poniedziałek, 15 grudnia 2014

Nowy początek - początek wielkiej ucieczki.

***Alison***

 Gdy uchyliłam powieki, moim oczom ukazała się chłodna, ukryta w cieniu posadzka. Kamień z którego była zrobiona był zimny jak lód, przez co miałam dreszcze na całym ciele. Powoli podniosłam się mając nadzieję, że doda mi to trochę sił. Nie wstałam jednak od razu do końca, tylko usiadłam na moment i przyjrzałam się otoczeniu.
 Wszędzie było pełno kurzu i brudu, a jedynym źródłem światła były malutkie, zakratowane okienka znajdujące się tuż pod sufitem. Zamiast drzwi także były metalowe pręty, jednak z powodu ciemności panujących na korytarzu nie miałam pojęcia, co się za nimi znajduje. Zauważyłam także Max'a chodzącego w tą i z powrotem po pomieszczeniu. Nie patrzył się wcale w moją stronę.
 - To chyba jakiś żart – wyszeptałam.
 Scena, którą oglądałam, przypominała mi film. Czułam się jak główny bohater siedzący w celi więziennej bez pryczy i oczekując na jakiekolwiek wieści. Może nawet wyglądało to jak lochy, a nie cela w cywilizowanym świecie. Zastanawiałam się, po jaką cholerę mnie tu ściągnięto i czego ode mnie oczekiwano. Ja w końcu chciałam tylko prowadzić normalne życie...
 Spojrzałam na współwięźnia, ale ten jednak nie wykazywał zainteresowania moją osobą. Znudzony staniem usiadł na ziemi po turecku i zaczął wpatrywać się w swoje ręce.
 - Max – zawołałam, ale ten jednak nie zwrócił na mnie uwagi. Powtórzyłam więc jego imię.
Chłopak odwrócił się do mnie, jednak jakby mnie nie widział. Jego wzrok wpatrywał się w przestrzeń za mną, a mimika nie wyrażała żadnych emocji. Widziałam, że miotały nim smutek i obawa, lęk i przerażenie. Miałam nadzieję, że mieszanka tych uczuć nie jest wybuchowa.
 - Max, co my tutaj robimy? - zaczęłam od najbardziej ważnego pytania.
 - Zmusili mnie - wyznał. - Przepraszam...  
 - Max, kto cię zmusił? - oczekiwałam konkretów, jednak mówiłam do niego, jak do dziecka. Miałam wrażenie, że uderzył się w głowę.
 - Jacyś ludzie. Mężczyźni. Chcieli ciebie. Inaczej zabiliby mi siostrę.
W jego oczach pojawił się gniew i złość. Wiedziałam, że człowiek o takich oczach jest zdolny do wszystkiego. Powoli ogarniał go amok, który zasłaniał mu cały obraz, który miał jeszcze przed oczyma. Chłopak jednak w ostatnim momencie zdusił te emocje w sobie. Bałam się momentu, w którym w końcu wybuchnie i rozleci się na miliony kawałków, uderzając w samo serce przeciwnika.
- Wiesz, jak się stąd wydostać? - zapytałam, z nadzieją w głosie.
- Myślisz, że gdybym wiedział, stałbym tutaj jeszcze? - jego twarz przybrała ludzki wyraz. - Coś wymyślę – obiecał.
 Nic mu na to nie odpowiedziałam. Rozejrzałam się jeszcze raz, jednak nadal nie miałam pojęcia, co mogę zrobić dalej. Wiedziałam, że moi chłopcy od razu wybrnęliby z tej sytuacji, jednak ja nie byłam nimi. Nie mogłam się nawet z nimi skontaktować – nawet, jeżeli chciałabym. Nie chciałam.

 Po głowie cały czas chodziły mi słowa Max'a. „Jestem ciekaw kogo wybierzesz tym razem. Chłopaka, który zabił twojego najlepszego przyjaciela, czy przyjaciela, który zabił twoją przyjaciółkę." Chciałam móc powiedzieć, że nic z tego nie rozumiem – rozumiałam jednak wszystko, każde wypowiedziane słowo, każdą literkę.

- Max, mam ostatnie pytanie... - zaczęłam nieśmiało. - Chodziło ci o Sophie, prawda?
- Tak mi przykro, All – powiedział chłopak, po czym mnie przytulił. - Ci mężczyźni pokazali mi nawet zdjęcie, jak leży w pokoju, a nad nią stoi Tomas...
- To straszne... Widziałeś także zdjęcia, jak Mike... - czułam, jak łzy spływały mi po policzkach.
- Ciii, tak widziałem, ale to już bez znaczenia... To są źli ludzie – powiedział do mnie, a ja miałam ochotę umrzeć.
 Po chwili tatuażysta mnie puścił, a następnie obydwoje usiedliśmy na ziemię. Oparłam się o niego, ale nic nie mówiliśmy. On był zły, ponieważ jego przyjaciele oszukiwali go przez cały czas, a on nie raz ratował im tyłki. Ja natomiast nadal widziałam osuwającego się na ziemię Mike'a oraz wszystkie szczęśliwe chwile z Gabriel'em.
 Ja również byłam wściekła. Nie rozumiałam, jak oni mogli zrobić mi coś takiego. Obydwoje byli winni – co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. Kiedy zginął mój przyjaciel, dziwnym trafem nagle pojawił się Tomas i uratował mnie. Od tamtego czasu zajmował się mną z troską i oddaniem. Nasuwało mi się jednak pytanie – po co to robił? Wiedziałam, że w międzyczasie zakochał się we mnie, jednak miałam nadzieję, że to tylko chwilowe uczucie. Nie stało się to jednak pierwszego dnia naszej fatalnej znajomości – narodziło się dopiero po czasie. Dlaczego więc ja?
 Do Gabriela także straciłam resztki zaufania. Pojawił się w moim życiu za sprawą Toma, a w dodatku to on był przyczyną mojego nieszczęścia. Od niego wszystko się zaczęło. Domyślałam się, że doskonale to sobie zaplanowali – od początku do końca. Obydwoje byli tego samego dnia w tym samym miejscu, a teraz w moim życiu...
 Przypomniałam sobie nasz wyjazd oraz Wandę. Po wypadku zupełnie zapomniałam o tym, co się tam działo, ale teraz wszystko powróciło. Słowa Toma „Zabijemy cię”, oraz Gabriela „Co na to powie All?”.
Poczułam mocniejszy uścisk Max'a.
- Nie płacz, to nie pomoże – chciał mnie pocieszyć.
- Wiem o tym. Już nie będę – obiecałam bardziej sobie, niż jemu. - Wpakowałam się w niezłe bagno.
- To nie ty się w nie wpakowałaś – poprawił mnie. - To oni cię w nie wpakowali. Pytanie tylko, co musisz zrobić dalej?
No właśnie. To było priorytetem – co stanie się, gdy wydostane się z celi? Gdzie się udam i co dalej ze mną będzie?
- Jeżeli przeżyjemy to, co ma się tutaj wydarzyć, albo zabiję siebie, albo zabiję ich obydwu.

***Gabriel***

 Udało mi się przedostać Toma mieszkania dziewczyny. Ze smutkiem stwierdziłem, że Alison tam nie ma, jednak przypomniałem sobie sms'a od niej. Pisała w nim, że jest u siebie w mieszkaniu z Max'em i sąsiadem-gejem. Miałem nadzieję, że jest bezpieczna, ponieważ musiałem zająć się własnym przyjacielem.
 Położyłem chłopaka na jego łóżku i przykryłem kołdrą. Zdawałem sobie sprawę, że po całonocnym piciu i ćpaniu będzie spał długo i obudzi się z niezłym kacem. Zdenerwował mnie tym do potęgi, ponieważ nienawidziłem sprzątać po kimkolwiek. On nie dość, że sprowadził jakiegoś typka do mieszkania, to na dodatek miał w dupie wszystko wokół. Nie myślał o bezpieczeństwie All, tylko o własnym szczęściu.
 Bałem się, że znowu wróci do nałogów. Nie chodziło mi nawet o trawkę, bo to może być problem dorastających nastolatków. Bardziej martwiłem się frytą. Amfetamina niszczyła mu mózg i sprawiała, że stawał się innym człowiekiem. Kiedy poprzednim razem wpadł w ciąg nawet niczego nie zauważyłem. Może miał poważną minę, nic nie jadł i nie spał, ale to nie zwróciło mojej uwagi. Co się z nim dzieje zrozumiałem dopiero wtedy, kiedy zbyt pochopnie naciskał za spust w pracy, a potem przyłapałem go ze łzami w oczach nad kreską.
 Kiedy wszedłem do PuBless i ujrzałem go kończącego kolejnego drinka z kartą kredytową w ręce, od razu wiedziałem o co chodzi. Na dobitkę obok niego leżała pełna popielniczka blantów z haszu i tytoniu. Bałem się, że jego serce nie wytrzyma któregoś takiego wyskoku.
Podszedłem do mężczyzny na krześle i zerwałem taśmę z jego twarzy.
- Panie, oddam wszystko, ale wypuść mnie pan... Nie mogę umrzeć, właśnie urodził mi się syn! - płakał.
Miałem ochotę zabić Tom'a. Okazywało się, że zwinął nie tego faceta co trzeba, a na dodatek przetrzymywał go u nas w mieszkaniu.
- Wypuszczę cię, a ty nie mów nikomu ani słowa. Zaszła pomyłka – powiedziałem tak przekonująco, jak potrafiłem, a następnie wypuściłem go na wolność.

***Alison***

 Miałam dosyć czekania, a w dodatku nie chciałam być znaleziona. Przestałam płakać całkowicie i wstałam na własne nogi. Czułam, że żołądek zassał się i skurczył z głodu, jednak starałam się nie zwracać na to szczególnej uwagi. Priorytetem stało się wyjście z celi.
 Podeszłam do okienka i przywiesiłam się na nim, jednak pręty ani drgnęły. Trochę się zdenerwowałam i mocnym kopniakiem potraktowałam drzwi. Okazało się, że wcale nie były one zamknięte – bezwładnie odbiły się od ściany i wróciły na swoje miejsce.
Popatrzyłam na współwięźnia, a on na mnie.
- Jesteś pewny, że nie da się stąd wyjść? - uśmiechnęłam się.
- Nie wpadłem na to, że mogą być otwarte... - przyznał.
Powolnym krokiem weszliśmy w ciemność i badając rękami ściany posuwaliśmy się powoli do przodu. Nie widziałam kompletnie nic, jednak miałam w sobie dużo odwagi. Do niej doszła euforia, gdy nacisnęłam klamkę i oblało mnie światło. Moim oczom ukazał się las.
 Słońce niedawno wstało i oblało promieniami ziemię. Drzewa miały kolorowe liście, które zmieniały barwę w zależności od natężenia padających na nie promieni słońca. Było jeszcze mnóstwo mrocznych zakamarków, jednak wcale się nie bałam. Patrzyłam się na zielony mech porastający powyginane konary, gałęzie oraz opadłe liście i wiedziałam, że to nowy początek.

***
Dzisiaj Seoana ma roczek <3 a Dokładnie Ostatni Taniec! :D Życzę dalszych sukcesów :*

sobota, 29 listopada 2014

Kochasz ich. Obu. Ale boisz się wybrać właściwego.


 - Gabe... To oni - powiedziała drżącym głosem. - Widziałam ich pod blokiem.
Byłem cały spięty. Szczególnie gdy przed sobą miałem widok dobrze bawiącego się Toma w towarzystwie naszych wrogów.
 - Wracaj do domu - lekko okręciłem ją delikatnie popychając w stronę wyjścia. Widziałem protest w jej oczach, ale posłusznie udała się do wyjścia. Podszedłem do baru i stanąłem tuż za swoim przyjacielem. Położyłem mu dłoń na ramieniu.
 - Ha! - krzyknął na mój widok. - Wygrałem! Wyskakiwać z chajsu, cioty - zwrócił się do swoich towarzyszy.
 Na blacie pojawiły się dwa dwudziestodolarowe banknoty, które Tomas zaraz schował do kieszeni. Uniósł rękę na znak barmanowi, aby ten ponownie polał.
- Co cię sprowadza w moje skromne progi, Gabrielu?
- Ty, idioto. Przyszedłem po ciebie - chwyciłem go za koszulkę, jednak zanim podniosłem go, bracia Foster wstali i przytrzymali mnie uniemożliwiając jakikolwiek ruch.
- Spokojnie, chłopaki - odezwał się Tom. - Mów czego chcesz - tym razem zwrócił się do mnie.
Zająłem miejsce tuż obok przyjaciela.  Spojrzałem na niego, czując jednocześnie ulgę i rozczarowanie.
- Co oni tutaj robią?
- Dotrzymują mi towarzystwa - wzruszył ramionami. - No wiesz... Mój przyjaciel był zajęty pieprzeniem MOJEJ przyjaciółki, więc musiałem znaleźć sobie kogoś innego.
 Wypił kolejnego drinka i ponownie złożył kolejne zamówienie. Spojrzałem na Pablo, który potulnie wycofał się do tyłu, unosząc do góry ręce w geście kapitulacji.
- Więc mamy problem - mruknąłem pod nosem. - Mówiłeś, że ci to nie przeszkadza. Sam nas, kurwa, ze sobą poznałeś! Tomas! O co ci chodzi?!
- O co mi chodzi? - zakpił. - I ty się jeszcze pytasz o co mi kurwa chodzi?!
Spojrzał na mnie z mordem w oczach. Przeczuwałem, że ten wieczór nie skończy się tak dobrze, jak przypuszczałem.
- Tak - warknąłem. - Nie wiem w co ty grasz, ale stawką jest życie Alison. I może ty masz ochotę bawić się z naszymi wrogami, ale mi na niej cholernie zależy. Więc wybacz, że nie wiem o co ci chodzi.
Chłopak poprawił się na stołku.
- Siedząc tutaj, miałem trochę czasu na przemyślenie kilka spraw - wyznał już łagodniejszym głosem. - Jeśli Rayan rzeczywiście był ojcem Alison, to mamy przejebane. Będą chcieli aby ona zajęła miejsce swojego ojca.
- Wiem - przyznałem niechętnie. - Nie chcę, aby i ona została wciągnięta w to gówno.
- Chociaż nie wiem jakbyśmy tego nie chcieli, ona ma to we krwi. Podejrzewam, że jakbym dał jej broń bez trudu umiałaby się nią posługiwać. Ona jest stworzona do takiego życia. A jak już raz zasmakuje krwi, tak łatwo nie odpuści...
- O nie! Alison nie jest taka! Ona nigdy nikogo by nie skrzywdziła - zaprotestowałem.
- Wiem co mówię, Gabe. Widziałem to w jej oczach. Najlepszym rozwiązaniem byłoby dla niej wyjechanie stąd jak najdalej. Nowe miejsce, nowe życie. Proste.
- Ale tu jest jej życie - westchnąłem. - Tu się wychowała, ma pracę i mieszkanie... Nie wiem, czy ot tak będzie chciała wyjechać.
 Tomas jakimś cudem dorwał kolejnego drinka, którego bez skrupułów wypił. Rękawem wytarł krople alkoholu spływające mu po brodzie. Dziwiłem się, że po wypiciu takiej ilości i wzięciu Bóg wie czego jeszcze, on potrafił tak dobrze się trzymać.
- Ale nadal mi nie wyjaśniłeś jakim cudem pojawili się tu bracia Foster - mruknąłem.
- Bo...- zaczął, po czym rozejrzał się po sali. Gdy jego przerażony wzrok skupił się na mnie, wiedziałem co chciał mi przekazać. Bracia Foster zniknęli.
Wybiegłem jak najszybciej z pubu. W głowie miałem tylko jedno słowo, które mną kierowało.
Alison.



Alison


 Wychodząc z pubu nie wiedziałam gdzie mam się udać. Tak naprawdę byłam strasznie wkurzona na Gabe'a i chciałam na niego zaczekać. Chociaż obiecał mi, że nic nie będzie przede mną ukrywał, a tym bardziej odsuwał od sprawy, czułam, że tym razem powinnam iść. I w żadnym wypadku nie czekać na chłopaków.
 Jedyne miejsce, które przyszło mi do głowy było moje mieszkanie. Zamówiłam taksówkę i już po paru minutach byłam na miejscu.
 Budynek nie zmienił się w ogóle. Wciąż był kolorowy i piękny. Tym razem odpuściłam sobie schody i postanowiłam jechać windą. Usłyszałam tylko kilka pisków, po czym znalazłam się na swoim piętrze. Otworzyłam drzwi zapasowym kluczem, schowanym pod gaśnicą.
 Od razu zapaliłam światło, gdy weszłam do środka. Wszystko było prawie na swoim miejscu. Te same meble, kolory ścian i dodatki... Uchyliłam okno, aby do środka napłynęło świeże powietrze. Ściągnęłam płaszcz i rzuciłam go na kanapę. Byłam zmęczona i miałam ochotę się położyć, chociaż wiedziałam, że nie mam na to czasu.
 W moim pokoju także wszystko wydawało się normalne. Chwyciłam czyste ubrania i udałam się do łazienki, aby wziąć ciepły prysznic i zmyć z siebie te wszystkie brudy. Chciałam chociaż przez chwilę udać, że wszystko jest tak jak dawniej.
 Przez kilkanaście minut tak się czułam. Wyobraziłam sobie, że wciąż mieszkam z Nancy. Mike siedział w kuchni i podjadał naleśniki, które dla nas przygotowała. Właśnie wchodziłam do kuchni gdy on oberwał drewnianą łyżką. Pomasował obolałe miejsce, po czym uśmiechnął się do mnie. Brakowało mi naszych wspólnych wypadów. Tego, że przesiadywał całe dni u mnie, albo ja u niego. Nie mogłam już do niego wydzwaniać w nocy i prosić, aby do mnie przyszedł - co robił zawsze, gdy źle się czułam.
 Związałam włosy w kitkę, gdy usłyszałam jak ktoś dobijał się do drzwi. Uprzedzona ostatnimi wydarzeniami, ostrożnie wyjrzałam przez judasza. Wypuściłam głośno powietrze czując ulgę i wpuściłam swojego sąsiada do środka. Josh od razu przytulił mnie do siebie, uniemożliwiając jakikolwiek ruch.
- No dobra, kolego. Możesz mnie już puścić, bo tak jakby brakuje mi trochę powietrze - jęknęłam. Chłopak zaśmiał się, a następnie mnie wypuścił.
- Gdzieś ty się podziewała? Wiesz jak się martwiłem?
- Byłam... - zaczęłam.
 Właściwie co ja miałam mu powiedzieć?
- Miałam parę spraw do załatwienia. Wróciłam na chwilę, ale za niedługo i tak muszę wyjeżdżać.
- No nie! - oburzył się.- Znowu nas zostawiasz?
- Wybacz... Nie wszystko jest takie piękne jak się wydaje. A co u ciebie?
- Nie podoba mi się to, że odwracasz moją uwagę od siebie, ale niech ci będzie. Mam ci bardzo dużo do opowiedzenia! Tak ogólnie to wszyscy byli zadowoleni z naszej ostatniej wystawy. Miałaś strasznie dużo obrazów do wykorzystania, więc stworzyliśmy wystawę czterech pór roku. Właśnie... Dlaczego wszystkie twoje dzieła są takie smutne? Mniejsza, zajęłaś zimę, ja lato - w końcu na chwilę się zamknął i rozsiadł na kanapie. - No więc podczas mojej mowy Andree stanął koło mnie i mi się oświadczył! Rozumiesz to? Wychodzę za mąż!- zaczął skakać i cieszyć się jak jakieś małe dziecko. - O Boże! Jak to dziwnie brzmi...
 Roześmiałam się, a następnie mu pogratulowałam. Niestety, nie dane nam było cieszyć się z jego szczęścia, gdyż ponownie ktoś zapukał do drzwi. W progu stanął Max, który uśmiechnął się na mój widok.
- Czekaj... - zawołał mój sąsiad. - Ty jesteś Max? Ten tatuażysta?
- Jedyny w swoim rodzaju - uśmiechnął się w odpowiedzi. - Wybacz, ale muszę pogadać na osobności z Alison. Czy mógłbyś nas zostawić?
 Josh zrobił naburmuszoną minę. Spojrzał na mnie, a gdy ja przytaknęłam, opuścił mieszkanie.
- O co chodzi? - zwróciłam się od razu do Maxa, który wzrokiem błądził po moim mieszkaniu.
- Gdybym wiedział, że jesteś jednym z tych bufoniastych artystów, od razu zatrudniłbym cię u siebie! Ty to namalowałaś? - wskazał na malowidła na ścianie. Przytaknęłam. - Jesteś niesamowita!
- Bez przesady, Max... - poczułam się głupio słysząc jego słowa. - Po co tu przyszedłeś?
- Mam się tobą zająć póki chłopaki nie wrócą. Chodź. Musimy iść w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Spakowałam szybko do torby kilka rzeczy, a następnie zeszłam na dół. Max czekał na mnie przed blokiem. Zaprowadził mnie na tyły, gdzie prawdopodobnie stało jego auto. W pewnym momencie po prostu się zatrzymał.
- Max? - zwróciłam się do niego. Dostrzegłam ból malujący się w jego oczach.
- Powiedz mi jedną rzecz, Alison. Odpowiada ci takie życie przy nich? - zapytał, na co ja pokręciłam przecząco głową. - Ale nie chcesz ich zostawiać... Bo ich kochasz. Obu.
- To nie tak...
- Nie, Alison. Widziałem cię kiedyś jak byłaś tylko z Tomem, a także ciebie przy Gabrielu. Kochasz ich obu, ale jesteś z Gabrielem... Jestem pewny, że często masz wątpliwości czy rzeczywiście dobrze wybrałaś.
- Max, to raczej nie jest odpowiednia pora na takie rozmowy. Chodźmy do chłopaków, a później możemy to omówić.
- Nie, to jest odpowiednia pora. Chcę po prostu wiedzieć, dlaczego wybrałaś jego.
- Bo go kocham! - krzyknęłam, chociaż nie zamierzałam się tak unosić. - Tak! Kocham też Tomasa, ale to co czuję do Gabriela jest... - urwałam, gdyż nie potrafiłam to dokończyć.
- Jestem ciekaw kogo wybierzesz tym razem. Chłopaka, który zabił twojego najlepszego przyjaciela, czy przyjaciela, który zabił twoją przyjaciółkę - mężczyzna wyszczerzył się do mnie. Przez ułamek sekundy dostrzegłam dumę w jego oczach, a następnie poczułam jak ktoś przytyka mi gazę do ust. Zanim zdążyłam właściwie zareagować, byłam zbyt słaba na jakikolwiek ruch. Osuwałam się powoli na ziemię, a w głowie huczały mi jego ostatnie słowa. Nie... Oni nie byliby do tego zdolni. Chociaż tak naprawdę, jak dobrze ich znałam?


Wena jest, no i rozdział też :D
Cudem wstawiam teraz ten rozdział... Życzę wszystkim miłej zabawy na Andrzejki :D Dużo zabawy przy alkoholu i bez niego! Życzę Wam także miłego towarzystwa i żeby nie wiało nudą!
Pozdrawiam
Seo <3

poniedziałek, 24 listopada 2014

PuBless

***Alison***
     - Nie, to pomyłka – uśmiechnęłam się. - Mój ojciec nazywał się inaczej. Może jest trochę podobny do tego człowieka, o którym mówisz, ale zapewne nawet o nim nie słyszał.
- Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to on. Twój ojciec jest najsłynniejszym gangsterem, nawet mój ojciec nie dorasta mu do pięt. Wiem, że miał kiedyś nawet z nim jakieś zatargi. Powiem ci tylko tyle, on jest bezwzględnym tyranem bez serca, który zniszczy każdego, kto stanie mu na drodze do sukcesu – Tom patrzył się prosto w moje oczy.
     - Nie możliwe. Mój ojciec był dla mnie dobry. Z tego, co pamiętam, kochał mamę i mnie. Zawsze nosił mnie na barana... Nie jest możliwe, że mówimy o tej samej osobie.
- A jednak – powiedział Tom. - Powiedzmy, że twój ojciec prowadził podwójne życie.
To, co powiedział mój przyjaciel było ciężkie do przetrawienia. Mój ojciec największym gangsterem w okolicy? Jednym z największych na świecie? Przez ostatni czas byłam ścigana przez ojca Toma...       Uważałam go za jednego z najgroźniejszych ludzi na całym świecie. Był do tego nieprzewidywalny i patrzał tylko na siebie. Czułam, że nienawidzę tego człowieka, tak jak i nienawidzi go Tom... Teraz jednak okazywało się, że mój ojciec miał być o wiele gorszy... Nie to nie było możliwe.
     Nancy zawsze dobrze wyrażała się o moich rodzicach. Mojego tatę przedstawiała jako kochającego, dbającego o rodzinę mężczyznę, który mógłby oddać za nią życie, a moją mamę jako idealną matkę, która tak samo jak mąż kochała swoich najbliższych. Miałam z nimi same dobre wspomnienia – może i nieliczne, ale jednak nic złego w nich nie było.
     Z mamą piekłam babeczki. Byłam tak mała, że musiałam stać na krześle aby dosięgnąć wszędzie. Ozdabiałyśmy je różowym lukrem i kolorowymi kuleczkami. Oczywiście cała kuchnia była w mące, tak jak i my. Pamiętam tylko dużo śmiechu. Uśmiech. Moja mama miała piękny uśmiech. Wtedy tata przyszedł do kuchni, wziął mnie na ręce i okręcił dookoła siebie. „Witaj moja mała księżniczko”. Zawsze zwracał się do mnie tymi słowami, gdy tylko wchodził do domu.
     Zakuło mnie coś w klatce piersiowej i zdałam sobie sprawę, że stoję wpatrzona w zakurzone okno strychu i mam łzy w oczach. Chłopcy stali za moimi plecami i nic się nie odzywali. Odwróciłam się i przytuliłam do mojego chłopaka. Byłam mu bardzo wdzięczna, że jest przy mnie i, że mnie chroni przed całym światem, cokolwiek by on dla mnie nie szykował.
Na chwilę zamknęłam oczy i na ułamek sekundy poczułam się szczęśliwa. Gdy je otworzyłam znów powróciła rzeczywistość. Staliśmy tylko we dwoje.

***Tomas***
     Gdy wyszedłem przed dom, od razu wyciągnąłem papierosy i włożyłem jednego do ust. Moją żarową zapalniczką odpaliłem go, a następnie zaciągnąłem się dymem. Nie potrafiłem patrzeć na to, jak oni się przytulają. Myślałem, że pogodziłem się z tym, że są razem, ale w tym momencie zdałem sobie sprawę, że wcale tak nie było. Kochałem All. Bardzo. Zależało mi na niej jak na nikim innym, a musiałem oglądać to, jak kocha innego. Postanowiłem zachować się jak gówniarz i chociaż raz pomyśleć o sobie. Tylko i wyłącznie o sobie.
     Wyciągnąłem telefon komórkowy, zadzwoniłem po taksówkę, a następnie wyłączyłem aparat. Nie chciałem żadnych telefonów. Nie teraz.

     Przekroczyłem próg znanego mi pomieszczenia. Zobaczyłem twarze dobrze znanych mi ludzi i zaskoczenie malujące się na nich. Po chwili widziałem już tylko uśmiechy na ich twarzach i słowa typu „gdzie się podziewałeś” i „dobrze cię widzieć”. Od razu ktoś poczęstował mnie blantem, a przy barze zamówiłem drinka. Z uśmiechem na ustach pomyślałem „Witaj na starych śmieciach Tom. To twoja melina”.
     - Proszę proszę, kogo tu widzę – barman przywitał mnie. - Ostatni raz, gdy się tutaj pojawiłeś, chodziło o dziewczynę. Tak jest i tym razem?
     Nie odpowiedziałem mu na to. Nie zamierzałem o tym gadać, tylko zgrywać twardziela i się po prostu nawalić. Wiedziałem, że robię bardzo źle wracając w to miejsce. Jednak uznałem to za najlepsze wyjście. Miałem tylko nadzieję, że się nie wciągnę. Znowu.
     Po kilku blantach i kilkunastu kieliszkach byłem już nieźle wstawiony. Słuchałem opowiadań wszystkich, którzy nagle mieli mi dużo do powiedzenia. Nawet nowi patrzyli się na mnie z całkowitą ufnością.
     - Stary! O tobie tutaj zaczęły już krążyć legendy – uśmiechnął się barman, polewając mi następnego.
- O mnie? Dlaczego? - udawałem kompletnie wyluzowanego.
- Jak to dlaczego. Jak ostatnio zwinął cię stąd kumpel, nie pojawiłeś się tutaj ani razu. Nikt nie wiedział, co się z tobą działo. Słyszałem już tyle wersji... Dorobiłeś się wielkiej kasy i wyjechałeś gdzieś na ciepłe wyspy; zbajerowałeś jakąś laskę i bawisz bachora; dawno nie żyjesz... To tylko kilka wersji ze wszystkich.
     Wysłuchałem tego w milczeniu i nie skomentowałem nawet słowem. Oni dobrze wiedzieli, że nie zamierzam z nikim gadać o moim życiu i to nadal pozostanie nie wyjaśnione. Lubiłem ich właśnie za to, że nie zadają pytań. Można było przyjść, posłuchać problemów, pośmiać się, powygłupiać napić naćpać.
     Lubiłem tych debili, ponieważ każdy z nich był dokładnie taki sam jak ja. Rozumieliśmy się doskonale. W momencie, gdy ktoś zaproponował mi kreskę zapomniałem, jak to miejsce potrafi uzależnić. Po piątej już nie pamiętałem nic.

***Gabriel***

     Gdy zeszliśmy na dół, okazało się, że Toma już nie ma. Wiedziałem, że jest dużym chłopcem i sobie poradzi, jednak martwiłem się o niego. Miał ciężką przeszłość i był genialnym kumplem. Jednak po pewnym czasie problemy zaczynały go przerastać. Nie chciałem, aby tak się stało. Miałem jednak nadzieję, że poradzi sobie ze wszystkim.
     Nie mówiąc mojej dziewczynie o własnych obawach, zadzwoniłem po taksówkę. Wiedziałem, że ma mnóstwo innych problemów na głowie i nie zamierzałem dokładać jej ich więcej. Owszem, obiecałem jej, że od tej pory będę ją informował o wszystkim, ale tak naprawdę jeszcze nic się nie wydarzyło. Nie mogłem mówić jej o własnych urojeniach i obawach. Bałem się, że to się znów zacznie dziać, że Tomas znów zacznie brać...
     Gdy podjechaliśmy pod szpital okazało się, że coś nie gra. Czułem to.
- Alison, posłuchaj mnie. Wydaje mnie się, że coś jest nie tak. Masz tu pieniądze na taksówkę – podałem jej banknoty. - Objedź miasto jeszcze raz. Gdy będę tutaj stał, możesz wysiąść. Gdy mnie tutaj nie będzie, jedź do Josh'a. Z nim będziesz bezpieczna.
- Gabriel... - All miała łzy w oczach. - Uważaj na siebie...
     Dałem jej buziaka na pożegnanie, a następnie przemykając koło głównych drzwi, wszedłem bocznym wejściem. Od razu zobaczyłem dziwnie przyczajonego gościa, który stał do mnie tyłem i się przyglądał wszystkiemu przez szybę w drzwiach. Od razu do niego podszedłem i popukałem go palcem po plecach. Na pierwszy rzut oka widziałem, że nie jest on profesjonalistą.
     Mężczyzna skoczył jak oparzony i popatrzył się na mnie przerażonym wzrokiem. Gdy mnie poznał, jego oczy zrobiły się dwa razy większe. Moje zaś wyrażały zadowolenie.
- Proszę proszę, kogo my tu mamy – uśmiechnąłem się. - Czego chcesz?
- Ja tylko... - facet szukał słów. - Przyjechałem do... dziadka...
- Jaja sobie robisz? Do dziadka? W garniturze? - warknąłem. - Ciekawy jestem, dlaczego się tak czaiłeś i zaglądałeś za mną! Kto cię przysłał?
- Nikt... - zaczął się jąkać. - Przysięgam.
- W takim razie odpowiesz mi w domu. Nie chcesz po dobroci, to zobaczysz.
Złapałem za telefon.
- Max? - powiedziałem do słuchawki. - Podwieziesz mnie z przesyłką?
     Po rozmowie z kumplem, złapałem mężczyznę za szmaty i wyprowadziłem na zewnątrz. Już po chwili zobaczyłem pojazd hamujący z piskiem opon przed nami. Otworzyłem bagażnik i nie zważając na światków, wsadziłem go do środka. Sam zająłem miejsce pasażera.
- Dokąd jedziemy? - zapytał Max.
- Do mojego domu – odparłem dumnie. Czułem, że to przełom. - Jakieś pytania?
- Za długo Cię znam. Żadnych pytań – odpowiedział.


***Alison***


     Robiłam już piąte koło taksówką, kiedy w końcu dostałam esemesa.
Kochanie, jestem w moim mieszkaniu. Przyjedź.
     Zrobiłam, tak jak powiedział. Nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiło się ciemno. Miałam tylko nadzieję, że Tomas jest w środku.
      Zamiast przyjaciela, zauważyłam Max'a oraz nieznajomego mi mężczyznę lekko pobitego i przywiązanego do krzesła w kuchni.
- Mogę wiedzieć, co to ma znaczyć? - zmarszczyłam brwi.
- Chciałaś być o wszystkim informowana, więc proszę bardzo. Informacja 4D – zażartowałem.
- Bardzo śmieszne. Lepiej mi powiedz, co on tutaj robi.
- Siedzi i korzysta z mojej gościny. Powiedz mi... Tom się czasami do ciebie nie odzywał? - usłyszałam.
- Myślałam, że ty wiesz, gdzie on jest – zdenerwowałam się.
- Domyślam się, ale staram się nie dopuścić do siebie tej informacji... - przyznał.

      Gdy po czterech godzinach Tomas nie pojawił się w domu, Gabrielowi wzięło się na wyznania.
- Wiem, gdzie on może być – odparł.
- Więc słucham.
- Jest taki pub. Nazywa się PuBless, ponieważ barman to Pablo. Jego właścicielem jest Tom. Jednak nie jest to zwykły bar – przychodzą do niego tylko ludzie z niebezpiecznej branży. Seryjni mordercy, gangsterzy, byli zabójcy... Każdy jest dokładnie sprawdzany i jeżeli stwierdza się, że się nadaje to zostaje wpuszczony. Każdy jest tak jakby „po pracy”, więc nie ma zatargów. Każdy może opowiedzieć śmieszną historyjkę o pracy lub o czymś spoza tego. Można się napić, pograć w bilarda albo w karty. Jest jednak jeden problem. Tomas miał problemy z narkotykami, a tam takie rzeczy są na porządku dziennym. Gdyby nie wysoki dochód, już dawno by to sprzedał. A tak zawsze może tam wrócić...
- Dlaczego jeszcze nas tam nie ma? - zapytałam.
     Jechaliśmy małymi uliczkami, aż w końcu trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Z zewnątrz budynek wyglądał niepozornie, jednak w środku był bajeczny. Wszystko przyciemnione i w niebieskich barwach. Stoły do bilarda, do kart, stoliki do picia. Na podłodze przepiękne kafelki w ciekawy i nietypowy wzór. Ściany pomalowane niebieską farbą, podobnie jak sufit, a na nim żyrandole z milionem małych diamencików. W dodatku wszędzie byli ludzie: kobiety, mężczyźni, różnie ubrani, o różnym wyglądzie, w różnym wieku i z różnych środowisk.
     Spojrzałam w stronę baru i ujrzałam słynnego Pablo, który mieszał alkohole. Przed nim siedziało trzech mężczyzn. Pijany i naćpany Tomas śmiejący się wraz z Braćmi Foster.

wtorek, 14 października 2014

Powrót do przeszłości


TOMAS




 Zabiłem go. Zabiłem, kurwa własnego ojca!- ta myśl w końcu do mnie napłynęła. Chyba powinienem czuć jakąś skruchę, prawda? To był mój ojciec. Osoba, która mnie wychowała, po czym zniszczyła. Czy ktoś kiedyś widział może ośmiolatka, który bez problemu trafia do celu, z odległości sześciuset metrów? Albo, zamiast pójść do podstawówki, uczyłem się podstawy anatomii człowieka. Nie byłoby to nic strasznego, gdyby nie to, że poznawałem wtedy najczulsze punkty i rozmieszczenie wszystkich tętnic. Tak, żebym wiedział, którą przeciąć, aby moja ofiara wykrwawiła się w ciągu paru sekund, albo którą użyć, aby zadać im najwięcej cierpienia. No i nauczyłem się przy okazji, jak skręcić komuś kark za pomocą trzech ruchów. To tak, jakbym zamiast "Moby Dick'a", czytał "Podstawy zabijania" i " Pięć prostych kroków, aby wykończyć swoją ofiarę". Chore, ale przydatne.
 Upewniwszy się, że nikt za mną nie jedzie, udałem się w stronę hotelu. Jeszcze parę dni i mogłem zniknąć. Oczywiście, że tego nie chciałem, ale już wystarczająco uprzykrzyłem życie swojej przyjaciółki. Alison nie zasługiwała na to. Gdybym został, ludzie mojego ojca w końcu by mnie dopadli. A największą karą dla mnie, byłoby cierpienie Alis. Tak jak teraz, tylko że ona cierpi psychicznie, a nie fizycznie. Musiałem chociaż trochę naprawić jej życie.
Poczułem wibrację w kieszeni i sięgnąłem po telefon. Zdziwiłem się, widząc imię swojego przyjaciela na wyświetlaczu. Nie spodziewałem się, że do mnie zadzwoni. To ja miałem się do niego zameldować, gdy będę bezpieczny. 
- Słuchaj Gabe, właśnie wjeżdżam do...- zacząłem, ale przerwano mi.
- Wracaj tu. Alison cię potrzebuje- powiedział.
Przełknąłem głośno ślinę. Czy jej ciotka...?- Czy Nancy...
- Żyje. Chociaż nie są pewni czy długo pożyje. Ma raka, Tom. Umiera, a Al... Alison nie może zostać dawcą. Ona nie była jej ciotką. Nie są spokrewnione.
Cholera! Tego się kurwa nie spodziewałem. Przecież znałem Nancy... Znałem Alis i wcześniej sprawdziłem wszystko, aby mieć pewność, że będę tu bezpieczny. Sprawdziłem wszystkie powiązania moich wrogów z tym miastem i nic nie znalazłem! Ale... może Alison jednak była przypadkową ofiarą? 
Boże, Tomas! Pomyśl!- skarciłem się w duchu. To w ogóle nie miało sensu!
- Jak się ona trzyma?
- Nancy jeszcze się nie obudziła, a Alison... Nie wiem. Ja tak dłużej nie wytrzymam- wyżalił się.- Nie mam na nią żadnego wpływu. Boli mnie to, że cierpi, a ja nie mogę jej pomóc. Jak długo tak wytrzyma? Kiedy i ona w końcu zacznie zdawać sobie sprawę, że sama siebie niszczy? Nie chcę, aby skończyła tak jak Shannon...
Shannon. To imię było jak zakazany owoc. Od lat nie wspominaliśmy o niej. Nie mieliśmy prawo w ogóle wymawiać jej imienia. I to wszystko dlatego, że nasz przyjaciel zakochał się. Obdarzył uczuciem dziewczynę, która nie była w żaden sposób z nami powiązana. Nie należała do naszego świata, tak jak Alis. Zwykła dziewczyna z marzeniami, która skończyła szybciej niż myśleliśmy. Nasz świat jest brutalny. Osoby spoza naszego kręgu tego nie rozumieją i... niezbyt dobrze reagują.
- Alison to nie Shannon- warknąłem.- Idź do niej i ją nie opuszczaj póki ja nie przyjadę. Rozumiesz? 
- Pośpiesz się- powiedział, po czym się rozłączył.


ALISON

 Siedziałam na kanapie, przytulona do ciała chłopaka. Jego dłonie głaskały mnie po plecach. Wiedziałam, że ta sytuacja jest trudna dla mnie i dla niego. Ja straciłam... Właściwie, kim ona dla mnie była? Straciłam ciotkę. Osobę, której bezgranicznie ufałam i powierzałam wszystkie tajemnice. A ona mnie oszukała. Nie była tą osobą, za którą się podawała. Więc kim dla mnie była? 
- Gabe...- szepnęłam. Chłopak wzdrygnął się. Wiedziałam, że od dawna wyczekuje jakieś reakcji ode mnie. Przez te kilka dni miałam czas by wszystko sobie przemyśleć.- Co ja teraz zrobię?- mówiąc to, czułam jak łzy pieką mnie w oczach. Na samą myśl o przyszłości robiło mi się słabo i miałam ochotę zniknąć, czy też schować się przed całym światem.
- Nie martw się, kochanie. Zajmę się tobą- zapewnił, po czym złożył delikatny pocałunek na moim czole. 
- Ale ty nie rozumiesz!- jęknęłam i odsunęłam się od niego. Spojrzałam na łóżko, w którym leżała Nancy. Nie mogłam do niej wejść, ale mogłam patrzeć na nią przez przeźroczyste drzwi czy też wielkie okno. Kobieta wciąż spała, a do jej ciała poprzyczepiane były różne ustrojstwa. Miało to jej pomóc, gdyż jej stan nadal nie był stabilny. W ciągu 24 godzin mieliśmy się dowiedzieć czy z tego wyjdzie. - Gabe. Wyjechaliśmy z mojego powodu. Myślę, że ten wypadek też był z mojej winy. Gdzie jest Tom? Pewnie został, gdyż szuka jakiegoś rozwiązania. Musimy wspólnie się zastanowić co dalej, a nie tylko wy. To wszystko jest spowodowane przeze mnie i to ja powinnam brać udział w planach. Sama też powinnam decydować o kolejnym krokach. 
- Wiem, kochanie. Ale to nie jest takie proste. Ja i Tom już w tym trochę siedzimy i wiemy jak to załatwić. Musimy myśleć tak jak oni i być krok przed nimi- powiedział. Jego słowa odbijały się echem w moim umyśle. Wstałam i ruszyłam jak najszybciej w stronę domu Nancy. Chyba w końcu wiedziałam co należy zrobić.
- Al?- zawołał za mną.- Gdzie idziesz?
- Tam, gdzie wszystko się zaczęło- odparłam. Wybiegłam z budynku i złapałam taksówkę. Nie oglądałam się za siebie, sprawdzając czy chłopak idzie za mną. Byłam pewna, że jest tuż przy mnie. 

 Jej dom nie zmienił się w żaden sposób. Wszystko było prawie na swoim miejscu. Tak, jak zapamiętałam. W moim byłym pokoju panowała pustka. Wszystkie rzeczy wyniesiono na strych. Oprócz tych, które zabrałam ze sobą.
- Mogłabyś mi wyjaśnić, co my tu robimy? - dobiegł mnie jego głos z dołu. Wyjrzałam ze swojego pokoju na Gabe'a, który stał oparty o ścianę w korytarzu. 
- Gdy byłam mała, tato często zabierał mnie do różnych miejsc. Zostawiał różne zagadki i mówił: Alison, czasami musisz myśleć jak inni, aby przewidzieć ich ruch. Stać się poszukiwanym, a nie poszukiwaczem. Chciał, żebym myślała jak on, zanim wykona ruch. Zagadki były dość proste. Zwykle po dwóch wiedziałam czego się spodziewać. 
- Dlaczego robił ci to twój ojciec? Myślałem, że byłaś dzieckiem...
- Gdy doszło do wypadku? Tak. Ale tego się nie zapomina, a on się o to postarał. Kiedyś dostałam od niego książkę, aby dalej się w tym zagłębiać, ale wrzuciłam ją do skrzynki- wzruszyłam ramionami, po czym ruszyłam w stronę strychu. 
- Alison. Takie rzeczy... To co ty mówiłaś to są ćwiczenia taktyczne- powiedział.- Szkolono je dziećmi w gangach, aby w przyszłości stali się dowódcami. Tomas przeszedł takie szkolenie. Najpierw taktyczne, a później bojowe. Wychodzi na to... że ty jednak masz jakieś powiązanie z tym gangiem. Mogliśmy się mylić i... Jesteś pewna, że twoi rodzice nie należeli do gangu?
Zamarłam na chwilę.- Nie, Gabe- powiedziałam.- Nie jestem tego pewna. W zasadzie niczego teraz nie jestem pewna... Może w tej szkatułce coś jeszcze ukryłam? Nie chciałam zaglądać do środka, gdyż to wciąż bolało...
- Rozumiem cię, kochanie. I obiecuję, że od dzisiaj będziesz o wszystkim wiedziała. Przykro mi, ale jeśli Nancy nie obudzi się, będziemy musieli sami się tym zająć i dojść do powiązania między tobą, a ojcem Tomas'a. Może to nie być tak trudne jak myśleliśmy. 
Chłopak pomógł mi otworzyć drzwi na strych, które stawiały opór. Wchodząc do tego pomieszczenia, uderzył mnie nieprzyjemny zapach stęchlizny. Kurz prawdopodobnie zagościł tu już na stałe, tak jak pająki. Gabe otworzył okno, przez co do środka wlało się trochę świeżego powietrza. Zapaliłam światło, odsłaniając ukryte w mroku pudła. Nie wiedzieć czemu, ciotka... to znaczy Nancy, nigdy nie pozwalała mi wyrzucać żadne rzeczy. Twierdziła, iż to zawsze jeszcze może się do czegoś przydać. W lewym rogu stały moje stare płótna i sztaluga. Wokół niej ułożyłam kilka drewnianych pudełek, w których trzymałam farby. Puste tubki również walały się po całym strychu. Minęłam moje gotowe prace i udałam się do stosu kartonów, ustawionych tuż przy sobie. Ściągnęłam kilka z nich i odstawiłam na bok. Wiedziałam, że w nich znajdują się moje rzeczy, które gromadziłam wraz z Mikiem.  Chciałam je schować, aby za bardzo mnie nie dołowały.
Pokazałam Gabe'owi pudło, które potrzebowałam. Wspólnie, w końcu się do niego dogrzebaliśmy. Był w najgorszym stanie, ze wszystkich obecnych tu kartonów. I to tylko dlatego, że stało tu najdłużej. Chłopak ostrożnie mi go podał, a ja usiadłam z nim na podłodze. Czułam jak moje ręce drżą. Bałam się tego, co mogłabym znaleźć w środku. Jakby nie patrząc, nie zaglądałam tam przez prawie piętnaście lat.
- Spokojnie, kochanie- powiedział Gabriel, siadając tuż przy mnie, Jego dłoń spoczęła na moich plecach, dodając mi trochę otuchy.
Zamknęłam na chwilę powieki, po czym je otworzyłam, jednocześnie głośno wydychając powietrze. Otworzyłam karton zaglądając do środka. Wyciągnęłam z jego wnętrza szkatułkę, wykonaną z białego drewna. Przedmiot był w bardzo dobrym stanie. Chyba Nancy zaraz po ich śmierci go tu wyniosła. Otworzyłam wieko, odsłaniając lusterko znajdujące się po wewnętrznej stronie. Kilka listów wyleciało z jego wnętrza. Wyciągnęłam resztę i odstawiłam je na bok. Nie miałam zamiaru teraz je czytać. Sięgnęłam do środka wyciągając jakieś zdjęcie. Ujrzałam na nim mnie i moich rodziców. Miałam wtedy cztery latka i wracaliśmy z jednego z naszych wspólnych pikników. Tato usadził mnie na swoich ramionach. Krzyczałam i piszczałam, ponaglając go przed goniącą nas kobietą. Moja mama chciała posmarować mi twarz kremem, czego strasznie nie cierpiałam. Pamiętałam, że z nimi zawsze dużo się śmiałam. Odłożyłam zdjęcie i sięgnęłam po medalion. Nancy dała mi go kilka lat temu. Należał do mojej matki i nie chciałam go mieć przy sobie. Kazałam jej wrzucić go tutaj. Tym razem postanowiłam go zabrać ze sobą.
- To ta książka?- zapytał chłopak. Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, to notatnik taty. Tutaj nie ma tej książki. Może wpadła do któregoś z tamtych pudeł- wzruszyłam ramionami. Otworzyłam skórzany notatnik na pierwszej lepszej stronie. Widniały na nich jakieś schematy i obliczenia, których nie rozumiałam. Gabriel wyciągnął go z moich dłoni i sam rzucił na niego okiem. Słyszałam jak przewraca kartkami, jednak ja byłam czymś innym zajęta. Patrząc na te rzeczy, ponownie za nimi zatęskniłam. Brakowało mi ich cholernie.
- Rozumiesz coś z tego?- zapytałam go.
- Masz może zdjęcie swoich rodziców? Najlepiej gdyby to były portrety...
Ponownie sięgnęłam po szkatułkę i, po chwili, znalazłam ich zdjęcie. Mieli wtedy zaledwie dwadzieścia kilka lat.  Mama była blondynką. Jej rozpromieniona twarz zawsze wywoływała u mnie radość. W jej niebieskich oczach także można było dostrzec iskrę wesołości. Zarażała nią na kilometr. Ojciec zaś był ciemnym brunetem. Na zdjęciu wyglądał surowo i poważnie, jednak pamiętałam, że nigdy nie spotkałam bardziej czulszego od niego mężczyzny. A ja byłam jego oczkiem w głowie. Podałam fotografię Gabriel'owi. Czułam, jak jego mięśnie twardnieją a oddech staje się płytszy.
- Kiedy ich ostatni raz widziałaś?- zapytał ochrypłym głosem.
- Przed piątymi urodzinami- odparłam.- Coś nie tak?
- Al, widziałaś ich przed siódmymi urodzinami- powiedział, na co ja pokręciłam przecząco głową.- Tak, kochanie. Ostatni wpis w jego notatniku na to wskazuje.
- Ale przecież bym to pamiętała- zaprzeczyłam.
- Byłaś w szoku, to zrozumiałe, że zapomniałaś. Czasami tak się dzieje, gdy człowiek przechodzi przez taki szok. Niektóre wydarzenia mogły się zamazać...- jego telefon zabrzęczał w kieszeni. Odebrał.- Tak, na górze- powiedział, po czym się rozłączył.
- Czegoś jeszcze się dowiedziałeś?- zapytałam z ciekawości.
- Tak, ale nie jestem pewien. Muszę najpierw pokazać to Tomas'owi.
- Gabe!- krzyknęłam wkurzona.- Obiecałeś, że o wszystkim będziesz mnie teraz informować!
- Alison?- usłyszałam znajomy głos, dobiegający z dołu.- Jesteście tam?
- Tak!- odkrzyknął.- Tomas ci o wszystkim opowie- zwrócił się do mnie.
- Co wy tu robicie?- zapytał kruczowłosy, wchodząc na strych.- I, do diabła, dlaczego ściągnąłeś mnie z drugiego końca kraju?!
- Masz- Gabriel podał przyjacielowi zdjęcie.- To są rodzice Al.
- Jasna cholera!- odkrzyknął, spoglądając na fotografię. Przeczesał włosy dłonią, po czym z jego ust wydobył się ciąg przekleństw.
- Coś... Coś nie tak? - zapytałam niepewnie.
- Wiedziałem, że jest coś nie tak, gdy nie mogłem dokopać się do twoich rodziców- powiedział chłopak.- Ale nigdy... Kurwa! Nigdy nie przypuszczałbym, że twój ojciec to Rayan Smaldone!

wtorek, 2 września 2014

To już jest koniec...

***Alison***    
Obudziłam się, ale wcale nie miałam ochoty otwierać oczu. Nienawidziłam całego świata. Dlaczego mnie musiało to spotykać? Już nie myślałam tak jak poprzednio. Teraz czułam się jak pokrzywdzone dziecko. Było mi już wszystko obojętne. Fala wściekłości i rozpaczy minęła. Postanowiłam, że nie wyjdę z łóżka, dopóki nie będę miała dobrego powodu do tego. Postanowiłam, że niech się dzieje co chce, ja mam to po prostu w dupie. Mogą się nawet wszyscy pozabijać. Mnie przy okazji też. Byleby szybko i bez zbędnego zużywania energii. Nie chciało mi się nawet obrócić na drugi bok. Z resztą było mi obojętne, czy leże wygodnie, czy nie.
Usłyszałam, jak ktoś wchodzi do pokoju. Nie miałam siły nawet zobaczyć kto to jest. Poza tym to nie interesowało mnie to zbytnio. Ten ktoś usiadł obok mnie i czule pogłaskał po ramieniu, a następnie pocałował w skroń. Był to Gabriel.
- Wszystko w porządku kochanie? - mówił do mnie jak do dziecka. - Może zrobię ci herbatkę? Poczujesz się trochę lepiej.
Ja jednak nie chciałam żadnej herbaty. Nie odpowiedziałam mu nic, ponieważ nie chciało mi się. Wolałam, aby sobie poszedł. Mógł zostać, ale nie robić niczego, co by zmusiło mnie do czegokolwiek. Cały czas coś do mnie mówił, ale ja go w ogóle nie słuchałam. Chyba nawet głaskał mnie pocieszająco, ale tego też nie czułam. Przestałam cokolwiek widzieć. Wyłączyłam po prostu swoje zmysły i miałam gdzieś wszystko, co się wokół mnie działo.

***Tomas***
- Co z nią? - zapytałem.
- Jest strasznie apatyczna. Nie odzywa się, nie rusza, nawet nie mruga. Gdyby nie to, że ma otwarte oczy pomyślałbym, że śpi. Zupełnie tak, jakby mnie nie widziała - Gabriel wyglądał na bardzo smutnego.
- Nie dziwię się jej – przyznałem. - To wszystko już ją przerosło.
- Ale ona nie może tak cały czas! To już cała noc minęła, a ona nic wczoraj nie zjadła, ani nie wypiła. Rozchoruje się – załamał ręce.
- Wiem – powiedziałem. - Jednak na razie jest bezpieczna, tym bardziej, że nie wychodzi z pokoju, ani nie wychyla się. Nawet jej nie słychać. Teraz musimy się zastanowić nad sprawą poważniejszą. Od wczoraj zadaję sobie pytanie. Czy wypadek Nancy był po prostu wypadkiem, czy ktoś zadziałał celowo, aby do tego doszło?
Poprzedniego dnia Allison próbowała dodzwonić się do swojej ciotki Nancy, jednak nikt po drugiej stronie nie chciał odebrać. All jednak nie poddawała się, ponieważ zaczęła coś przeczuwać. W końcu ktoś odebrał. Była to lekarka, która powiadomiła moją przyjaciółkę, że jej ciotka przechodziła przez ulicę i wjechał w nią rozpędzony samochód. Przeżyła, ale jest w ciężkim stanie. Podobno walczą o jej życie.
Biedna dziewczyna załamała się tą wiadomością i popadła nam w depresję. Zastanawiałem się, czy to jest kolejna sztuczka ze strony mojego ojca, czy to zdarzenie naprawdę się wydarzyło. Bo jeżeli tak, to znów są dwie możliwości. Albo był to wypadek, albo ktoś zrobił to celowo. Próbowałem się dodzwonić pod numer, na który dzwoniła Alison, ale okazało się, że komórka jest wyłączona. Dziewczyna, gdy usłyszała, co się stało, była w takim szoku, że nawet nie zapytała o nazwę szpitala lub miejscowości. Poza tym zdziwiło mnie, że lekarze odbierają telefony pacjentów i jeszcze informują o ich stanie zdrowia osoby, które dzwonią. Wiedziałem, że muszę to sprawdzić, jednak obawiałem się, że będzie to jak szukanie igły w stogu siana. Poza tym, nie mogłem wozić wszędzie ze sobą dziewczyny i narażać jej na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Musiał ją ktoś pilnować dwadzieścia cztery godziny na dobę. Już na chwilę spuściłem z oka Soph i skończyło się to tragicznie. Jej nie kochałem, a jakbym stracił All, to byłby koniec mojego świata.
Postanowiłem sobie, że dopadnę mojego ojca, zanim on dopadnie ją. To była chyba jedyna szansa, aby ją uratować. Mojego ojca ciężko dopaść, ale jeszcze gorzej przed nim uciec. Nie miałem jeszcze pojęcia, jak to zrobię, ale wiedziałem, że to konieczność.
Postanowiłem, że sam zobaczę, jak ona się czuje. Wysłałem Gabriela na mały patrol, a sam do niej poszedłem. Leżała w tej samej pozycji od dnia poprzedniego i to mnie strasznie martwiło. Była blada jak ściana i najwyraźniej nie miała zamiaru niczego ze sobą robić.
- Posłuchaj. Wiem, że nawaliłem, ale postaram się to naprawić – obiecałem jej. - Od tej pory wszystko będzie się układać dobrze i będzie tylko lepiej. Musisz tylko mieć ochotę żyć. Spójrz na mnie – wydałem jej polecenie.
Dziewczyna jednak nie zareagowała. Obróciłem ją na drugi bok, a ona poddała się jak szmaciana lalka. Gdyby nie to, że widać było, że oddycha oraz od czasu do czasu mrugnie powiekami, pomyślałbym, że nie żyje. Położyłem sobie jej głowę na kolanach i czule pogłaskałem po włosach. Ona jednak nadal nie reagowała. Miałem ochotę wykrzyczeć jej oraz całemu światu, że ją kocham, jednak nie zrobiłem tego. Powiedziałem za to po cichu.
- Wiesz, to wszystko wyszło nie tak, jak powinno. Podobałaś mi się od chwili, w której cię ujrzałem. Jednak nie chciałem ci tego okazywać, ponieważ niebezpieczne życie jakie prowadzę zagrażałoby tobie. Myślałem, że jeżeli pozostaniemy przyjaciółmi, to ochroni cię. Wiedziałem, że gdybyśmy byli razem, to moi wrogowie chcieliby cię dopaść. Poznałem cię za to z Gabrielem. Cieszyłem się, że jesteście razem, ponieważ on cię miał chronić, a raczej pomagać mi w tym. Okazało się jednak, że to nie jest takie proste... - powoli brakowało mi słów. - Obiecuję, że odkręcę to wszystko, a potem zniknę z twojego życia.

***Gabriel***
Byłem zły na Toma. Alison była moja i gówno mnie obchodziło, że to on mi ją przedstawił. Skoro była ze mną, to nie miał prawa jej kochać. Nie powinien także mówić jej takich rzeczy. Miałem szczęście, że szybko mi poszło i usłyszałem jego monolog. Miałem ochotę wejść i wyrzucić go przez okno, ale zamiast tego stałem za drzwiami i słuchałem. Mimo tego, że mówił szeptem, to rozumiałem każde słowo.
Wyznaczyłem sobie nowy cel. Postanowiłem, że muszę razem z Tomasem jak najszybciej zakończyć to wszystko. Miałem nadzieję, że po tym całym piekle da nam spokój i pozwoli żyć we dwójkę. Lubiłem go, ale bardziej zależało mi na dziewczynie.
Od zawsze widziałem w nim kogoś, kogo powinienem naśladować. Miał każdą laskę jaką zapragnął, a podczas akcji był najlepszym zabójcą. Na dodatek był pewny siebie i miał to coś. Mogłem się założyć, że gdybyśmy zamienili się rolami i to on stałby pod drzwiami, to wszedłby do środka, a następnie obił mi pysk. A ja co zrobiłem? Stałem wściekły na niego z zaciśniętymi pięściami i nie zrobiłem nic. Nawet odszedłem po cichu, aby nie wiedział, że wszystko słyszałem. Czułem się tak, jakbym to ja zrobił coś złego: podsłuchiwał, a następnie chciał wejść między nich. A ja tylko chciałem spokoju ze swoją dziewczyną.
Z rozmyślań wyrwał mnie jego głos.
- Mam pomysł, co możemy zrobić dalej. - Ty weźmiesz ją i pojedziecie poszukać szpitala, w którym może leżeć Nancy, a ja spróbuję dopaść mojego ojca. Musisz jednak bardzo uważać, ponieważ pewnie się tam nas spodziewają. Jeżeli nam się uda, to bardzo dobrze. Jeżeli nie, to wszyscy zginiemy. Nie możemy się jednak poddać.
Tak też się stało. Spakowaliśmy się w ciągu godziny i każdy z nas poszedł w swoją stronę. Na szczęście to ja miałem przy sobie moją All i postanowiłem sobie, że nic tego nie zmieni. Ułożyłem ją na tylnym siedzeniu samochodu, a następnie przykryłem kocem. Wiedziałem, że bezpieczniej byłoby, gdyby siedziała zapięta w pasach, ale ona nie chciała siedzieć. Powiedziała tylko tyle, że woli zostać w łóżku. Nie potrafiłem jej przekonać, że jedziemy do jej ciotki i musi włożyć w siebie trochę energii. Zrozumiałem, że moja gadanina nic nie da. Postanowiłem działać, już po raz ostatni, z polecenia Tom'a.

Podróż była długa i męcząca, ale w końcu udało nam się bezpiecznie dojechać. Siedziałem w samochodzie jak na szpilkach i co chwila gapiłem się w lusterko. Okazało się, że jednak nikt nas nie śledzi, ani nic z tych rzeczy. Cieszyłem się z tego powodu, ponieważ nie wiem, czy dałbym radę podołać im sam, bez pomocy Tomas'a.
- All, naprawdę powinnaś wysiąść. Pójdziemy do twojej ciotki.
Zero reakcji.
- Nie chcesz jej zobaczyć? Znalazłem ją. Jest w szpitalu.
Nic.
- Proszę cię. Musisz wstać. Musisz zacząć żyć!
Jakby mnie nie słyszała.
- Do cholery! Tom by wiedział, jak cię z tego wyciągnąć... - powiedziałem bardziej do siebie. - Co by Mike na to powiedział?
- Mike? - zapytała, podnosząc głowę. Strzał w dziesiątkę!
- Tak, Mike. Na pewno nie jest z ciebie zadowolony.

***Alison***
Gdy usłyszałam imię mojego zmarłego przyjaciela, podniosłam głowę. Próbowałam zrozumieć sens słów Gabe'a, ale nie potrafiłam. Gadał za dużo, a ja chciałam tylko spokoju. Jednak coś chyba we mnie ruszyło. Zrozumiałam tyle, że jeżeli się poddam to zawiodę Mike'a. Miał rację. Podniosłam się i zobaczyłam, że jesteśmy pod szpitalem.
- Nancy! - zawołałam, ale próbując pobiec w tamtą stronę prawie się przewróciłam. W ostatnim momencie złapał mnie mój facet.
- Ale najpierw koleżanko musisz coś zjeść – powiedział z troską.
Nie chciałam tego, ale wiedziałam, że to konieczne. Okazało się, że w samochodzie mamy kanapki, pączki i wodę. Nie miałam pojęcia, jaka jestem głodna, dopóki nie ugryzłam pierwszego kawałka. W bardzo szybkim tempie pochłonęłam cztery kanapki i trzy pączki. Do tego wypiłam dużą ilość wody i byłam pełna. Nie miałam pojęcia, że potrafię zjeść aż tyle. To jednak przecież nic dziwnego, skoro o prawie doby nie miałam niczego w ustach.
Gdy zjadłam, wraz z Gabrielem weszliśmy do recepcji. Miła pani, po usłyszeniu, że jestem z rodziny powiedziała mi, w której sali leży ciotka. Jej wzrok pokazał mi jednak, że wcale nie jest dobrze.
Puściłam się biegiem po korytarzu. Musiałam wyglądać bardzo śmiesznie, ale nie interesowało mnie to. Chciałam się jak najszybciej dostać pod odpowiedni pokój. Gdy już mi się to udało, zamarłam z przerażenia. Ciotka bowiem miała wszędzie powpinane rurki różnej grubości i długości. W gardle miała jedną, w żyłach miała kilka, a zza szpitalnej koszulki wystawały jej kabelki. Do tego nad jej głową był mały ekranik, na którym było widać bicie jej serca i to, czy żyje.
Już próbowałam się dostać do środka, kiedy zatrzymał mnie wychodzący stamtąd lekarz.
- Tu nie wolno wchodzić! Kim pani jest!? - warknął na mnie i wyprowadził na korytarz.
- To jest moja ciotka – wytłumaczyłam mu. - Jestem jej jedyną rodziną. A ona moją – dodałam po chwili.
- Rozumiem. Proszę do mojego gabinetu – powiedziawszy to, odszedł nawet nie oglądając się, czy idę za nim. Poszłam.
- Jak poważny jest jej stan? - zapytałam już na miejscu.
- Podczas wypadku miała dużo szczęścia. Samochód jechał ze znaczną prędkością, a ona cudem uniknęła obrażeń. Jednak organizm był bardzo osłabiony przez nowotwór wątroby i...
- Nancy miała nowotwór wątroby?! - przerwałam mu.
- Nie wiedziała pani? Przykro mi. Musimy jak najszybciej znaleźć dawce organu i przeprowadzić zabieg przeszczepu. Przepraszam, że pytam, ale to jest bardzo ważne i może uratować jej życie. Czy pani, albo któryś z krewnych mógłby zostać dawcą? Wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że organ zostanie przyjęty przez organizm.
- Już mówiłam, nie mam żadnych krewnych... - odparłam smutno. - Ale dam się przebadać nawet teraz. Jeżeli będzie taka potrzeba... to zostanę dawcą – decyzję podęłam bardzo szybko.
Nie minęło dużo czasu, a już było po wszystkim. Po pobraniu paru próbek i sprawdzeniu mojego ogólnego stanu zdrowia znów siedziałam przyklejona przed szybą sali Nancy i przez łzy streszczałam Gabrielowi wszystko, co powiedział mi ordynator.
Już po chwili zza rogu wyłonił się lekarz z wynikami badań. To, co powiedział, załamało mnie jeszcze bardziej.
- Nie są panie spokrewnione.

***Tomas***

Znalezienie mojego ojca nie było ciężko. Gorzej było się do niego dostać. Jeszcze nie zdążyłem niczego zrobić, dopiero zacząłem obserwację budynku, w którym był, a już dopadli mnie jego ludzie. Oczywiście od razu zostałem do niego zawleczony.
- Proszę, proszę! Kogo moje piękne oczy widzą? - rozłożył ręce i uśmiechnął się zupełnie tak, jakby za mną tęsknił.
- Nie schlebiaj sobie – rzuciłem.
- Jak wyrażasz się do ojca – po tych słowach dostałem z otwartej ręki w twarz. - Nie tak cię wychowałem!
Od razu splunąłem na ziemię. Mimo, że był moim ojcem, nie miałem do niego za grosz szacunku. Gdy pomyślałem o tym, jak jego ludzie w podły sposób straszą moją All, to miałem ochotę rzucić mu się do gardła. On doskonale o tym wiedział, ale lubił odstawiać cyrki. Nigdy go nie rozumiałem, ale uważałem za samego Boga. Jednak już dawno to się zmieniło.
- Przychodzisz do mojego domu, ja witam cię z otwartymi ramionami, a ty co robisz? Pyskujesz do ojca! Wiesz, co zrobiłbym komuś ze służby, gdyby tak do mnie powiedział? - kontynuował swoje nudne wypowiedzi.
- Związanie mnie, zaciągnięcie po ziemi i rzucenie pod twoje stopy nazywasz witaniem z otwartymi ramionami?- prychnąłem. - W takim razie nie chcę wiedzieć, jak traktujesz wrogów.
- Synu kochany! Nie jesteś moim wrogiem. Boli mnie jedynie to, że odwróciłeś się ode mnie. Poza tym, dobrze wiesz, jak traktuję wrogów. Takich rzeczy się nie zapomina! - lekko się zdenerwował.
- To był sarkazm – powiedziałem.
- Co? - było to „co” spowodowane raczej gniewem, a nie niedosłyszeniem.
- Sarkazm. Mam przeliterować?
- Nie ważne – teraz był już naprawdę zły. - Po co tu przyjechałeś?
- Żeby prosić cię, abyś zostawił All w spokoju – skłamałem.
- Nie mam nic do twojej przyjaciółki, ani do ciebie.
Miałem ochotę parsknąć śmiechem, jednak nie chciałem popsuć sobie planu. Postanowiłem, że załatwię to bardzo szybko. Już dawno nie byłem związany. Sługusy ojca zostawiły nas samych, a on nie mógł widzieć więzów. W trakcie krótkiej rozmowy udało mi się wyciągnąć scyzoryk i uwolnić się.
W jednej chwili wstałem i rzuciłem się na niego. Był świetny w walce, ale już stary i szybko się męczył. Wyciągnął broń, jednak szybko mu go odebrałem. W dodatku w trakcie naszej krótkiej szamotaniny coś wpadło do kominka wysypując żar z kominka. W rezultacie wszystko stanęło w płomieniach. Nie czekając ani chwili wpakowałem własnemu ojcu kulkę w pierś. Jak czułem się z tym, że go zabiłem? Wolny. Czułem, że w końcu All będzie bezpieczna. Nie miałem czasu sprawdzić, czy on żyje, ponieważ musiałem uciekać.

***
Moi kochani. Powróciłam :D Przeżyłam naprawdę dużo przez te wakacje i nie zmarnowałam absolutnie ani minuty czasu :D Zapamiętam ten czas do końca swojego życia :D Niestety, po powrocie złapałam anginę i zapalenie oskrzeli :c Poza tym, chyba jest okej :P Mam nadzieję, że rozdziały na obu moich blogach będą pojawiały się regularnie :P
Witajcie z powrotem! :D
Pozdrawiam,
Katarina

piątek, 18 lipca 2014

Informacja...

Tak, jak Katarina przypuszczała, nie daje rady z prowadzeniem tylu blogów na raz :c
Z przykrością stwierdzam, że blog zostaje zawieszony do... września? Chyba, że jakimś cudem uda mi się coś stworzyć wcześniej.
Przepraszam
S.

piątek, 11 lipca 2014

She's gone, forever.

 ALISON



                   Nie wiem jak długo znajdowałam się w łazience, ale gdy wyszłam chłopaki właśnie pakowali nasze bagaże do samochodu. Bez słowa wsiadłam do niego i zajęłam miejsce z tyłu- sama. Moje poliki szczypały od nadmiaru łez, a w głowie mi strasznie pulsowało. Przyćmiewało to racjonalne myślenie, dlatego po chwili odezwałam się do nich, pytając o Sophie.

- Max ją zabrał- wyjaśnił ogólnikowo, nie zagłębiając się w szczegóły. Ja też nie pytałam. Skoro była z Max'em, była bezpieczna, a ja nie chciałam z nimi rozmawiać. Może to nawet trochę egoistyczne z mojej strony, ale byłam na nich zła. Albo na siebie?
                     Przecież tyle im zawdzięczam... Zawsze są gotowi mi pomóc. A ja? Ja po prostu byłam...bezradna. Tego właśnie nienawidziłam w sobie. Nic nie potrafiłam. Byłam jak dziecko, które cały czas potrzebuje czyjeś opieki. Do tego sama sprowadzałam na siebie kłopoty. Powinnam była być im wdzięczna za to co robią. Przy nich czuję się bezpieczna.
Więc dlaczego nie powiedziałam im o karteczkach z groźbami? Może dlatego, że wszystko wydawało się być w porządku? Tom był szczęśliwy z Soph, ja z Gabrielem... do tego znalazłam idealną pracę i mieszkanie. Więc czego chcieć więcej? Ach! I nasz wyjazd! Z jednej strony był on ucieczką od tych gości, ale zaliczał się też do pewnej formy rozrywki i odpoczynku.
                     Jazda wydawała się szybka. Za szybka. Kilkadziesiąt mil przejechaliśmy w kilka godzin, które zaś ciągnęły się jak minuty. Wsiadając był ranek, teraz zaś środek nocy. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, aby chłopaki zmienili się za kierownicą. Oczywiście, tak było szybciej.
Zatrzymaliśmy się przed jakimś motelem. Nie wyglądał najlepiej, ale nie skomentowałam tego. Poczekałam cierpliwie, aż chłopaki wysiądą z auta i, gdy zajęli się bagażami, ja powoli wyślizgnęłam się z jego wnętrza. Gabe dostrzegł mnie i złapał za ramię, gdy przekraczałam próg hotelu. Nie odwróciłam się, tylko spuściłam głowę w dół. Wsunął mi klucz do dłoni i puścił. Od razu ruszyłam do windy. Zanim metalowe wrota się zamknęły, zdążyłam wzrokiem omotać hol z recepcją. Starszy mężczyzna z wyraźną nadwagą, siedział, czytając jakąś starą gazetę. Przy drewnianym biurku brakowało kilku liter w słowie "Recepcja". Czerwony dywan, którym wyścielono to pomieszczenie, już dawno stracił swój kolor. Teraz bardziej przypominał brązowy z licznymi dziurami. Mały zestaw mebli, zapewne też już nie należał do najnowszych. I pewnie to od nich śmierdziało stęchlizną. W połączeniu z potem tego grubasa, tworzyło naprawdę mieszankę wybuchową. Zauważyłam jeszcze kilka obrazów na tej ścianie, z której tapeta powoli schodziła. Wszystko było stare i zniszczone, ale o dziwo- winda wydawała się być nowa.
Spojrzałam na kluczyk, do którego przyczepiono brelok z numerem pokoju. Nacisnęłam pierwsze piętro, licząc, że właśnie tam znajduje się pokój "9".
                 Gdy drzwi windy się otworzyły, wystrój całkowicie się zmienił. Nie przypominał tego z parteru, wręcz przeciwnie. Nowoczesne lampy ścienne rozświetlały co rusz to inne dzieło. Nie był jakoś ustrojony, ale zadbany. Ładne, niezniszczone drzwi prowadzące do pokoi, brązowe ściany, które wydawały się być świeżo malowane. Szybko odnalazłam nasz pokój i weszłam do niego. Klucz rzuciłam do porcelanowej miseczki, znajdującej się na niewielkiej komodzie. Włączyłam światło, aby dojrzeć jego wnętrze. Liczył dwa pokoje, a w tym salon połączony z niewielką kuchnią. Inne drzwi prowadziły do łazienki, a kolejne-o dziwo- były zamknięte. Rzuciłam się na łóżko, czując pod sobą satynową pościel. Pierwszy raz dwuosobowe łóżko wydawało się być dla mnie za małe. Zasłoniłam dłońmi oczy, próbując w ten sposób jakoś opanować łzy, ale jak zwykle nadaremnie.
                    Byłam słaba. Zbyt słaba i bezużyteczna, aby przydać się na cokolwiek. Nawet moje odbicie w lustrze ze mnie szydziło.



                                                                 GABRIEL



- To już ostatnia- powiedziałem do przyjaciela, wyciągając kolejną torbę. Jak na trzy osoby, mieliśmy dosyć spory bagaż ze sobą. Chwyciłem w dłonie dwie, wielkie walizki, upychając jakoś jej małą podręczną torbę. Wszystkie reklamówki, czy cokolwiek świadczące o naszym pobycie w tamtym domku, musieliśmy zabrać ze sobą, więc zrobiło się dosyć tłocznie w bagażniku.
- Pozbędę się tego- zadeklarował Tomas, wyczytując moje myśli. Ostatnio byłem zbyt otwarty, co niestety byłoby moją zgubą w innych okolicznościach.- Idź do niej. Ona cię teraz potrzebuje...
- Myślisz, że tego nie wiem? Zrobiłbym wszystko, aby była bezpieczna. Żeby przestała się dręczyć. Ale nie potrafię- przyznałem.- Jestem zbyt słaby.
- Stary, nie mów tak. Cokolwiek się zdarzy, pamiętaj, że siedzimy w tym razem i damy sobie z tym radę. Nikt nie ucierpi, a zwłaszcza Alison.
- Już ucierpiała- wytknąłem mu.- Gdybyśmy się nie pojawili...
- To albo byłaby martwa, albo w niebezpieczeństwie, czyli tak jak teraz. Nie myśl o Sophie. Powiedziałem jej wszystko. Znała moją przeszłość i ryzyko, jakie niesie ze sobą nasz związek.
- P...powiedziałeś jej?!- jęknąłem.- I pomimo tego, nie odeszła od ciebie? Wiedziała, że nic do niej nie czujesz?
- Miała nadzieję, że w końcu coś między nami zaiskrzy- machnął ręką.- Idź do niej, a ja się zajmę resztą. Zostaniemy tu dwa dni, a potem będzie trzeba pomyśleć co dalej.
- A co z jej ciałem? Przecież zostawiliśmy ją tam...
- Chłopaki się tym zajmą. Jutro rano powinni tu być... Jeśli spotkasz Stefana po drodze, powiedz, żeby do mnie potem zajrzał. Musimy sprowadzić tu nasze rzeczy i sprawdzić, czy nikt nas nie śledzi.
Skinąłem głową na zgodę i poszedłem do pokoju, przekazując po drodze wiadomość recepcjoniście.
W pokoju panowała ciemność. Odstawiłem torby i skierowałem się do łazienki, gdzie przez otwarte drzwi wylatywało światło. Stanąłem jak wryty, gdy zobaczyłem ją, klęczącą na podłodze.
- Alison!- Krzyknąłem, widząc jej krew na rękach. Nie odwróciła się, ale dostrzegłem, jak jej ciało całe się trzęsie. Podszedłem do niej i wyciągnąłem kawałek zakrwawionego lustra z jej dłoni. Odsunąłem kilka odłamków i pomogłem jej wstać. Nie odezwała się ani słowem, ale przez jej wzrok, wydawało mi się, że jej umysł jest gdzieś indziej. Daleko stąd.
- Alison, coś ty zrobiła?
Nie odpowiedziała.
Pozwoliła mi zmyć krew z jej dłoni. Rany okazały się mniejsze niż się spodziewałem. Kilka cięć wywołanych na skutek ściśnięcia kawałków lustra w dłoniach. Zaprowadziłem ją do sypialni i usadowiłem na łóżku. Wciąż była nieobecna.
           Z apteczki wyciągnąłem gazę i bandaż, a następnie owinąłem jej rany.  Gdy już wszystko opatrzyłem, pogładziłem jej dłonie swoimi, a następnie złożyłem delikatny pocałunek na wewnętrznej stronie nadgarstka.
- Alison... proszę...
- Przepraszam- wychrypiała, jakby właśnie się ocknęła.- Przesadziłam.
- Nie- zaprotestowałem.- Miałaś zupełnie prawo, aby tak zareagować.
- Nie powinnam. Wy... wy...- jej głos znów się zawiesił, a po policzkach popłynęły łzy.
- Ciii...- uspokoiłem ją, a następnie przytuliłem.- Już wszystko dobrze.
- Nie. Nic nie jest dobrze. Powinnam wam już wcześniej o tym powiedzieć, nie byłoby żadnej afery. To się już więcej nie powtórzy- obiecała.
- Nie dopuszczę do tego- zapewniłem.- All, powinienem być z tobą szczery, a nie ukrywać większość. Teraz to się zmieni i będę cię informował o wszystkim.
- Nie musisz... Ważne, że jesteś przy mnie.
- Zawsze będę- pociągnąłem ją na łóżko tak, aby się położyła. Oparła głowę o moją pierś, a ja gładziłem ją dłonią.- Jutro przyjadą chłopaki i pomogą nam cię chronić. Myślę, że będziemy musieli wyjechać z kraju.
- Pomyślimy o tym jutro- szepnęła sennie.- Zostań ze mną- powiedziała, gdy się ruszyłem.
- Kochanie, nigdzie się nie wybieram- przykryłem nas kołdrą i pozwoliłem odpłynąć do krainy Morfeusza.



             Siedziałem w towarzystwie Stefana i Toma, czekając na naszych przyjaciół. O ile można było ich tak nazwać. Zwyczajni ludzie z fachu. No może nie zwyczajni, gdyż dla nich codzienność to bójki, narkotyki, mordy... Ja z tym na szczęście skończyłem. James'a znałem od dziecka. Razem się wychowaliśmy w... w sumie, raczej lepiej o tym nie wspominać. Nie był to zwykły dom, tylko burdel. Moja matka była dziwką, a ja byłem jej wpadką. Jak większość dzieci w tamtym miejscu. Nie byliśmy jedyni, ale najlepiej nam się razem dogadywało. Oczywiście, wszystko się zmieniło gdy poznałem Tomas'a, ale nadal utrzymywałem z nimi kontakty. Wiedziałem, że w tej sytuacji mogę na niego liczyć. A on na mnie.
Inaczej było z Victorem. On, po prostu mnie przerażał.
               Spojrzałem na drzwi, które zazgrzytały, a w ich progu pojawiła się Alison. Zmarszczyłem brwi, będąc pewny, że ona jeszcze śpi. Niedawno minęła dopiero siódma... Widziałem jak szuka mnie wzrokiem i,gdy w końcu zetknęliśmy się spojrzeniami, dostrzegłem ślady łez na jej policzkach. Rzuciła mi się na szyje i zaczęła się trząść pod wpływem łez.
- Heeej, mała. Co się stało?- Zapytałem, gładząc ją dłonią po plecach.
- Nancy... miała wypadek- wyszlochała, po czym zalała ją kolejna fala łez.

niedziela, 6 lipca 2014

Żegnaj, mała...

ALISON


          Siedziałam w towarzystwie Gabe i Soph, którzy śmiali się w najlepsze. Ja nie pozostawałam im dłużna, Kolejna fala melodyjnego śmiechu, wydostała się z moich ust, słysząc dowcip dziewczyny. Ona na prawdę potrafiła rozbawić nas do łez. Nie nudzono się przy niej. Za to też chyba ją kochałam. Zawsze potrafiła mnie rozweselić, gdzie zapominałam o wszelkich problemach.
- Alison!- Usłyszałam wołanie Toma. Zapewne utknął w toalecie, co mnie jeszcze bardziej rozbawiło.
- Zaraz wracam- mruknęłam, idąc w stronę łazienki. Usłyszałam za sobą ich wesołe głosy. Cieszyłam, że ta dwójka się dogadywała. Zależało mi na nich. Szczególnie teraz, gdy chciałam się ustatkować. Nie chodziło mi o związek, tylko po prostu chciałam znaleźć swoje własne miejsce w tym popapranym świecie.
- Tom? Wszystko w porządku?- Zapytałam, wchodząc powoli do pomieszczenia.
Stał, tyłem odwróconym do mnie. Widziałam jego głowę, pochylającą się nad moją kosmetyczką. Zmarszczyłam brwi i spoglądnęłam na nią. Leżała na ziemi. Rozsypana.
Nie udam, że trochę spanikowałam tą sytuacją. Wszystkie rzeczy, codziennego użytku, dodatkowe lub po prostu moje prywatne, które wiedziałam, że Gabe nie znajdzie. Moja kosmetyczka była moim jedynym sejfem, do którego tylko ja miałam dostęp. Zebrałam wszystko, zdenerwowanym wzrokiem szukając karteczki. Nie wiem czemu ją zachowałam. Może dlatego, żeby mieć pewność, że to nie są żarty?
- Gdzie...?- Mruknęłam do siebie. Dostrzegłam ją. Znajdowała się w dłoni ciemnowłosego. Teraz także zauważyłam, że nie ruszył się nawet na milimetr. Chyba nawet nie dostrzegł mojej obecności.- Tom, wszystko w porządku?
- Nie, kurwa. Nic nie jest w porządku!- Wrzasnął, podając mi kartkę. Rozprostowałam ją i przeleciałam wzrokiem po jej treści.

                                         "Najpierw Mike, teraz Twoja kolej"

- Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś, All? Przecież wiesz, że jestem tu, aby ci pomóc- powiedział pochylając się nade mną. Jego głos diametralnie się zmienił. Złość ulotniła się, ustępując miejscu łagodności. Może dlatego, że zaczęłam płakać?
- Tt...to nic...- wymamrotałam, otulając się ramionami. Zaczęłam się trząść. Nie wiem czemu, ale to mnie rozkleiło. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawę. Zabójstwo, włamanie, atak, wszystko zdawało się zbyt odległe, żeby jakoś się tym przejąć. Ale prawda była taka, że nie zważałam na swoje życie. Czy będę żyć, czy też zostanę zabita, to nie było dla mnie ważne. Powinnam już dawno temu umrzeć. Ja, nie Mike.
- Jak to nic?! Alison, jesteśmy tu, aby cię chronić. Przecież nie wyjechaliśmy na wczasy dla naszego kaprysu, tylko po to, abyś była bezpieczna. Kiedy dostałaś tą wiadomość?
- Zanim tu wyjechaliśmy. Chyba...- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.- Ona już tu była, gdy rozpakowywałam swoje rzeczy. Sprawdziłam resztę i nie dostałam więcej żadnych liścików.
- Czyli to już się zdarzyło? Matko... Ile?
- Tom, to nie...
- Ile- przerwał mi. Jego głos stał się bardziej stanowczy, a czułość i troska po prostu się ulotniły.
- Nie wiem- przyznałam.- Przestałam liczyć, gdy znalazłam ją u ciotki. Wcześniej zostawiali w szafkach, ale odkąd znalazłam taką groźbę u Nancy, przestałam liczyć. Było ich zbyt wiele, nawet gdy się wyprowadziłam...
- Wyjeżdżamy- oznajmił beznamiętnym głosem.- Pakuj się, za godzinę widzimy się wszyscy przed domem.
- Nie możemy!- Zaprotestowałam.- Każdy coś wypił, a zresztą, co powiemy Sophie?
- Myślisz, że obchodzi mnie to, co ona sobie pomyśli? Jesteś w niebezpieczeństwie! My wszyscy jesteśmy, więc dla naszego dobra, jak i jej, powinniśmy wyjechać- powoli wycofał się z pomieszczenia, jednak zatrzymał się w bezruchu. Spojrzałam za siebie. Zapewne wyglądałam okropnie. Trochę pijana, zapłakana, a do tego rozmazany makijaż nie pomagał. Jednak pewnie wyglądałam lepiej od mojej przyjaciółki, która musiała wszystko usłyszeć. Soph stała w progu drzwi i z rozdziawionymi ustami patrzyła na nas.
- Wszystko w porządku?- Zapytał Gabe, dołączając do nas. Dziewczyna wycofała się powoli do tyłu i ruszyła do swojego pokoju. Bardzo chciałam z nią porozmawiać. To musiało być straszne... Jeśli słyszała wszystko, dowiedziała się także, że Tom nic do niej nie czuje, co mnie bardzo z dziwiło, gdyż dla mnie wyglądali jak idealna, zakochana para. Chciałam iść, ale byłam zbyt słaba na wykonanie jakiegokolwiek gestu.
- Alison, co się stało?- Zapytał szatyn, podchodząc do mnie. Odepchnęłam jego dłoń i spojrzałam w zimne kafelki pod moim ciałem.
- Wyjdź- wychrypiałam. Jednak nikt się nie poruszył.- Wynoście się stąd! Obaj!- To poskutkowało... Wynieśli się z łazienki, zostawiając mnie samą, w tym całym gównie. Może i chciałam, żeby mnie zostawili, ale potrzebowałam także kogoś, kto mnie przytuli i powie, że wszystko będzie już dobrze.
Roztrzęsioną dłonią wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam dobrze znany mi numer. Jeszcze raz przemyślałam to i doszłam do wniosku, że powinnam z kimś o tym porozmawiać. Ja byłam zbyt młoda, oni także, więc potrzebowaliśmy pomocy kogoś, kto mógłby trzeźwo myśleć w takiej sytuacji.
Po kilku sygnałach odezwał się kobiecy głos, a ja wybuchłam płaczem.
- Nancy...





TOMAS



- Co ty sobie, kurwa wyobrażasz?!- Nawrzeszczał na mnie szatyn, gdy zniknęliśmy za drzwiami jakiegoś pomieszczenia.- Co tam się stało?!
- Ktoś groził Alison- powiedziałem beznamiętnym głosem. Nie miałem ochoty odpowiadać na jakiekolwiek jego pytania, zwłaszcza, że teraz pragnąłem jedynie porozmawiać z Soph.
- Przecież po coś się tu przeprowadziliśmy! -Wrzasnął, po czym złapał mnie za koszulkę, aby zwrócił na niego swoją uwagę.
- Dostawała karteczki z groźbami, a ja właśnie jedną znalazłem! Zadowolony?
- Ale jak...- jęknął.- Pilnowaliśmy ją. Była bezpieczna...- opadł na kanapę. Mnie też ta sytuacja dobiła. Najchętniej zamknąłbym się w jakimś pomieszczeniu, odizolowanym od całej ludzkości. Ale niestety... W moim życiu nie było miejsca na przyjemności...
- Idź i spakuj siebie i ją. Zaraz wyjedziemy... Nie wypiłem aż tak dużo...- dodałem, widząc jego zdziwioną minę.
- A co z Sophie? Jedzie z nami?
- Nie. Zaraz załatwię jej jakiś transport do domu i pomyślę nad jakąś kryjówką dla nas.
Chłopak skinął głową i wyszedł, dając mi do zrozumienia, że muszę z nią pogadać. Zresztą, miałem jakieś wyjście?
        Zapukałem do drzwi naszej sypialni, jednak nikt nie odpowiedział. Ponowiłem delikatny stukot, ale i tym razem odpowiedziała mi cisza. Złapałem za klamkę, i z ulgą stwierdziłem, że drzwi są otwarte.
W pomieszczeniu panowała ciemność, choć byłem pewny, że ona tu weszła. Przejechałem dłonią po zmęczonej twarzy. Potrzebowałem odpoczynku. Nie mogłem wiecznie czatować i ich pilnować. Musiałem znaleźć kogoś na zmianę. Najlepiej kilka osób, aby zapewnić jej, i nam, bezpieczeństwo.
- Sophie? Przepraszam... Wiem, że zachowałem się jak ostatni palant, ale ja na prawdę nie chciałem- wyznałem, sięgając dłonią po włącznik. Momentalnie w pomieszczeniu zrobiło się jasno, a fala światła ukazała otwarte okno. Na dworze wiał wiatr, lekko targając zasłonami. Czy zostawiłem otwarte okno? Czy może Soph....
- Gabriel!- Wrzasnąłem, gdy spostrzegłem ją, leżącą na ziemi. Nie ruszała się.
- Co się stało?- Zapytał, wpadając do mojego pokoju.- Czy to...?
- Ona nie żyje, Gabrielu.
Dziewczyna bezwładnie leżała na podłodze, między łóżkiem a ścianą. Na pierwszy rzut oka, nic jej nie było. Jednak przez to, że leżała na boku, nie dostrzegłem tej drobnej rany na jej czole. Był to ślad po strzale.
- Ktoś ją zabił- przyznał chłopak.
Podszedłem do niej bliżej. To stało się zaledwie kilka sekund temu. Sprawca na pewno zdążył uciec, ale miał czas na zostawienie nam wiadomości. Byłem przerażony, czego nie sposób było można ukryć. Pomimo łączącego nas seksu, w jakiś sposób coś do niej czułem. A teraz tylko pustka. I może ulga?
      Na je białej bluzce, namalowano krwią 72h. Wiedziałem, że ta wiadomość kierowana jest do nas. Zostały nam trzy dni. Trzy pieprzone dni, zanim mój ojciec nas pozabija i zabierze to, co chce tak bardzo dostać.




Heeejka :*
Przepraszam, za to spóźnienie... Wiem, że nawaliłam. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz.... Po prostu, jakoś nie mogę sobie ułożyć wszystko. Mam opracowany pewien zarys rozdziału, ale niektóre momenty, jakoś mnie przerosły. Chyba nie daje sobie radę z prowadzeniem trzech blogów na raz i albo któryś zawieszę, albo rozdziały będą dodawane co dwa tygodnie, jeśli nie dłużej... :c
 Pozdrawiam
Seo

czwartek, 26 czerwca 2014

Informacja

Wiem, że zawaliłam... Nie musicie mi tego mówić :c Ten miesiąc był ciężki, a do tego Katarina postanowiła sobie zrobić wolne... No dobra, nie robi wolne, tylko wyjeżdża sobie nad morze beze mnie xd Tak więc, mam trzy blogi, które sama muszę prowadzić. Dwa z nich są moje, a ten był wspólny. Ledwo nadążam, żeby napisać tam rozdziały, ale teraz to się zmieni ;) Znajdę więcej czasu na pisanie i mam nadzieję, że wena mnie nie opuści, jak to zrobiła w ostatnim tygodniu... Nowy rozdział będzie w przyszłym tygodniu. Jeśli ktoś z Was chciałby mi pomóc, to zachęcam do współpracy!!! :*
Kontakt------> ostatnitaniec@onet.pl -----> Nie krępować się, tylko pisać!!!


Zapraszam także do wzięcia udziału w ankiecie, do której zgłoszony jest mój drugi blog : W imię wolności...


Ankieta----> Link 


Pozdrawiam :*
Seo

piątek, 6 czerwca 2014

The new message...?

***Gabriel***


      Czułem, że noga mi zdrętwiała, ale nie mogłem zmienić pozycji. Otworzyłem oczy w celu sprawdzenia, co jest tego przyczyną i od razu sobie przypomniałem. Leżeliśmy na miękkim dywaniku przed kominkiem. To znaczy ja na nim leżałem, a All na mnie. Nie mogłem uwierzyć, że stało się to, co się stało. Myślałem o tej chwili bardzo często, ale żadne marzenia nie oddały moich prawdziwych odczuć. Miałem już wiele kobiet i szczerze powiedziawszy traktowałem je strasznie podmiotowo. Teraz jednak było inaczej - naprawdę kochałem moją dziewczynę i było mi z nią bardzo dobrze. Na początku bałem się, że zrobię jej krzywdę, albo coś, ale emocje wzięły górę. Poza tym sama chciała i najwyraźniej też jej się to podobało.
Miałem ochotę podnieść się, albo chociaż obrócić, ale bałem się ruszyć choćby palcem. Moja ukochana spała tak słodko, że nie chciałem jej budzić. Przyjrzałem się jej i doszedłem do wniosku, że wygląda pięknie nawet, kiedy śpi, a może raczej powinienem powiedzieć: zwłaszcza, kiedy śpi. Wydawała się taka bezbronna, a kiedy spała w moich ramionach wiedziałem, że trzymam cały świat. Naprawdę chciałem ją ochronić przed wszystkim co złe, jednak miałem świadomość tego, że to właśnie przeze mnie ma kłopoty.
Zobaczyłem, że jej powieki się poruszają. Zamrugała nimi kilka razy i rozejrzała się. Zapewne tak jak ja, przez chwilę nie umiała sobie przypomnieć gdzie jest. Po ułamku sekundy jednak spojrzała na mnie i się uśmiechnęła. Przytuliłem ją bardziej do siebie.
- Jak się spało? - zanurzyłem nos w jej włosach i poczułem słodki zapach waniliowego szamponu.
- Bardzo dobrze, jesteś świetnym grzejnikiem - przyznała. - A tobie?
- Z tobą zawsze świetnie się śpi - skłamałem odruchowo mrugając okiem, chociaż nie mogła tego zobaczyć.
- Czy to jest jakiś podtekst? - poczułem, jak się uśmiecha.
- Skądże - odparłem.
Zobaczyłem, jak się rumieni. Najwyraźniej zdała sobie sprawę, że leżymy tak blisko siebie całkiem nadzy. Mnie to nie peszyło, ale ja byłem jej pierwszym, więc ją tak. Naprawdę słodkie było, jak się tak zawstydzała. Podniosła się i ubrała moją koszulkę. Sięgała jej do połowy ud, więc już nie była naga. Ja także wstałem i zacząłem zbierać swoje ubrania, jednak zauważyłem pewien brak.
- Kochanie? Nie pamiętasz, gdzie zostawiliśmy moje bokserki?- rozejrzałem się jeszcze raz, ale nigdzie ich nie widziałem.
Allis siedziała po turecku na ziemi i zaczęła się śmiać. Kochałem ją nawet taką - rozczochraną, bez makijażu i w mojej, za dużej koszulce.
- To wcale nie jest śmieszne - skomentowałem, co rozbawiło ją jeszcze bardziej.
- Jest - pokazała mi język, a ja podszedłem i ją pocałowałem.
Zobaczyłem, że trzyma coś w ręce za swoimi plecami. Były to moje bokserki.
- Jak chciałaś, abym pozostał nagi, wystarczyło poprosić - odebrałem jej moją zgubę, a ona śmiałą się jeszcze bardziej.
Dziewczyna poszła pod prysznic, a ja założyłem tylko bieliznę. Uznałem, że bezsensowne jest ubieranie się, skoro za chwilę miałem iść się kąpać. Udałem się do kuchni mając nadzieję, że Tomas z Sophie nie wrócili jeszcze z imprezy i nie widzieli nas leżących nago w salonie. Zabrałem się za robienie śniadania. Mój wybór padł na omlet z owocami. Na patelnie wbiłem jajka i zabrałem się za mycie owoców. W szafce znalazłem truskawki, maliny, jagody i banany. Pokroiłem to w odpowiednie kawałki, a omlet przyprawiłem. Gdy dałem wszystko na talerz i polewałem to czekoladą, do kuchni akurat weszła Alison. Ubrana była w czarne legginsy, skarpetki w małpki i jedną z moich koszulek. Zaczęła zaglądać mi przez ramię.
- Gdzie się patrzysz? Siadaj do stołu - rozkazałem.
- Co robisz dobrego? - skakała za mną, próbując zobaczyć przygotowywane jedzenie, ale ja jej to skutecznie uniemożliwiałem.
- Zaraz zobaczysz.
- A ty nie zamierzasz się dzisiaj ubierać? - wbiła mi palec między żebra.
- Jeszcze rano tego chciałaś - przypomniałem jej, a ona z westchnieniem usiadła.
Postawiłem talerz przed nią, a ona aż się oblizała. Nie czekając na mnie ukroiła kawałem i włożyła do ust.
- Już zapomniałam, jak potrafisz świetnie gotować - powiedziała z pełnymi ustami.
- Nie wiedziałem, że zwykły omlet można nazwać gotowaniem - odparłem skromnie, chociaż w głębi duszy byłem z siebie bardzo zadowolony.
Swoją porcję zjadłem szybciej niż ona i udałem się pod prysznic. Stwierdziłem, że taka kąpiel przyda mi się i chociaż trochę uspokoi buzujące we mnie hormony. Odkręciłem kurek i wszedłem pod strumień wody uprzednio się rozbierając. Czułem, jak wraz z potem spływają ze mnie wszystkie emocje. Nie mogłem nadal uwierzyć, że poprzedniego wieczoru stało się to, co się stało. Wiedziałem, że ją kocham i chcę spędzić z nią resztę swojego życia, Miałem nadzieję, że ona myśli tak samo.

***Alison***

Zjadłam pysznego omleta. Mimo, że był sycący, to nie zostawiłam na talerzu nawet okruszka, ponieważ nie chciałam, aby tak dobre jedzenie się zmarnowało. Gdy skończyłam, wsadziłam naczynie do zlewu i spojrzałam na drzwi od łazienki. W środku Gabriel brał prysznic, a mnie naszła ochota, aby go przytulić. Wczorajszy wieczór był moim pierwszym razem i nie żałowałam. Gabe był czuły i delikatny, dzięki czemu wszystko było cudowne. Miałam ochotę dziękować Tomowi na kolanach za to, że mnie z nim poznał. Gdyby nie to, nasze drogi pewnie by się nie zeszły i nie miałabym takiego wspaniałego faceta. Mimo, że czasami się kłóciliśmy, to jednak był to dobry związek. Chłopak może nie był ideałem, ale w końcu nikt nim nie jest.
Weszłam do środka. Gabriel stał w kabinie prysznicowej tyłem do drzwi, a woda zagłuszała wszelkie dźwięki. Rozebrałam się i weszłam do środka. Gdy położyłam mu rękę na ramieniu, jego mięśnie się napieły. Gdy jednak obrócił się w moją stronę, rozluźnił je i się uśmiechnął.
- Już się kąpałaś czyściochu - pocałował mnie w usta, a ja się do niego przytuliłam.
- Przyszłam przypilnować cię, abyś ty się dobrze umył - powiedziałam.
    W tym momencie usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi wejściowych. Zauważyłam, jak mój chłopak spina swoje mięśnie i nie miał najlepszej miny.
- Co jest? - zapytałam.
- Tom urwie mi głowę - wyszeptał.
- Za co? - zmarszczyłam brwi. - Nie mam dwunastu lat.
- Ale on jest twoim przyjacielem. Mam takie głupie przeczucie, że... jak zobaczy nas w łazience razem, to dostanę nieźle po pysku.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Nie chciało mi się wierzyć, że Tomas pobiłby go za coś, na co sama mu pozwoliłam. Widziałam jednak, że nieźle się zdenerwował słysząc, że tamten wchodzi do domu. Nie mogłam pozwolić, aby pobili się w czasie, kiedy mieliśmy mieć w końcu spokój.
- Co teraz zrobimy? - wyszeptałam.
Obydwoje spojrzeliśmy na małe okienko. Mieliśmy takiego pecha, że wybraliśmy sobie piętro, więc Gabe mógł sobie coś zrobić.
- Jest tu ktoś? - usłyszeliśmy głos Soph z dołu. Wiedziałam, że mój facet chce wyjść, to musi się spieszyć.
- Jestem w łazience - powiedziałam na odczepne, mając nadzieję, że nie dałam nic poznać po swoim głosie.
Gabriel powycierał się i ubrał, a następnie wychylił głowę przez okno. W między czasie ja także się ubrałam i zawinęłam głowę ręcznikiem, jednak nie zakręcałam wody. Wolałam, żeby zagłuszała ona nasze rozmowy.
- Spadniesz - mówiłam po cichu. - Nie wychodź.
- Jak się zmieszczę, to będzie dobrze - uśmiechnął się, a następnie wyciągnął ręce przed siebie i wsunął się do połowy. - Możesz mi pomóc? Chyba się zaklinowałem.
Czułam się przerażona. Od początku wiedziałam, że to jest bardzo zły pomysł i okazało się, że miałam rację. Stałam za nim sparaliżowana i nie wiedziałam, jak mam mu niby pomóc. Nie chciałam go pchać, bo się bałam że wyleci. Obawiałam się także, że się zaklinuje i już nigdy nie wyjdzie z tego okienka.
Nagle zniknął. Tak po prostu. Wciągnęłam głośno powietrze i przyłożyłam rękę do ust, ponieważ byłam pewna, że leży połamany na ziemi lub, co gorsza, nie żyje. Domyślałam się, że byłam blada jak ściana i przerażenie wypisane na twarzy. Szybko
podbiegłam do okienka i wyjrzałam przez nie. Okazało się, że mój ukochany jest cały i bezpieczny, tylko po prostu schodzi po drabince z winogronem na dół. Kiedy wreszcie dotknął ziemi, z za rogu wynurzył się jego przyjaciel i posłał mu uśmiech.
Odczekałam chwilę i dopiero potem odważyłam się wyjść. Pomimo, że przeszukałam całą łazienkę, nie mogłam znaleźć swojej bielizny. Czułam się głupio, jednak nie miałam wyjścia, musiałam tak wyjść i zejść do swojego pokoju. W duchu modliłam się, aby nikogo nie spotkać. Chciałam jak najszybciej dostać się do swoich ciuchów. Niestety, jak zwykle szczęście mi nie dopisało. Schodząc po schodach dopadła mnie Sophie i pociągnęła do kuchni.
- Och All! Nawet nie wiesz jak było cudownie!- zaczęła relacjonować mi ich wypad. Musiałam przyznać, że myliłam się co do Toma. Nie spodziewałam się, że z niego taki romantyk. Gdy opowiadała mi o ich wspólnej nocy, mimowolnie zalałam się rumieńcem. Jej opowieść przywróciła mi wspomnienia z ostatniej nocy. Przypominając sobie jego delikatny dotyk dłoni na moim ciele, poczułam przyjemne dreszcze. Zdradzając się przy tym.
- Alison- powiedziała stanowczo. Może nie wyglądała na inteligentną, jednak już nie raz zaskoczyła mnie swoją błyskotliwością.- Czy ty i Gabriel...?
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Dziewczyna rzuciła mi się w ramiona. Zaczęła ściskać moje ramiona i podskakiwać w kółko, zmuszając mnie do dołączenia do niej. Cieszyła się bardziej ode mnie. Znaczy się, ja też. Zresztą, bardzo mi się to podobało. I chciałam więcej. Przestałyśmy skakać, gdy ręcznik spadł mi z głowy, ukazując suche włosy. Soph parsknęła śmiechem.
- No wiesz ty co- oburzyła się- jeśli chcieliście się pieprzyć w łazience, to trzeba było mówić. Wrócilibyśmy później.
Już otworzyłam usta by jej odpowiedzieć, jednak uniemożliwił mi to Tom, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Dlaczego mielibyśmy wrócić później?- zapytał rozkładając się na kanapie. Spojrzałam na Soph niemal błagalnie. Teraz rozumiałam Gabriela i jego reakcji na ich powrót. Nie chciałam, aby on się o tym dowiedział. Traktował mnie jak młodszą siostrę, którą wiecznie trzeba chronić. Na pewno bałby się, że Gabe mógłby mnie skrzywdzić. Dziewczyna szybko dostrzegła moje obawy i postanowiła uratować mi tyłek.
- Gdyby nie to, że pada, wrócilibyśmy później- odparła. Tom zmierzył mnie wzrokiem i chyba kupił tą historię.
- No, ale wtedy nie dowiedziałaby się o tym- z szafki sięgnął po gazetę, którą mi podał. Niepewnie chwyciłam ją, marszcząc brwi. Rozłożyłam ją i ujrzawszy zdjęcie na pierwszej stronie, otworzyłam usta ze zdziwienia.
- To mój obraz! - krzyknęłam rozentuzjazmowana.
- Jest cały artykuł poświęcony tobie- odparł przyjaciel, co mnie trochę zmartwiło. Nie chciałam, aby o mnie mówiono...
- Nie mówią o tobie- powiedział ciemnowłosy, a ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że wypowiedziałam swoją myśl na głos. O matko... Znowu pojawia się niezdarna Alison?- Piszą o tajemniczej Belli, a nie o tobie.
Do pomieszczenia wszedł Gabriel, mierząc nas dziwnym spojrzeniem. Rzuciłam się mu w ramiona i czule go pocałowałam. Był trochę zaskoczony, jednak odwzajemnił gest. Oderwałam się od niego i pokazałam swoje dzieło, znajdujące się w gazecie. Odwrócił pierwszą stronę i zaczął czytać:
-... Młoda artystka zwana Bella osiągnęła wielki sukces podczas ostatniej wystawy. Galeria ledwo pomieściła wszystkich gości, choć część przybyłych musiała zostać niestety odprawiona. Tłum zachwycał się jej dziełami. Wyrażano, iż młoda artystka inspirowała się tutejszymi widokami. Z jej płynnych ruchów można wyczytać każdą emocję, jaką nią w danym momencie kierowała. Goście nie mogą przestać się zachwycać gracją w tych dziełach. Jednak są zafascynowani autorką prac. Malarka nie chce się ujawnić, a jej nieobecność podczas wystawy intryguje nas jeszcze bardziej. Inni autorzy prac nie chcą ujawniać jej tożsamości. Wiemy tylko, że jest młoda, a jej ostatnia wystawa odbyła się w Australii. Tak więc zwracamy się do tajemniczej Belli z prośbą o jakikolwiek kontakt z nami, a także prosimy, aby każda osoba, która wie coś na jej temat, zgłosiła się do nas, a na pewno zostanie sowicie nagrodzona".
Gabriel uśmiechnął się do mnie i ponownie mnie pocałował.
- Gratulacje kochanie- wyszeptał.
- Chyba musimy to uczcić?- Odezwała się dziewczyna za nami. Przez chwile zapomniałam o ich obecności.
- Na pewno nie dzisiaj. Na dworze pada, więc jesteśmy tu uziemieni- przyznałam ze skwaszoną miną.
- Niestety, ale możemy zabawić się we czwórkę! Urządzimy mini party dla nas.
- W sumie i tak nie mamy żadnych planów.
- Ale i tak musi ktoś pojechać po piwo, bo wino się skończyło!- krzyknęła Soph z kuchni.- Rany, ale z was zolusy! Dwie butelki na dwóch?
Parsknęłam śmiechem widząc jej oburzoną minę. Tom jeszcze bardziej rozłożył się na kanapie i włączył jakiś program o sporcie. Szczęśliwa wróciłam do pokoju. Nim się obejrzałam, drzwi zamknęły się za mną. Obróciłam się i dostrzegłam Gabriela idącego w moją stronę. Ciałem przywarł do mnie, po czym złożył na moich ustach namiętny pocałunek. Był on jednocześnie czuły i brutalny. Obydwoje byliśmy spragnieni naszych ciał i dopiero teraz, gdy byliśmy sami, odczułam jego brak. Równie zachłannie oddawałam jego pocałunki. Poczułam jak jego dłonie wędrują pod moją bluzkę. Jedna spoczęła na plecach, zmniejszając odległość między nami, zaś drugą zaczął bawić się moją piersią. Czułam przyjemne ciepło w moim podbrzuszu. Z ust wydobył się cichy jęk, gdy jego wargi zjeżdżały w bok. Pocałował skórę za moim uchem.
- Moja słodka Alis- wyszeptał, a ja poczułam ciepło jego od
dechu. - Chciałem to zrobić odkąd cię rano ujrzałem. Szczególnie w mojej koszulce, bez bielizny.
Spojrzał rozbawiony w moje oczy. Teraz zrozumiałam to "dziwne" zniknięcie mojej bielizny.
- To zemsta za bokserki?- wyszeptałam łapiąc zachłannie oddech.
- Nie. Po prostu lubię cię ogląd
ać nago. Im mniej masz tym lepiej. Teraz chyba pozbędziemy się wszystkiego- nie czekając na odpowiedź, przyssał się do mojej szyi. Z gardła co jakiś czas wydobywał się cichy jęk. Nim się obejrzałam, nasze ciała zostały pozbawione jakiegokolwiek materiału, a my obydwoje topiliśmy się w swoich pocałunkach, leżąc już na łóżku.



***Tomas***


Skończyłem oglądać mecz i skierowałem się do kuchni, w której krzątała się Soph. Gdy zobaczyłem dzierżący w jej dłoni nóż, lekko się wystraszyłem.
- Jezu dziewczyno! Jeszcze zrobisz komuś krzywdę- rzuciłem rozbawiony, a ona zgromiła mnie wzrokiem.
- Mógłbyś mi pomóc, a nie tylko się obijasz. Za niedługo obiad i ktoś musi go przyszykować.
- Na pewno nie ty- delikatnie wyciągnąłem nóż z jej dłoni.- Ostatnio spaliłaś garnek z samą wodą, choć byłaś cały czas w kuchni, a tym mogłabyś zrobić sobie poważną krzywdę. Więc wolę nie ryzykować- wyprowadziłem ją z kuchni i zostawiłam siedzącą na sofie.
- Zaraz coś przygotuje dobrego, a ty się nie zbliżaj do kuchni, zrozumiałaś?- Soph przytaknęła zdumiona.- Grzeczna dziewczynka- pocałowałem ją, a w dłoń wsunąłem pilota od telewizora. Ta dziewczyna nie wiedziała co to nuda. Zawsze musiała coś robić. Choć jej energię mogłem wykorzystać w inny sposób, jednak teraz byłem zbyt głodny. Tak, proszę państwa! Ja, Tom *** pierwszy raz odmawiam seksu! Trzeba to gdzieś zapisać... Otworzyłem lodówkę. Zlustrowałem ją wzrokiem i stwierdziłem, że z tego mógłbym zrobić jakąś sałatkę, ale to za mało. Mi samemu by to nie wystarczyło, a co dopiero Gabrielowi. Chwyciłem za telefon i kulturalnie, jak na faceta przystało, zamówiłem pizze.
Uwielbiałem takie wieczory.
Dużo zabawy, towarzystwo przyjaciół i „spokój”. Chociaż czasem brakowało mi trochę akcji, nie chciałem do tego wrócić. Wcześniej byłem istną maszyną do zabijania, a byłem skuteczny tylko dlatego, że nie było nikogo na kim mi zależało. Teraz było inaczej. Moi wrogowie znali Alison i nawet na Soph mi zależało. Ale wciąż chodziło mi tylko o seks z nią. Była słodka, ale zupełnie nie w moim stylu. Jedynie krótki epizod. To wszystko. Trzeba było to skończyć w końcu, ale po co? Alison jest z moim przyjacielem, nie chce mnie, traktuje jak brata i nawet nie wie o moich uczuciach do niej. To bolało. Bardzo. Ale zależało mi na jej szczęściu. Nawet kosztem własnych uczuć.

Zacząłem się podnosić z kanapy, przez co zostałem obdarzony pytającym spojrzeniem Soph. Nachyliłem się do niej i pocałowałem, na co ona się uśmiechnęła.
- Muszę iść na stronę...- wyszeptałem, a ona przygryzła wargę. O matko... Chyba ten nasz „związek” powoli zaczyna mi się podobać.

Skorzystałem z ich łazienki wiedząc, że w tym stanie nie dam rady zejść ze schodów. To pomieszczenie nie różniło się od naszego. Może jedynie zapachem. U nas górował jaśmin, tu zaś lawenda- nawet przyjemnie wąchało się ją. Sięgając po mydło przy zlewie, nie chcący zrzuciłem kosmetyczkę Alison, z której wysypały się różne kosmetyki. Niezdarnie schyliłem się, aby to wszystko podnieść, gdy mój wzrok spoczął na małej karteczce. Uniosłem ją i przeczytałem zawartość, a mój stan trzeźwości diametralnie się zmienił.



Hejka ;* Wracamy po krótkiej przerwie... Jak już wcześniej Katarina wspomniała, nie ma dostępu do komputera i nie może pisać nowych rozdziałów. Jednak udało jej się zacząć, a ja skończyłam nową notkę ;) Mam nadzieję, że się spodoba, gdyż w najbliższym czasie tylko ja będę dodawać posty :c
Pozdrawiam
Seo ;*