzicem. O dziwo tak też znajdowało się w testamencie. Tomas dziedziczył wszystko. Bez wyjątków. Obydwoje leżeliśmy po uczy zakopani w jego sprawach. Mianował mnie swoim zastępcą, więc do mnie też wydzwaniali. Musieliśmy stawić się w przyszłym tygodniu w jego firmie w Nowym Jorku, aby podpisać jakieś zasrane papiery, związane z przejęciem tego całego gówienka. Warknąłem do ostatniego rozmówcy i rozłączyłem się w trakcie jego wypowiedzi. Wróciłem do szpitala, zostawiając przyjaciela na zewnątrz. 
 W środku znów panowało życie. Pacjenci wyszli ze swoich sal i spacerowali po holu. Kilka pielęgniarek krzątało się między nimi. Minąłem sale operacyjną i skierowałem się ku windzie. Wraz ze mną weszły do niej dwie pielęgniarki. Wyglądały, jakby właśnie skończyły operację. 
 - Spędziłyśmy tam pięć godzin! - warknęła jedna do drugiej. - I co się okazuje?!
 - Och, nie marudź Liv - westchnęła ta druga. - Wiedzieliśmy w jakim jest stanie. To cud, że nie umarła na sali. 
 Jej koleżanka prychnęła. 
 - Umarła w drodze na czwarte piętro. Ale mi to różnica. Mogła zginąć w tym wypadku i nie mielibyśmy żadnej roboty. 
 Moje życie stanęło w miejscu. Mózg zignorował dalszą rozmowę tych kobiet, chociaż miałem ochotę powiedzieć im kilka słów. Niezbyt miłych. Odszedłem od windy, próbując wyjść na zewnątrz. Chwiałem się i wpadałem na wszystko przede mną. Gdy w końcu udało mi się wydostać z tego budynku, poczułem wszystko ze zdwojoną siłą. Tomas obrzucił mnie zaciekawionym wzrokiem. Nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy i to powiedzieć, dlatego też minąłem go i stanąłem tuż za nim. 
 - Ona... ona odeszła - szepnąłem, czując w gardle ogromną gulę.
 A wraz z nią wszystko co dobre w moim życiu.


To już jest koniec, nie ma już nic.
Jesteśmy wolni, możemy iść.


Chciałabym wszystkim podziękować, którzy wiernie śledzili losy bohaterów Shadow of a fallen star. To już jest mój ostatni rozdział, a w najbliższym czasie Katarina udostępni Epilog.
Jeszcze raz dziękuje Wam <3
Pozdrawiam
Seoanaa :3