wtorek, 25 lutego 2014

Kłamstwo nie popłaca

  – Nie! – z mojej piersi wydobył się krzyk. Widziałam mnóstwo krwi, była wszędzie. Ten obraz przyprawiał mnie o mdłości i zawroty głowy. Otwarte oczy Mike'a wyrażały ból, strach i obawę. Wyciągnął rękę w moją stronę, a jego usta poruszały się w bezgłośnych słowach. Uciekaj. Słyszałam to słowo tak wyraźnie, że wydawało mi się, że nie mogę się mylić. Nie chciałam uciekać, tylko mu pomóc. Tak bardzo tego pragnęłam, ale nie miałam pojęcia, jak mogę to zrobić.
 Wyciągnęłam ręce w jego stronę, jednak wydawało mi się, że jest coraz dalej. Wszystko wirowało, a Mike się oddalał. Czułam, że także spadam, tyle że z mniejszą prędkością. Gdy zdawało mi się, że już go dosięgłam, okazywało się, że jest to nierealne. Płakałam. Wiedziałam, że nie mogę mu pomóc. Miałam tą świadomość, że za chwilę sama stracę życie, lecz to się nie liczyło. Liczył się tylko on. Mój przyjaciel i brat. Czułam narastającą frustrację i gniew. Wytężyłam wszystkie swoje siły i wreszcie go dosięgłam. Udało się!
 Mój zapał się ostudził, gdy zdałam sobie sprawę, że oboje jesteśmy w tarapatach. Oboje toniemy w bezdusznej głębi, wirujemy w przepaści. Uniosłam głowę i zobaczyłam iskierkę nadziei w postaci Toma. Stał nad nami twardo na ziemi i się uśmiechał. Jedną ręką trzymałam przyjaciela, drugą zaś wyciągnęłam w stronę wybawiciela. Ten tylko głośno się zaśmiał i zza siebie wyciągnął broń. Wymierzył w nas i rozpiął kołnierz kurki. Wąż. Na jego szyi tkwił przerażający tatuaż przedstawiający obrzydliwego gada.
 W chwili, gdy nacisnął na spust, otworzyłam oczy.

  – Już dobrze – wyszeptał Gabriel, tuląc mnie do siebie. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jestem w szpitalu.
Kolejny koszmar. I znowu Tom w tle... Coraz częściej to on był tym złym w moim życiu. To tak, jakby moja podświadomość obwiniała go o każdą krzywdę w moim życiu. W tuliłam twarz w jego pierś i pozwoliłam kilka łzom na spłynięcie. Byłam cała roztrzęsiona.
  – Co się stało? – zapytałam, spoglądając na jego twarz.
  – Mieliśmy mały wypadek na zboczu... Wąż cię ugryzł – dodał, widząc moją zdziwioną minę.  Dopiero teraz przypomniałam sobie o tym, co się stało. Ten mały gad przyssał się do mojej nogi. Wyswobodziłam się z jego uścisku i odgarnęłam kołdrę z nogi. Od stopy do piszczela, znajdował się gruby bandaż, który wyglądał jakby był z gipsu. Ruszyłam nią i skrzywiłam się. Zaczęła strasznie piec.
  – Zostaw – odezwał się chłopak. – Nie możesz jej nadwyrężać przez kilka dni. – Pocałował mnie w skroń. Zrobiłam miejsce na łóżku, aby mógł położyć się obok mnie. Tak taż zrobił. Wtuliłam się w niego, uważając aby nie zahaczyć niczym nogą.
  – Gdzie Tom? – zapytałam, spoglądając na niego.
  – Poszedł po jakieś śniadanie. Byłaś nieprzytomna przez parę godzin...
  – Kiedy będę mogła wyjść? – zapytałam, na co on się roześmiał.
  – Dopiero się obudziłaś, a już chcesz wyjść? – wymamrotał między śmiechem.
  – Nie lubię szpitali. – A szczególnie, gdy kojarzą mi się ze śmiercią.
  – Prawdopodobnie jutro rano – posmutniał.
 Do sali weszła pielęgniarka. Była młoda. Widziałam jak posyła mi promienny uśmiech.
  – Przykro mi, ale musi pan wyjść. Koniec odwiedzin – powiedziała.
 Zrobiło mi się słabo. Miałam zostać sama w tym budynku? Rozumiem, gdybym miała jakąś współlokatorkę, ale w tym pomieszczeniu stało tylko jedno łóżko, zajmowane przeze mnie.
  – Poczekaj, zaraz to załatwię – wyszeptał chłopak i wstał. Wyszedł z pomieszczenia wraz z brązowowłosą pielęgniarką.
 Słyszałam ciche odgłosy zza drzwi, które po chwili się otworzyły. Do środka wszedł Tom i uśmiechnął się na mój widok.
  – Księżniczka wstała – powiedział, po czym usiadł na łóżku.
  – Ała! – krzyknęłam. – Idioto, moja noga!
  – Oj nie przesadzaj. Do wesela się zagoi – dźgnął mnie palcem w żebra.
  – Chyba prędko stąd nie wyjdę. – Opadłam na poduszkę.
  – Nie martw się kochana – puścił mi oczko. – Jestem zajebistą pielęgniarką. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
  – Wiesz co, ja chyba zostanę tu dopóki nie ściągną mi bandaży...
  – Tydzień bez nas? O nie! Nie ma nudy! Zobaczymy się jutro. – Ruszył w stronę drzwi.– Potrzebujesz czegoś?
  – Możesz zawołać Gabriela? – Czułam, że się rumienię, wypowiadając te słowa. Po chwili do pomieszczenia wszedł szatyn, a w progu drzwi stanęła ochrona.
  – Szmata – wyszeptał, a ja klepnęłam go w ramię.
  – Nie mów tak o niej – oburzyłam się.
  – No, ale ona nie pozwoliła mi tu zostać. Widzisz tych kolesi? – Przechyliłam głowę, żeby przyjrzeć się ochronie. – Zawołała ich, żeby mnie wyprowadzili. Mamy pięć minut...
  – Jutro się zobaczymy – przetarłam kciukiem jego policzek.
  – Mogę pocałować swoją narzeczoną w spokoju, czy też zamierzacie się na to gapić? – zwrócił się do mężczyzn. Wyszli, zamykając za sobą drzwi.
  – Narzeczoną? – zapytałam zdziwiona, chociaż takie określenie mi się podobało...
  – Podałem się za twojego narzeczonego, aby mogli mnie tu wpuścić. No wiesz... tylko rodzinie mogliby podać informację o twoim stanie. Zresztą Tom stał się za to twoim bratem...
  – Dwie minuty! – krzyknął jeden ze strażników.
  – Choć tu – przyciągnęłam go do siebie i zaczęliśmy się całować. Mieliśmy mało czasu, a ja nie chciałam tracić go na gadanie.



  – Masz szczęście – odezwała się Marta, pielęgniarka, która dzień prędzej wezwała ochronę, aby wyprowadzili mojego chłopaka. Zdążyłam się z nią zapoznać. Nie było tu nikogo, z kim mogłabym porozmawiać, a przez moją nogę, nie mogłam wstać z łóżka, więc często mnie odwiedzała, póki chłopaki się nie zjawiali.
 Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc o co chodzi. Kobieta kiwnęła głową w stronę Gabriela, który właśnie rozmawiał z lekarzem o moim wypisie. Przytrzymali mnie jeszcze dzień dłużej, gdyż zaniepokoili się opuchlizną na mojej nodze.
  – Gdy skończyliśmy usuwać jad, nie odstępował cię nawet na krok. Cały czas był przy tobie...
  – Wiem – uśmiechnęłam się. Byłam tego świadoma, że taki chłopak to skarb.
  – A co z twoimi rodzicami? – zapytała. – Nie widziałam ich tu w szpitalu...
  – Nie żyją – odparłam.
  – Przepraszam... – Zobaczyłam jej przerażenie.
  – Oj nie przejmuj się. Nawet ich nie znałam – uśmiechnęłam się pocieszająco. To akurat była prawda. Umarli jak byłam mała, więc nie wiele o nich wiedziałam. Dziewczyna zmarszczyła brwi. – Zginęli, gdy byłam dzieckiem – wyjaśniłam.
  – Przynajmniej dobrze, że masz ich – wskazała na chłopaków. Gabriel szedł w naszym kierunku, a Tom dalej rozmawiał z lekarzem.
  – Tak. Masz rację. Nie wiem, co bym bez nich zrobiła – przyznałam. Pomimo tego, że mieli przede mną jakieś tajemnice, musiałam być wyrozumiała. Ja przecież też nie byłam do końca z nimi szczera. Miałam nadzieję, że mi powiedzą, gdy będą na to gotowi. Ja też tak zamierzałam zrobić.
  – Wychodzisz dzisiaj – powiedział mój ukochany.
  – Świetnie – uśmiechnęłam się. – Pomożesz mi się ubrać? – zwróciłam się do Marcie, a ta skinęła głową. Gabriel pocałował mnie i wyszedł z sali, zamykając drzwi za sobą.
  – Słodki – powiedziała dziewczyna i pomogła ściągnąć mi koszulę szpitalną.


  – Gabe, ja naprawdę mogę sama chodzić – odezwałam się, gdy przekraczaliśmy próg. Chłopak stwierdził, że nie powinnam przemęczać nogi, więc od szpitala niósł mnie. Z jednej strony było to dosyć przyjemne, jednak z drugiej irytowało mnie to. Nie byłam aż tak połamana, choć faktycznie, noga wciąż mnie bolała. Czułam wielkiego bąbla w miejscu ugryzienia. Na szczęście opuchlizna powoli schodziła. Lekarz stwierdził, że to wstrząs anafilaktyczny. Na szczęście nie należałam do osób z zespołem pełnoobjawowym, więc w ciągu kilku dni powinno to przejść. Jednak dr Frosy stwierdził, że potrzebuję teraz dobrej opieki, więc tak jakby... odbiło chłopakom. A szczególnie Gabrielowi. Cały czas był przy mnie i chciał się mną opiekować.
  – Wolę nie ryzykować – odparł. Położył mnie na kanapie w salonie i przykrył kocem. Głośno westchnęłam. Przyniósł kilka poduszek i ułożył je pod moją nogę. – Potrzebujesz czegoś jeszcze? – zapytał.
  – W sumie...– zaczęłam. – Mógłbyś przynieś mój szkicownik? Skoro mam tu leżeć, to nie chce umierać z nudów.
  – Nie ma sprawy księżniczko – pocałował mnie w skroń i z uśmiechem wyszedł z pomieszczenia. Przez tą całą nadopiekuńczość szatyna, czułam się coraz gorzej...
 Po chwili do salonu wszedł Gabriel, zaopatrzony w różne rzeczy. Podał mi szkicownik, a na stole obok kanapy, położył kilka książek. Przykrył mnie dodatkowym kocem i postawił butelkę z wodą przy sofie. Zniknął na chwilę i wrócił z talerzem pełnym kanapek.
  – Coś jeszcze? – zapytał zdyszany.
  – Gabriel... – chwyciłam go za rękę. – Dziękuje. Nie potrzebuje niczego więcej. Nawet tego – podniosłam drugi koc. – To tylko zwykłe ugryzienie. Za parę dni wszystko wróci do normy – wyznałam.
  – A co by było, gdybyśmy nie zdążyli na czas? Jeśliby jad przedostał się do krwiobiegu... Mógłby cie zabić...
  – Och, kochanie, przestań. Jak widzisz nic mi nie jest, więc nie ma co „gdybać”. Mógłbyś podać mi kule?
  – Przecież masz leżeć. Nie możesz chodzić – powiedział stanowczo.
  – A do toalety wolno mi wstać? – zapytałam rozbawiona.
  – No tak... – wymamrotał. – Czekaj, zaraz cię zaniosę – oznajmił, a ja nawet nie zdążyłam się sprzeciwić, gdyż chłopak podniósł mnie i ruszyliśmy w stronę łazienki.


  – Co rysujesz? – zapytał Gabriel, zerkając na zeszyt. Właśnie kończyłam swoje dzieło i uśmiechnęłam się triumfalnie do niego.
  – Na co ci to wygląda? – zapytałam, szczerząc zęby w uśmiechu.
  – Hm... – pocałował mnie w szyję. – Widzę ciebie, z jakimś nieziemsko przystojnym facetem. Powinienem być zazdrosny?
  – To ty głupku – pocałowałam go w usta.
  – Eee – zaprzeczył. – Ja jestem przystojniejszy.
  – Nie podoba ci się? – posmutniałam.
  – Oczywiście, że tak. Jak mogłaś o tym pomyśleć? Kochanie, masz piękny talent – powiedział, składając kolejne pocałunki na mojej szyi.
  – Pomyślałam, żeby powrócić do szkicowania. Wiesz... muszę w końcu, się z czegoś utrzymywać. Nie chce dalej mieszkać z ciotką.
  – Zamieszkaj ze mną – odparł ożywiony.
  – Gabriel...
  – Oj, wiem. Za szybko, ale jeśli chciałabyś, to nie ma sprawy. Mam wolny pokój
  – Pomyślę nad tym – powiedziałam. W sumie, to czemu nie? Skończyłam osiemnaście lat...i mogłam się do niego wprowadzić. Ciotka zgodziłaby się na to, o ile nie dowiedziałaby się, że mam mieszkać z chłopakiem. Jednak nie miała nic przeciwko Tomowi. U niego mogłam bez problemu zamieszkać.
 Właśnie! Ciocia! Miałam do niej zadzwonić po wyjściu ze szpitala... Sięgnęłam po telefon.
  – Możesz zrobić mi herbatę? – zwróciłam się do chłopaka, a ten skinął głową i wyszedł z pomieszczenia. Szybko wykręciła nasz domowy numer i wsłuchałam się w odgłos sygnału.
  – Słucham? – odezwał się znajomy głos.
  – Ciociu! Tu Alie...
  – Och! Nareszcie! Wiesz jak się martwiłam?
  – Przepraszam, ale zapomniałam – przyznałam.– To co u ciebie?
  – Wiesz... – zaczęła, a ja wiedziałam co zaraz zamierza powiedzieć.
  – Czy on jest u ciebie?
  – Tak – przyznała. – Powiedz, jak się czujesz?
  – Już lepiej. Wszystko w porządku, powoli opuchlizna schodzi, a chłopaki dobrze się mną opiekują – wyznałam zgodnie z prawdą.
  – To dobrze. Zadzwonię później, dobrze? – zapytała. Słyszałam w jej głosie załamanie. Wiedziałam, że wypowiada je zawiedziona.
  – Ciociu, nie martw się. Naprawdę wszystko jest ze mną w porządku.
  – Eh... Jak uważasz. Zadzwonię wieczorem.
  – Kocham cię. Pa.
  – Ja ciebie też Żabko – usłyszałam dźwięk przerywanego połączenia. Westchnęłam głośno. Znowu nazwała mnie Żabką...
  – Dziękuje – powiedziałam do Gabriela, gdy ten przyniósł mi herbatę.
 Upiłam mały łyk. Włączyłam laptopa z wgranymi zdjęciami, które zrobiłam podczas tej „nieszczęsnej” wycieczki i zaczęłam rysować. Akurat wypadło na psa dingo, a właściwie na matkę z trzema małymi.
 Skończywszy rysunek, położyłam szkicownik na stole i postanowiłam się trochę przespać. Jednak sen nie przychodził, więc włączyłam sobie film na komputerze.
 Gabriel poszedł do kuchni, a ja postanowiłam skorzystać z okazji i wstać. Chciałam wyjść na dwór. Położyć się na słońcu i napawać ciepłymi promieniami. Miałam dość leżenia w tym łóżku. Chłopak cały czas się mną opiekował, co było słodkie, ale denerwujące. Ledwo pozwalał mi wychodzić do toalety. Podobało mi się to, jak się o mnie troszczył, ale bez przesady.
 Zrzuciłam z siebie koce i ostrożnie położyłam nogę na podłodze. Sięgnęłam po kule i wstałam. Chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi. Po tych kilku dniach powinnam już nabrać wprawy, żeby chodzić o kulach, ale przez Gabriela, praktycznie nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Nie miałam też wystarczająco dużo siły. Byłam osłabiona i zmęczona.
 Stanęłam przy drzwiach i próbowałam chwycić klamkę, ale przez kule ciężko było mi je otworzyć. Nagle drzwi się poruszyły, a ja oberwałam nimi w głowę. Straciłam równowagę i runęłam na ziemię. Wcześniej uniosłam opatrzoną nogę, żeby nie uderzyć się w nią. Złapałam się za obolałe miejsce i spojrzałam na osobę, która weszła do środka.
  – Przepraszam! – pisnęła dziewczyna. Była młoda, może w moim wieku. Miała burzę brązowych loków na głowie. W jej szarych oczach zauważyłam przerażenie.
  – Nic się nie stało – powiedziałam, otrząsając się. Chociaż upadek bolał, a na głowie na pewno będę miała guza, to nic poważniejszego mi nie było.
  – Nie wiedziałam, że tu jesteś. – Próbowała pomóc mi wstać, jednak z marnym skutkiem.
  – Chyba będę musiała zawołać Gabriela – mruknęłam.– Nie dam rady wstać – pokręciłam głową. Potrzebowałam więcej ruchu. Odwróciłam się w stronę kuchni i go zawołałam. Po chwili z tego pomieszczenia wyszedł chłopak. Gdy mnie zobaczył, leżącą na ziemi, od razu podbiegł do mnie i podniósł. Kurczowo chwyciłam się go za szyję.
  – Mówiłem, że masz leżeć? – zapytał zły.
  – Możesz zanieś mnie do mojego pokoju? – pocałowałam go w usta. – Muszę wziąć prysznic...– Odkąd wyszłam ze szpitala, minęło już cztery dni, a ja tylko dwa razy się kąpałam. Samej trudno było mi to zrobić, a nie chciałam do tego prosić chłopaków...
  – Dasz sama radę? – zapytał.
  – Ja mogę jej pomóc – zaoferowała się dziewczyna. Gabriel odwrócił się i spojrzał na nią, jakby dopiero teraz ją zauważył.
  – Jess? Co ty tu robisz? – zwrócił się do dziewczyny.
  – Tom mnie zaprosił. Powiedział mi o tym co się stało z Alison, więc pomyślałam, że mogłabym dotrzymać jej towarzystwa i pomóc w niektórych czynnościach. – Pomimo tego, że była mi zupełnie obca, to wolałam skorzystać z jej pomocy przy kąpieli, niż ich.
 Po chwili znajdowałam się w łazience, wraz z dziewczyną. Pomogła mi zabezpieczyć nogę tak, aby bandaż nie został zamoczony. Napuściła wody do wanny i wraz z jej pomocą do niej weszłam. Podczas gdy myłam głowę, Jessica opowiadała mi trochę o sobie. Nawet dobrze się z nią dogadywałam. Dowiedziałam się, że mieszka na tym „zadupiu”, które mijaliśmy, jadąc tutaj. To było jakieś trzy kilometry stąd. Do zeszłego tygodnia pracowała w sklepie obuwniczym. Teraz postanowiła zrobić sobie przerwę i skorzystać z wakacji.  Z Tomem znała się już od dawna, przez co ja byłam zazdrosna. Gabriela poznała tutaj, gdy przyjechał w odwiedziny do mojego przyjaciela. Gdyby nie to, że powiedziała mi, że ma chłopaka, to nie wiem co bym zrobiła... Znała ich dłużej ode mnie, ale miałam nadzieję, że to zwykła znajomość, bo Tom kręcił z Soph, a Gabe był ze mną. Podała mi szlafrok, a ja wyszłam z wanny. Rozejrzałam się za kulami i uświadomiłam sobie, że zostały przy drzwiach. Gabriel przyszedł mi pomóc. Czułam się niezręcznie, będąc w samym szlafroku. Posadził mnie na łóżku i spojrzał na mnie.
  – Ubiorę się sama – odparłam, wiedząc co chciał powiedzieć.
  – W takim razie ja pójdę po świeże bandaże – powiedział.– Jess, Tom chciał z tobą pogadać – zwrócił się do dziewczyny. Po chwili wyszli razem z pokoju, zostawiając mnie samą. Na łóżku miałam przygotowane czyste ciuchy, które zostawiła brunetka. Trochę się zmęczyłam, ubierając spodenki, jednak w końcu czułam się czysta. Po chwili przyszedł szatyn z apteczką. Kucnął przy mnie i zaczął ściągać bandaże. Jęknęłam z bólu. Wciąż strasznie bolało.
  – Coś się stało? – zapytałam, widząc jego minę. Chyba z moją nogą nie jest najlepiej...
  – Opuchlizna nie chce zejść. Dalej cię boli? – zapytał, dotykając miejsca ugryzienia. Aż podskoczyłam z bólu. – Przepraszam. Chyba zadzwonię po lekarza. – Wyciągnął telefon z kieszeni i podszedł do okna. Opadłam na łóżko. Przeraziłam się tą całą sytuacją. A jego reakcja mi w tym nie pomagała.
 Po dwudziestu minutach przyjechał lekarz. Był w podeszłym wieku. Siwizna zdobiła jego głowę. Przyjrzał się mojej nodze i skrzywił się.
  – To musi być jakaś reakcja alergiczna, ale nie wiem czym jest spowodowana – powiedział. – Mógłbym dostać leki, które zostały przepisane? – Gabriel sięgnął do stołu i podał mu dwie buteleczki. W jednej były tabletki, zaś w drugiej maść.
  – Gabriel, mógłbyś zostawić nas samych? – zwróciłam się do chłopaka. Ten zmarszczył brwi i z niechęcią wyszedł z pokoju.
  – Więc co pani jeszcze bierze? – zapytał lekarz.
  – W małej kieszonce z boku – wskazałam na walizkę. Lekarz podszedł do torby i wyciągnął fiolkę z małymi, niebieskimi tabletkami.
  – To wszystko wyjaśnia – stwierdził po przeczytaniu nazwy. – Ten antybiotyk źle działa z tym – potrząsnął buteleczkę, a tabletki zabrzęczały. – Przepiszę pani nowe leki i po paru dniach wszystko powinno się unormować. Tą maść może pani stosować, jednak antybiotyk proszę od razu wyrzucić.
  – Miałabym do pana prośbę... – zaczęłam zawstydzona.
  – Proszę się nie martwić. To pani sprawa, jakie leki pani stosuje. – Uśmiechnął się pocieszająco. – Obowiązuje mnie tajemnica lekarska, więc nikomu nic nie zdradzę – puścił do mnie oczko. Pomimo tego, że był stary i większość osób w jego wieku jest strasznie wrednych i nieprzyjemnych, ten był ich przeciwnością. Cały czas uśmiechał się tak, jakby to właśnie pomoc innym sprawiała mu największą frajdę.
  – Założę pani kolejny opatrunek. – Posmarował maścią okolicę kostki, położył gazę, która była czymś nasiąknięta, i założył bandaż. Poczułam przyjemne zimno w miejscu ugryzienia. Zbijał temperaturę z rany, co bardzo mi pomogło. – Do jutra proszę nie wstawać chyba, że tylko do toalety. Proszę też dużo pić wody, a z lekami to wyjaśnię pani partnerowi. – Posłał mi ciepły uśmiech. – Widać, że dobrze się panią zajmuje.
  – Tak – aż za dobrze. – Dziękuje panu. – Lekarz skinął głową i wyszedł z pokoju. Zauważyłam, że Gabriel stał w holu, więc odprowadził go do drzwi. Mężczyzna podał mu receptę i zaczął tłumaczyć jego stosowanie.
 Położyłam się i przykryłam kapą. Nie czując żadnego pieczenia na nodze, postanowiłam się trochę przespać.


  – All, obudź się – usłyszałam cichy szept chłopaka przy moim uchu. Odburknęłam coś niezrozumiałego. W końcu mogłam się przespać, nie czując żadnego pieczenia na nodze, a teraz on mnie budzi... Sięgnęłam po poduszkę i rzuciłam w jego stronę.
  – Ja chce spać – wymamrotałam.
  – Musisz wziąć lekarstwo.
  – Nie chce – odburknęłam.
  – Alison – powiedział groźnie.
  – To jest niedobre. Smakuje jak stara tektura. – Skrzywiłam się na myśl o antybiotyku. Smakował okropnie i za każdym razem robiło mi się niedobrze, gdy miałam to wypić.
  – To już ostatnie – zapewnił. Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na niego.
  – Na pewno? – zapytałam.
  – Tak – pocałował mnie w skroń. – A teraz do dna – podał mi kubek do połowy wypełniony białym proszkiem zmieszanym z wodą. Spojrzałam na jego zawartość, a na mojej twarzy zawitał grymas. Wzięłam głęboki wdech i jednym haustem wypiłam to. Pusty kubek odstawiłam na szafkę i zaczęłam kaszleć, dławiąc się tym okropnym płynem.
  – No widzisz – uśmiechnął się. – Teraz zejdziemy na śniadanie – powiedział, wsuwając ręce pode mnie.
  – O nie! – powiedziałam entuzjastycznie. – Tym razem ja sama zejdę. – Podniosłam się.
  – All, lekarz powiedział, że masz się oszczędzać...
  – To było prawie tydzień temu! Noga mnie już nie boli – pokręciłam stopą. Już od paru dni mnie nie szczypała, ani nie piekła. Skoro dzisiaj antybiotyk się skończył, to już na pewno powinnam być zdrowa. – Proszę... – popatrzyłam na niego moim najsłodszym spojrzeniem. Zawsze tak przekonywałam ciotkę.
  – Dobrze, ale pod jednym warunkiem – powiedział. – Pozwolisz mi od czasu do czasu ponosić się.   – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Spodobało mi się to.
  – Mi też – pocałowałam go w policzek i wstałam. Powoli zeszłam ze schodów, niepewnie stając na ugryzionej nodze. Wciąż bałam się, że zacznie mnie boleć.



  – Ładne – powiedziała Jessica, przeglądając moje szkice.
  – Dziękuje – uśmiechnęłam się. Często to słyszałam, chociaż według mnie, były to zwykłe bazgroły.
  – Też bym chciała tak rysować. – Zazdrościła mi. Podałam jej kolejne rysunki, które zdążyłam narysować podczas mojej kuracji. Trochę ich było...
  – Nie miałabyś nic przeciwko, abym zabrała kilka ze sobą? Mam znajomą, która organizuje wystawy i myślę, że mogłaby urządzić ci taką.
  – Naprawdę? Zrobiłabyś to? – rozszerzyłam oczy, niedowierzając. Właśnie nadarzyła mi się idealna okazja, żeby wrócić do swojego hobby. Mogłam dużo zarobić na obrazach. Zresztą na koncie miałam jeszcze dość sporą sumkę pieniędzy z zeszłorocznej wystawy.
  – Czemu nie? I tak miałam ją odwiedzić, więc nie widzę żadnych przeszkód. – Uśmiechnęła się do mnie, a ja przytuliłam ją. Odkąd tu przyjechała, dużo czasu spędzałyśmy razem. Była miła i sympatyczna. Dotrzymywała mi towarzystwa. Bardzo dobrze się rozumiałyśmy, więc od razu ją polubiłam. – Mogę wybrać? – zapytała, trzymając w ręce obrazy.
  – Jasne – uśmiechnęłam się. – Jeśli któreś ci się spodobały, to możesz sobie wziąć. One mi nie są potrzebne – wzruszyłam ramionami.
  – Dzięki – wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Dzisiaj wieczorem wpadnę do was, więc powiem ci, co mi powiedziała. – Wsadziła do teczki kilka szkiców i wzięła dwa płótna z pejzażem górskim. Pożegnała się i wyszła.
  – Znowu wracasz do malowania? – zapytał Tom, wchodząc do pokoju.
  – Może – uśmiechnęłam się do niego. – Gdzie jest Gabe?
  – Pojechał do miasta i wróci dopiero wieczorem, więc jesteś skazana na moje towarzystwo – oznajmił, siadając obok mnie.
  – Więc co robimy?
  – Konsola i piwo? – zapytał niepewnie.
  – Dobra! – krzyknęłam entuzjastycznie.
  – No – klepnął mnie w ramię.– To idź do mnie, a ja pójdę po picie. – Ruszył w stronę drzwi, a ja za nim.

  – Ha!– krzyknęłam wstając z sofy. – Wygrałam! Znowu! – Wystawiłam mu język.
  – To niesprawiedliwe – oburzył się. – Kopnęłaś mnie w piszczel!
  – Oj, tylko nie płacz – upiłam duży łyk piwa. – Gramy jeszcze raz? – zapytałam, potrząsając joystickiem.
  – Nie ma mowy! Nie będę grał z oszustem. – Dźgnął mnie w żebra i wybuchnął śmiechem. – Idę po jakiś film – powiedział, wstając z kanapy.
  – I przynieś jeszcze piwo!
 Chłopak po chwili zjawił się z kolejną dostawą alkoholu i filmem. Do tego przyniósł chipsy. Włączył film i usiadł obok mnie na sofie. Przykryłam się kocem i oparłam głowę o niego. Po chwili, zbyt otumaniona alkoholem, usnęłam.


                                                          ***GABRIEL***

 Wszedłem do domu i spojrzałem na zegar. Dochodziła dziesiąta, a w kuchni świeciło się światło. Zastałem tam Toma i Jessicę. Przywitałem się z nimi i sięgnąłem po piwo, które znajdowało się na blacie.
  – Gdzie All? – zapytałem, upijając kolejny łyk.
  – Śpi – odparł Tom. – Trochę się upiła i...
  – Dałeś jej alkohol? – krzyknąłem wkurzony. – Stary, ona jeszcze na lekach jest!
  – Oj nie marudź. Wypiła tylko trzy butelki i padła. Zostawiłem ją na kanapie u siebie. Nie chciałem jej budzić.
  – Eh... – westchnąłem.
  – Powiedz lepiej, czy coś załatwiłeś? – zapytał brunet.
  – Tak. Wszystko w porządku. Wanda wyjechała i nikt nie wie nic o All. Jest bezpieczna.
  – To dobrze. A co z szoferem? Na pewno zapamiętał jej twarz. Widziałeś jak na nią patrzył? – poruszał brwiami, a ja zagotowałem się ze złości. Wiedziałem, że ten idiota na nią leci. Byłem po prostu o nią zazdrosny.
  – Dostał sporą sumę. Myślę, że będzie siedział cicho.
  – Zaraz – odezwała się dziewczyna. – O co chodzi z jej kryciem?
– Ktoś wyznaczył nagrodę za Alison, więc musieliśmy usunąć każdy, choćby jej drobny ślad. Oprócz Filadelfii, to tak jakby ona nie istniała.
  – Czyli nikt nie może wiedzieć o niej? – zapytała z dziwną nadzieją.
  – Tak. Inaczej mogliby ją znaleźć...
  – I zabić – dodał Tom.
  – Cholera – z jej ust wyleciał ciąg przekleństw. – Właśnie załatwiłam jej wystawę i już jej o tym powiedziałam.


Rozdział zbetowany przez Pamę, za co serdecznie dziękujemy.
Heeej <3 
Tak jak mówiłam, dzisiaj dodaję nowy rozdział! Mam nadzieję, że wam się spodoba i liczę na jakieś komentarze : * 
Pozdrawiam
Seoanaa

czwartek, 20 lutego 2014

Zabijemy Cię.

  – Ała! – po pokoju rozniósł się mój krzyk.
  – Nie krzyw się. Już kończę – powiedział Gabe, a ja czułam jak znów przywiera nawilżoną szmatkę do moich ran. Dzięki tej całej „Wandzie” miałam trzy szramy na ramieniu, które zrobiła swoimi pazurami. Zastanawiało mnie to, jak ktoś mógł mieć aż tak twarde paznokcie, żeby zadać takie obrażenia. Czułam jak chłopak przykleja mi do pleców dosyć sporej wielkości plastry. Gdy skończył opatrywać moje zadrapania, poprawił bluzkę, która wszystko przykryła.
  – Widzisz, gotowe – uśmiechnął się wstając.
  – Co to niby miało być? Przecież ja jej nic nie zrobiłam... – czułam mieszane uczucia. Byłam wściekła, a zarazem smutna. Jak ona mogła mnie tak potraktować?
  – Nie mam pojęcia, zdenerwowała mnie ta laska jak diabli. Ma szczęście, że nie jest facetem, bo jej stan pogorszył by się diametralnie. – Widziałam, że też był nieźle wkurzony.
  – Kto to w ogóle jest? – zapytałam z nadzieją, że jednak coś wie, a ja to z niego wyciągnę.
  – Nie mam pojęcia, jakaś znajoma Toma, ale więcej nie wiem – spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
  – A te pieniądze? Wspominała o jakieś... – zaczęłam, ale nie pozwolił mi dokończyć.
  – All, ja naprawdę nic nie wiem. Może tyle co ty. Ojciec Toma jest bogatym biznesmenem, więc może o to jej chodziło? Chciała wydoić od niego jakąś kasę. Przyjaźnisz się z nim. Wiesz... za porwanie można dostać niezły okup.
  – Aha – tylko tyle zdołałam z siebie wydobyć.
 Siedziałam w milczeniu, wpatrując się w widok za oknem. Wiedziałam, że coś przede mną ukrywał i to mnie cholernie bolało. Miał swoje tajemnice. Jednak to było związane ze mną i ja powinnam była o tym wiedzieć. Spojrzałam na chłopaka, który wyglądał na nieco zmieszanego. On wiedział. Byłam tego pewna.
 Widziałam też, że chciałby mi to wyjaśnić, ale nie może tego zrobić. Zapewne miał ku temu jakiś powód, a ja postanowiłam dać mu czas. Rozumiałam, że go potrzebuję. Miałam nadzieję, że w ciągu tych kilku dni, przemoże się i mi powie.
  – Co z nią zrobicie? – zapytałam, przerywając tą ciszę.
  – Nie wiem. Tom z nią teraz rozmawia. Dowiemy się, po co w ogóle tu się zjawiła, bo nie chce mi się wierzyć, żeby zrobiła to dla kasy. Potem ją wypuścimy.
  – Wypuścicie?! – krzyknęłam, wstając. Odeszłam kilka kroków od chłopaka, żeby spojrzeć mu w oczy. – Jak możecie ją wypuścić? Przecież ona chciała mnie zabić! Paznokciami! I zrobi to jeszcze raz... – skrzyżowałam ręce na piersi, aby chłopak nie zauważył jak moje dłonie się trzęsą. Niestety, za późno.
 Gabriel podszedł do mnie i przyciągnął do siebie, zamykając w szczelnym uścisku tak, jakby chciał mnie obronić przed całym złem tego świata. I rzeczywiście... Czułam się przy nim bezpieczna.
  – Nie martw się – wyszeptał, chowając twarz w moich włosach. – Nie pozwolę, aby znowu cię dotknęła.
  – Dobrze – powiedziałam, a następnie wyswobodziłam się z jego uścisku i ruszyłam w stronę swojego pokoju.

***
GABRIEL

 Patrzyłem jak znika za ścianą. Była cała roztrzęsiona, jednak nie dziwiłem się jej. Ja też bym tak zareagował. Wiedziałem, że najbardziej przejmuje się tymi tajemnicami, które wraz z Tomem, przed nią mamy. Ile bym dał, żeby móc jej to wszystko wyjaśnić... ale jej bezpieczeństwo jest dla mnie ważniejsze.
 Wyszedłem z pokoju i udałem się do piwnicy, gdzie wcześniej Tom zabrał nieznajomą. Już schodząc po schodach, słyszałem krzyki.
  – Mów! – odezwał się Tom, na co dziewczyna się zaśmiała.
Gdy zszedłem już na dół, obydwoje spojrzeli na mnie.
  – O! Patrzcie! Kochaś wrócił. – Wyśmiała mnie.
  – Zamknij się! – warknąłem. – Lepiej mów, po co tu przyszłaś.
  – Przyjechałam do Toma. Stęskniłam się za nim. – Posłała mu buziaka.
 Brunet nie wytrzymał i uderzył ją z otwartej ręki w twarz. Wiedziałem, że zrobił to najdelikatniej jak potrafił, gdyż nawet nie poleciała krew, a wiedziałem, do czego jest zdolny. Blondynka przechyliła głowę w bok i zaczęła się śmiać.
  – Oj Tomuś. Jak mogłeś uderzyć dziewczynę?
  – Zaraz ją zabiję, jeśli nie powie mi po co tu przylazła! – odburknął.
  – Przecież wiesz – uśmiechnęła się do niego. – Nie jesteś aż tak głupi, żeby tego nie rozumieć.
  – Kto wyznaczył nagrodę? – włączyłem się do dyskusji. Oszołomiona blondynka spojrzała na mnie.
  – Jego ojciec – wyszeptała, a Tom znów ją uderzył, tym razem znacznie mocniej.
  – Kłamiesz! – warknął. – Po co mój ojciec chciałby ją mieć?
  – Potrzebował kolejnej dziwki do kolekcji. – Jej śmiech rozbrzmiewał po pokoju. Widziałem, jak Tom próbuje się powstrzymać przed kolejnym rękoczynem.
  – Wanda – powiedział łagodnie. – Jeśli nie powiesz mi po co mój ojciec ją chce, to przysięgam, że zabije cię gołymi rękami i każdego, z którym miałaś w ciągu ostatnich miesięcy jakiś kontakt. - Gdy skończył, spojrzał w jej przerażone oczy. – Wiesz, że jestem do tego zdolny – dodał.
 Dziewczyna spuściła wzrok i po chwili milczenia odezwała się.
  – Nie wiem czego on od niej chce, ale wyznaczył za nią nagrodę. Wybacz kochanie, ale dwa miliony są zdolne przekreślić naszą długoletnią przyjaźń.
  – Gdzie on jest? – zapytałem zdziwiony. Jego ojciec zawsze nam pomagał. Gdy byliśmy młodzi wyciągał nas z każdego bagna, w jakie się wpakowaliśmy. Bójki, kradzieże, narkotyki, napady, ze wszystkiego nas ratował. W końcu, czego pieniądze nie są w stanie zrobić? No i jeszcze kilku wpływowych przyjaciół...
  – Nie wiem. Ogłosił, że chce Alison Hathorn i mieliśmy ją dostarczyć do Nowego Yorku. Żywą.
  – My? – zapytałem niedowierzając. Jeśli jest ich więcej... Ledwo daliśmy sobie z nią radę.
  – Jack i Erick mi pomagają.
  – Gdzie oni są?! – krzyknął Tom, ściskając ją za koszulę.
  – Zostali w Stanach. Domyśliłam się, że cię tu znajdę. Chciałam to wszystko sama załatwić. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Kilka plam krwi zdobiło jej śnieżnobiałe uzębienie.
  – Z marnym skutkiem – odezwał się brunet.
Wymieniliśmy się spojrzeniami. Wiedziałem, co zamierzał zrobić. Ten wzrok był mi już dobrze znany. On miał w planach zabicie jej. Zresztą ja też, ale jeśli Alison by się o tym dowiedziała? Miałem ochotę z tym wszystkim skończyć. Wynieść się jak najdalej od wszystkich, którzy mieli coś wspólnego z moją przeszłością. Chciałem wyprowadzić się na jakieś piękne odludzie i zamieszkać tam z Alison, ale żeby to zrobić musiałbym być z nią szczery. Ta prawda by ją zabiła...
  – Co ze mną zrobicie? – zapytała lekko przerażona dziewczyna.
  – Zabijemy cię – odpowiedział jej Tom. Wanda zaczęła się szarpać, jednak była zbyt dobrze przywiązana do krzesła. Usłyszałem jakiś trzask, ale nie odwróciłem się, teraz najważniejsza była Wanda. Ja też chciałem ją zabić, ale miłość do Alison i chęć zmienienia się dla niej była silniejsza.
  – Nie możemy jej zabić – przerwałem ciszę. Tom spojrzał na mnie gniewnie.
  – Czemu nie? – zapytał brunet.
  – Jak by zareagowała Alison?
  – Nie dowie się. Zresztą co innego możemy z nią zrobić? Jeśli ją wypuścimy może wrócić i dokończyć to co zaczęła.
  – Nie wrócę - zapewniła dziewczyna - Wyjadę i już mnie więcej nie zobaczycie.
  – Nie – odezwał się Tom. – Złóż przysięgę krwi. – Chłopak rozwiązał ją i podał nóż, przez co zdenerwowałem się. Jak on mógł jej po tym wszystkim jeszcze zaufać i dać nóż?
 Tak, oczywiście... Przysięga krwi. Na samą myśl robiło mi się niedobrze. Pamiętam, że musiałem jedną wykonać. To znaczy, musiałem ukarać złamanie jej. Jeśli osoba złamała przysięgę, została porywana, a wraz z nią jej najbliższa rodzina, znajomi. Wszyscy na jego oczach byli torturowani, następnie z ich ciał spuszczano krew. Na koniec osoba, która złamała przysięgę została poddana torturom i w końcu zabita. Niezbyt przyjemne widoki...
 Gdy obydwoje rozcięli sobie dłonie i zaczęli wymawiać słowa przysięgi, ja wyszedłem sprawdzić co z moją ukochaną.

***
ALISON

 Zabić. To słowo rozchodziło się po mojej głowie jak echo. Jak mogliby to zrobić? Kim oni byli? Teraz uświadomiłam sobie, że tak naprawdę ich nie znam. Nie znałam przeszłości Toma. Nie licząc paru informacji, które tak naprawdę nic nie wnosiły, to był mi kompletnie obcy. Tak samo jak Gabriel. Znałam go od paru dni i w tym krótkim czasie pokochałam. Teraz wiedziałam skąd te wszystkie tajemnice. Po prostu robili ze mnie idiotkę, która się na wszystko nabierała, ale po co? Co ja im takiego zrobiłam, że mnie tak traktowali? Chociaż Gabe nie chciał tego, ze względu na mnie... Jednak Tomowi to nie przeszkadzało. Głupia, mogłam wcześniej zejść, tak to usłyszałam tylko kilka błahych informacji.
 Tak... błahych... Jakby zabójstwo można by było nazwać niczym. Po prostu jeśli ci ktoś nie odpowie idziesz i go zabijasz. Nawet ja nie potrafiłabym tego zrobić, pomimo że to właśnie ta Wanda chciała mnie zabić. Chyba...
 Wróciłam do pokoju i, zabrawszy kilka rzeczy, poszłam pod prysznic. Potrzebowałam chwili spokoju i jak zwykle zimna woda pomagała mi to wszystko ogarnąć. Rozebrałam się, a po chwili czułam zimne ukłucia na swoich plecach. Zapomniałam ściągnąć plastrów, ale teraz to nie było ważne.
 Zamknęłam oczy i oparłam dłoń o kafelki, pozwalając sobie zatracić się we wspomnieniach.
  – Zabijemy cie – usłyszałam głos Toma.
Powiedział to tak beztrosko, jakby zamawiał kawę w restauracji. Ten jego delikatny głos... Mogłabym przysiąc, że jeśli bym go w tamtym momencie zobaczyła, to na jego twarzy widniałby łobuzerski uśmiech.
  – Jak by zareagowała Alison? – odezwał się Gabriel.
Jako jedyny wtedy myślał o mnie. Zależało mu na mnie i nawet mogłabym powiedzieć, że chciałby się dla mnie zmienić. Więc jemu mogłabym zaufać...
A jeśli on udawał?
 Moja podświadomość się odezwała, powodując kolejny mętlik w mojej głowie.
Nie! Jemu mogę zaufać.
Przecież ty nikomu nie ufasz.
Jemu ufam.
Czemu?
  – Bo go kocham! – krzyknęłam.
Zakręciłam wodę i wyszłam z łazienki ubrana w krótkie spodenki i bokserkę. Związałam mokre włosy w kok i udałam się na balkon. Dochodziła szesnasta. Nie miałam ochoty wychodzić już z tego pokoju. Przynajmniej do wieczora.
 Pierwszy raz od bardzo dawna miałam ochotę malować. Otworzyłam swoją torbę i zaczęłam przeglądać jej zawartość. Znalazłam tam mój stary zeszyt z rysunkami i zestaw ołówków do szkicowanie. Zabrałam zeszyt i metalowy piórnik i udałam się z powrotem na balkon. Rozsiadłam się na wiklinowym fotelu, zastanawiając się, co narysować. Otworzyłam zeszyt i wzięłam jeden z ołówków do ręki. Po chwili moja dłoń błądziła po papierze, kreśląc różne kształty, które po upływie kilku minut zaczęły łączyć się w całość. Przewróciłam kartkę i zajęłam się kolejnym rysunkiem. Po dwóch godzinach miałam gotowe cztery rysunki, które przedstawiały różne wydarzenia z mojego życia. Na pierwszym naszkicowałam siebie, klęczącą nad ciałem Mika i mordercę, celującego we mnie bronią. Tym razem w tle ujęłam jeszcze jedną osobę. Nie wiedziałam kim ona była i skąd się tam wzięła, ale byłam pewna, że trzyma pistolet w ręce. Przewróciłam kartkę.
 Kolejny rysunek przedstawiał sam tatuaż mordercy. Wąż, który wił się, tworząc ósemkę. Każdy szczegół był wyróżniony. Dużą uwagę zwróciłam na jego oczy. Wyglądał, jakby poprzez wzrok, chciał zabić. Tak jak jego właściciel tatuażu...
 Następny rysunek.
 Dla odmiany, ten był bardzo przyjemny. Przedstawiał mnie i Gabriela w ogrodzie. Wyglądało to tak, jakbym była tam, w formie widza. Stałam i patrzyłam jak para się całuje. Pomimo tego, że dawno nie rysowałam, to nie wyszłam z formy.
I ostatni rysunek. Przeraziłam się, widząc go.
 Bezwładne ciało dziewczyny, która wyglądem przypominała Wandę, leżała we krwi. Nad nią stała Śmierć. W czarnej szacie z kosą w ręce przyglądała się swojemu dziełu. Z hukiem zamknęłam zeszyt, widząc jej twarz. Zamiast kościotrupa, był tam Tom. Jak mogłam go narysować w takiej formie? Przecież on nie był zabójcą... Może jednak? Miałam mieszane uczucia. Nie wiedziałam, co myśleć na ten temat. Rozważałam opcję zapytania ich wprost, co o tym myślą, jednak doszłam do wniosku, że to zły pomysł. Skąd miałam pewność, że mnie nie okłamią? Mogli przecież wymyślić kolejną bajeczkę, omamić mnie swoją „opiekuńczością” i dalej robić ze mnie idiotkę. Żałowałam, że tu przyjechałam. Żałowałam, że ich poznałam. Dlaczego mnie tu zabrali? Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że w dobrej wierze, aby spełnić moje marzenia. Ufałam im, ale od pewnego momentu nic nie było proste. Bałam się, cholernie się bałam. Wiedziałam, że gdyby Mike żył, nigdy by do czegoś takiego nie dopuścił, on nie dał by mnie skrzywdzić. Teraz pewnie gralibyśmy w karty, albo oglądali śmieszną komedię, mając przy tym dobry humor. Na to wspomnienie uśmiechnęłam się, a po policzkach zaczęły mi spływać słone krople. Co ja mogłam teraz zrobić? Uciec? Ciekawe dokąd. Wrócić do domu? Ciekawe jakim sposobem. Wiedziałam, że od tego zdarzenia, nie będę mogła już patrzeć normalnie na Toma. To wszystko była jego wina. Gabe taki nie był. Nie był zły. Albo? Nie. Na pewno nie. Mimo wszystko jemu ufałam. Był dobrym człowiekiem o dobrym sercu.
 Gdy się obudziłam było już ciemno. Spojrzałam na zegarek. Było już po dwunastej. Poczułam jak burczy mi w brzuchu. Po cichu wyszłam z pokoju i zeszłam do kuchni. Wszyscy już spali, tylko nie ja. Jak zwykle w nocy robiłam się głodna. Z lodówki wyciągnęłam jakiś sok i ukroiłam sobie kawałek ciasta.
 Usiadłam na krześle przed barkiem. Jedząc, usłyszałam dziwne odgłosy dobiegające z piwnicy. Nie brzmiało to jak jęki dziewczyny, czy jakiegoś zwierzęcia. Trochę się zaniepokoiłam tymi dźwiękami. Były one dziwne i przerażające. Zabrałam sok i po cichu wróciłam do pokoju. Położyłam się do łóżka, jednak nie mogłam usnąć. Przewracałam się na boki, a ten dźwięk nie ustępował. W końcu nie wytrzymałam i wstałam. Miałam nadzieję, że Gabriel nie będzie miał nic przeciwko temu, jak pójdę do niego. Otworzyłam drzwi i pisnęłam. Przed drzwiami zmaterializował się szatyn, przez co mnie wystraszył.
  – Spokojnie – wyszeptał, wchodząc do mojego pokoju.
  – Co ty tu robisz? – zapytałam już uspokojona.
  – Przyszedłem sprawdzić, co u ciebie. Byłem wcześniej, ale ty się kąpałaś się, a potem spałaś. Usłyszałem jak wchodzisz do pokoju, więc chciałem sprawdzić, co u ciebie – wytłumaczył. - Jak się czujesz? – znów w jego głosie rozpoznałam troskę. Tak, jemu mogłam zaufać.
  – Normalnie – wzruszyłam ramionami. - Trochę bolą mnie plecy, ale poza tym, to wszystko dobrze.   – zdobyłam się na uśmiech.
  – To dobrze – przyciągnął mnie do siebie, zamykając w mocnym uścisku. – A tak w ogóle, to gdzie się znowu wybierałaś? – Przygryzłam dolną wargę. Czułam, że się rumienię. W końcu to trochę upokarzające, że się bałam...
  – Byłam w kuchni, no i usłyszałam jakieś dziwne odgłosy – usłyszałam jak Gabe się śmieje. Klepnęłam go lekko w pierś. – Nie śmiej się. Gdybyś nie naopowiadał mi żadnych historyjek o duchach, to bym nie musiała do ciebie iść.
  – A jakbyś przyszła, to co byś wtedy zrobiła? – zapytał odgarniając moje włosy z twarzy.
  – Nie licz na to – cmoknęłam go w policzek i ruszyłam w stronę łóżka.
  – Ale na co? – uwodzicielsko uniósł jedną brew.
  – Idziesz? Czy wolisz spać sam? – zapytałam, okrywając się pościelą.
  – A jutro też będę mógł? – powiedział, kładąc się obok mnie.
  – Jak będziesz grzeczny – stwierdziłam i przytuliłam się do niego. Był w samych bokserkach. Położyłam głowę na jego piersi, a on mnie objął. Słyszałam bicie jego serca, płytki oddech i czułam zapach, jego męski zapach. Pocałował mnie w czoło, a ręką smyrał po plecach. Pomimo tego, co się wcześniej wydarzyło, czułam się przy nim bezpieczna. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, aby ogarnął mnie sen. 

  – Wstawaj kochanie – usłyszałam cichy szept, a następnie poczułam ciepłe wargi na skroni. W odpowiedzi wymamrotałam coś niezrozumiałego i wtuliłam twarz w poduszkę.
  – Albo sama wstaniesz, albo ja ci w tym pomogę – złożył kilka pocałunków na moich plecach. Przykryłam się cała kołdrą, uniemożliwiając mu dalsze całusy. Wciąż byłam zmęczona i chciałam dalej spać. Już myślałam, że zostawił mnie w spokoju, gdy nagle kołdra została ze mnie zerwana. Gabriel złapał mnie za nogi i pociągnął w do siebie. Zanim dobrze otworzyłam oczy, zaczął mnie łaskotać. Śmiałam się wniebogłosy.
  – J..już wystarczy! Wstaje! – krzyknęłam, a Gabriel przestał mnie łaskotać.
  – No – cmoknął mnie w policzek. Gdy się ode mnie oderwał, złapałam go za szyję i z powrotem przyciągnęłam.
  – Nie możemy jeszcze chwilkę poleżeć?
  – Ale tylko chwilkę – zapewnił, namiętnie mnie całując. Po chwili obydwoje leżeliśmy w łóżku. Jego dłonie błądziły po moich plecach, a moje spoczęły na jego piersi. Jego pocałunki były delikatne i zachłanne. Czułam jak przez moje ciało przechodzi fala dreszczy. Przeturlaliśmy się po łóżku tak, abym to ja teraz leżała na nim. Po chwili oderwałam nasze usta od siebie i oparłam brodę na dłoniach, które leżały na jego piersi.
  – Dobra, teraz to ja mogę wstać – oznajmiłam podnosząc się.

***

  – To dowiem się w końcu gdzie jedziemy? – po raz kolejny zapytałam zaciekawiona.
 Po śniadaniu chłopcy oznajmili, że zabierają mnie na wycieczkę, ale nie chcieli powiedzieć gdzie. Jedyne co z nich wyciągnęłam to to, jak się ubrać i czy coś ze sobą wziąć. Ubrałam krótkie jeansowe spodenki i lekką, zwiewną bluzkę bez rękawów. Do tego trampki i plecak, do którego wsadziłam czapkę, okulary przeciwsłoneczne, dwie butelki wody, aparat i parę owoców. Pojechaliśmy sami, bez żadnego szofera, ale oczywiście nie byle jakim autem – srebrny Wrangler, prawdopodobnie nowy. Za kierownicą siedział Tom, a ja przytulona do Gabriela, z tyłu. Już od dłuższego czasu jechaliśmy przez sawannę. Przyglądałam się krajobrazowi. Chociaż w pobliżu nic konkretnego nie można było zauważyć, oprócz uschniętych drzew, to w oddali rozciągały się przepiękne góry. Co chwilę robiłam zdjęcia. Chciałam je później narysować. O tak. Postanowiłam wrócić do malowania. Dzięki temu, mogłam chociaż przez chwilę oderwać się od codzienności.
  – Jesteśmy prawie na miejscu – powiedział Gabe, a następnie złożył delikatny pocałunek na mojej skroni.
  – Ale tu nic nie ma – stwierdziłam po dłuższym przyglądaniu się. Nie widziałam żadnych budynków, a tym bardziej ludzi. To było jakieś odludzie... Jedynie kilka zwierząt od czasu do czasu przebiegało.
 Nagle Tom zjechał z dróżki i zatrzymał się przed klifem. Mężczyźni wysiedli z auta, a ja po chwili do nich dołączyłam.
  – Widzisz to? – zapytał brunet, wskazując na drzewo. Podeszłam bliżej klifu, aby je dostrzec. Odległość między mną a rośliną była dość spora, dlatego nie mogłam zobaczyć, co tam jest.
  – Niczego nie widzę – odparłam, a chłopak podał mi lornetkę. Dzięki niej mogłam ujrzeć zwierzęta pod tym drzewem.
  – Kangury! – krzyknęłam uradowana. Pięć torbaczy leżało, chłodząc się w cieniu drzewa. –Podejdziemy do nich?
  – Nie możemy - odpowiedział Gabe. - Uciekną na nasz widok, albo nas zaatakują. Wolę nie ryzykować. – Na jego twarzy zagościł grymas, przez co wybuchłam śmiechem.
  – Więc, co wymyśliliście? – zwróciłam się do nich. Tom wyjął jakieś rzeczy z bagażnika, a Gabriel mu pomagał. Zabrałam z auta swój plecak i wyciągnąwszy z niego czapkę, założyłam na plecy.
  – Rowery? – zapytałam, unosząc jedną brew do góry. Za autem stały trzy rowery. Chłopaki wyciągnęli plecaki i założyli je na plecy.
  – Postanowiliśmy wybrać się na małą wycieczkę rowerową. W Filadelfii nie ma takich tras, więc tu możemy trochę poszaleć. – Brunet wyszczerzył do mnie zęby, tworząc uśmiech.
 Często wybieraliśmy się razem na wycieczki rowerowe, jednak zazwyczaj była to spokojna jazda bez żadnych atrakcji. Tu, to co innego. Widząc te wszystkie zbocza i góry, po których za niedługo będę mogła jeździć, w środku zrobiło mi się gorąco ze szczęścia. Wzięłam duży łyk wody i wsiadłam na rower. Po chwili mknęliśmy po zboczach.
 Po trzygodzinnej przejażdżce, zmęczona i spocona zatrzymałam się przy aucie. Dawno nie wykonałam tyle trików, jak dziś. Wjechaliśmy na górę i wszyscy razem zakończyliśmy downhill'em. Gdy żył Mike, uczył mnie różnych podstawowych sztuczek na swoim bmx'ie. To było jego hobby, a ja mu w tym towarzyszyłam. Żeby nie siedzieć i się nie nudzić, sam zaczął mnie uczyć. Potem Tom wprowadził mnie w świat ekstremalnych przejażdżek. Zeszłam z pojazdu i delikatnie położyłam go na ziemi. Wyciągnęłam z plecaka ostatnią butelkę wody i wypiłam ponad połowę jej zawartości.
  – Słabi jesteście – odezwałam się, gdy obydwoje zdyszani przyjechali. Posłałam im pocieszający uśmiech.
  – Uczeń przerósł mistrza – odparł Tom, kłaniając się przede mną. Gabriel podszedł do mnie i ściągnął mi białą czapkę z głowy. Objął w pasie i zetknął nasze usta w namiętnym pocałunku. Oparłam się o auto, a jego rower runął na ziemię.
  – A to za co? – zapytałam, odrywając się od niego.
  – To taka nagroda pocieszenia dla mnie – pocałował mnie w skroń, a ja roześmiałam się. – Nigdy więcej z wami nie jadę. To nie na moje nerwy. – Oznajmił, odrywając się ode mnie. Podeszłam do roweru z zamiarem podniesienia go, gdy poczułam silny ból w okolicy kostki. Głośno krzyknęłam, opadając na pojazd. Chwyciłam obolałe miejsce, a na mojej ręce pojawiła się krew. Noga strasznie mnie piekła. Odważyłam się spojrzeć na ranę. No pięknie. Ugryzł mnie wąż. Zaraz za kostką widniały dwie dziurki po ugryzieniu, z których spływała krew. Poczułam jak ktoś chwyta mnie pod ręce i podnosi. Byłam cała odrętwiała. Prawdopodobnie było to spowodowane paniką po ugryzieniu, a nie samym jadem.
  – Tom! Dzwoń po karetkę! – odezwał się Gabriel. Ułożył mnie płasko na ziemi i podniósł ugryzioną nogę.– Cholera. To była żmija. – Zaklął pod nosem. – Uważaj! Pełznie w twoją stronę!
 Czułam jak powoli odlatuję. Noga coraz bardziej mnie bolała. Pieczenie coraz bardziej się nasilało i co chwilę czułam kolejny nawał ciepła, rozchodzący się po całej kończynie. Spojrzałam na Gabriela, który właśnie ściągał koszulę. Rozerwał materiał i zawiązał go nad miejscem ugryzienia.
  – Karetka dojedzie za pół godziny. Spotkamy się z nimi po drodze – odezwał się Tom.
  – Podaj najpierw wodę! Trzeba to przemyć.
Mroczki coraz częściej pojawiały się mi przed oczami. Zaraz po tym, jak Gabe oblał mnie wodą, zimno coraz mocniej rozprzestrzeniało się po moim ciele. Wiedziałam, że zaczęłam się trząść. Chłopak podniósł mnie i razem wsiedliśmy do auta. Posadził mnie na swoich kolanach. Zraniona noga była unieruchomione, przez co musiałam mieć wyprostowane dolne kończyny. Gabriel gładził dłonią moje włosy, co chwilę składając delikatne pocałunki na głowie.
  – Wytrzymaj jeszcze chwilkę – wyszeptał cały roztrzęsiony. Wiedziałam, że się martwi. Cały czas nic się nie odzywałam. Byłam zbyt przerażona tym co się stało, aby wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Nawet łzy nie spływały po moich policzkach. Pozwoliłam sobie zamknąć oczy, gdy ogarnęła mnie fala zmęczenia.
  – Tom! Szybciej! Ona odlatuje! – krzyknął szatyn. - Przyśpiesz, albo cię kurwa zabiję! – znów krzyknął. Na to ostatnie słowo, oprzytomniałam. Chłopak wypowiedział jeszcze kilka gróźb skierowanych w stronę kierowcy. Zrozumiałam kilka z nich, jednak cały czas bębniło mi w uszach słowo „zabiję”. Znów je użył. A jeśli zrobi coś Tomowi? Chociaż straciłam do niego zaufanie, to nie chciałam aby stała mu się krzywda. Chwyciłam Gabriela za rękę i ścisnęłam.
  – Nie rób mu krzywdy – wyszeptałam. – Wystarczy, że on jest mordercą – dodałam, po czym nastała ciemność.

***
GABRIEL

 Siedziałem na korytarzu, czekając na jakiekolwiek wiadomości od lekarza. Po przetransportowaniu jej do szpitala, zniknęła wraz z opieką medyczną za drzwiami jakiejś sali. Przez większość drogi była nieprzytomna, a ja obawiałem, że ją stracę. Cholernie się bałem, że ten pieprzony wąż mógł jej coś zrobić. Jedynie co wiedziałem to to, że był on adowity i muszą podać jej surowice, inaczej tego nie przeżyje. Ze złości zacząłem walić w ścianę, wyładowując swój gniew. Poczułem świeże rany na dłoni. Zdarłem skórę z kostek.
  – Uspokój się – odezwał się Tom, odrywając mnie od ściany. – To walenie nic ci nie da. Jedynie sam się zranisz.
  – No i zajebiście! – krzyknąłem. – To ja powinienem tam leżeć, a nie ona! Pieprzona żmija. – Kopnąłem krzesło, które rozwaliło się od silnego uderzenia.
  – Stary, usiądź i się zamknij. Chyba, że chcesz abym zawołał pielęgniarkę, aby podała ci jakiś środki uspokajające. – Opadł na krzesło obok mnie.
  – Dobra – odezwałem się naburmuszony. Zająłem miejsce obok niego i postanowiłem poczekać w spokoju, na jakiekolwiek wiadomości.
 Po godzinie podeszła do nas pielęgniarka.
  – Panowie są z rodziny pani Hathorn? – zapytała swoim groteskowym tonem.
  – Tak. Ja jestem jej bratem, a to jej narzeczony – odezwał się Tom. Pielęgniarka zmierzyła mnie dokładnie wzrokiem, następnie jej spojrzenie powędrowało na Toma. Może nie łączyły ich więzy krwi, ale byli dla siebie jak rodzeństwo.
  – Jej stan jest stabilny. Na szczęście dobrze się nią zajęliście. Gdybyście nie założyli opaski uciskowej, jad dostałby się do serca... Krótko mówiąc mogłoby być już po niej. Trucizna została wydalona z jej organizmu. Za niedługo powinna odzyskać przytomność, więc będziecie mogli z nią pogadać. Przez parę dni będzie miała spuchniętą nogę, ale przepiszemy maść, antybiotyk i zimne okłady. Na pewno to jej pomoże. – Uśmiechnęła się do nas pocieszająco.
  – Możemy się z nią zobaczyć? - zapytałem.
  – Jasne. Niestety, rozmawiać możecie dopiero za jakieś dwie godziny. – Spojrzała na papiery, które trzymała w ręce – Leży w sali czterysta trzy – powiedziała i od nas odeszła. Minąłem Toma i ruszyłem pod wskazaną salę. Poczułem jak ktoś chwyta mnie za ramię.
  – Musimy pogadać – oznajmił brunet. Spojrzałem na niego rozzłoszczony. Chciałem jak najszybciej spotkać się z All. Ta długa rozłąka nie działała na mnie zbyt dobrze. – Słyszałeś, co powiedziała zanim zemdlała?
  – Tak. Ona słyszała naszą rozmowę z Wandą. Tom, musimy jej w końcu powiedzieć prawdę.
  – Nie możesz! Musimy ją chronić, a prawda w tym nie pomoże.
  – Ty nie rozumiesz. – Pokręciłem głową. – Nie chcę jej okłamywać. To nie jest w porządku wobec niej. Nie potrafię jej więcej oszukiwać – wyznałem. – Jeśli ty jej nie powiesz, to ja to zrobię.
  – Dobrze. Powiemy jej, ale nie teraz. Daj mi czas. Muszę to wszystko jakoś ogarnąć. –  Uśmiechnąłem się wdzięcznie. Sam fakt, że chciał jej powiedzieć mi wystarczył. Kiedy jej powie? To już nie moja sprawa. Ważne, że to zrobi. Dziś, jutro, w przyszłym tygodniu czy za miesiąc. Było mi obojętnie.
  – Mogę do niej iść? – zapytałem, patrząc na swoje ramię, które było ściśnięte dłonią bruneta.
  – Tak – uśmiechnął się i mnie puścił, a ja jak najszybciej ruszyłem do dziewczyny.


***
Rozdział zbetowany przez Pamę, za co serdecznie dziękujemy!

Tak oto kolejny rozdział, który miał być mój, no ale w większości został napisany przez Seoannee :D Mam nadzieję, że się wam spodoba i, że Seoannaa nie zabije mnie za poprawki ^.^ Zgadnijcie, na kim sprawdzała, jak ile kresek Wanda zostawiła na ramieniu Ali? :D
Pozdrawiam
Katarina 

środa, 19 lutego 2014

Bo ja Cię kocham

 Obudziłam się z twarzą wtuloną w poduszkę. Przejechałam ręką po pościeli, szukając Gabriela. Pamiętałam, że zasypiałam w jego objęciach... Lekko zadrżałam i otworzyłam oczy. Nie było go. Zresztą Toma też nigdzie nie mogłam znaleźć. Drzwi do łazienki były szeroko otwarte, a łóżko ustawione naprzeciwko nich, co dało idealny wgląd do środka. Zostałam sama. Ogarnęła mnie lekka panika. A co jeśli pojechali beze mnie? Co jeśli zostawili mnie w obcym miejscu... Czułam jak gotuję się z przerażenia.  Wstałam i sięgnęłam po swoje ciuchy. Po szybkim prysznicu, byłam gotowa do wyjścia. Podeszłam do stolika z zamiarem założenia srebrnej bransoletki, którą dostałam od Gabe, i zauważyłam małą karteczkę obok niej. Otworzyłam ją i odetchnęłam z ulgą:

Zeszliśmy na śniadanie. Będziemy czekać w restauracji”.
- T.G.


  – Tu jesteście! – krzyknęłam, widząc ich roześmiane twarze. Byli w trakcie jedzenia śniadania.
  – Już myślałam, że mnie zostawiliście – oznajmiłam, siadając obok nich. Wcześniej przywitałam się z nimi, składając każdemu delikatny pocałunek na policzku.
  – No weź – oburzył się Gabriel. – Jak moglibyśmy cię zostawić?
  – No ja rozważałem tą opcję – odezwał się Tom, a ja zgromiłam go wzrokiem. – Ale Gabriel mi nie pozwolił – posmutniał.
  – Przynajmniej jemu na mnie zależy – odparłam wkurzona.
Poczułam ciepłą dłoń Gabriela na mojej ręce. Wsunęłam ją pod obrus tak, aby Tom niczego nie zauważył. Powiedziałam wyraźnie, że między mną a Gabe'em nic nie ma, i nic nie będzie. A co robiłam? Pijana, całowałam się z nim na moich urodzinach, spaliśmy razem w jednym łóżku, no i w ogóle cały czas spędzałam z nim dużo czasu. No i przez następne dwa tygodnie, będę mieszkać z nim i z Tomem. Nagle przeszła mnie fala złości, która od razu została stłumiona. Miałam pretensje do siebie, że pozwalam mu na to, ale przecież ja sama tego chciałam. I to bardzo. Nie wierzyłam, że tęsknota za czułością może być aż taka nieznośna. Znowu miałam ochotę go pocałować...
  – Allis – szturchnął mnie Tom.
  – Hm? – odparłam.
  – Pytałem, co chcesz na śniadanie. Kelner już się niecierpliwi.
  – Nie rozumiem co tu pisze – odparłam, spoglądając na niego znad menu. Gabriel wciąż trzymał mnie za rękę, ale zaczął mnie łaskotać kciukiem.
  – Por favor tortitas y zumo de naranja – zwrócił się Gabriel do kelnera. Ten zapisał coś w notesie i podszedł do następnego stolika.
  – Nie wiedziałam, że umiesz hiszpański – odwróciłam się w stronę chłopaka.
  – Znam parę zwrotów. Przepraszam – wstał i udał się do łazienki. Poczułam nieprzyjemne zimno na dłoni, którą jeszcze chwilkę temu trzymał. Spoglądałam z tęsknotą, za jego znikającą sylwetką.
  – Czy ja o czymś nie wiem? – zapytał Tom, marszcząc brwi.
  – To znaczy? – czułam jak rumieńce malują mi się na twarzy.
  – Ha! – krzyknął chłopak. Kilkoro gości zwróciło na nas swoją uwagę. – Moja mała Allis się zakochała! – krzyczał uradowany.
  – Zamknij się idioto – warknęłam. – Nic nas nie łączy!
  – Taki kit możesz wciskać jemu, ale nie mi! – głośno się zaśmiał. – Niech mnie diabli! – krzyknął i odchylił się do tyłu, opierając plecy o krzesło. Położył ręce na tył głowy i z uśmiechem spoglądał na mnie.
 Wiedziałam, że jestem czerwona jak burak, ale nie był to wstyd, tylko złość na całą sytuację. Odwróciłam się w stronę toalety. Miałam nadzieję, że Gabriel tego nie usłyszał, chociaż ten idiota dość głośno się darł... Na szczęście jeszcze go nie było, więc miałam czas, aby zemścić się na Tomie.
  – Powiedz mi lepiej, co jest między tobą a Sophie? – oparłam brodę na dłoni, spoglądając zaciekawionym wzrokiem na chłopaka. Przestał się śmiać. Tu go mam!
  – No nic... A co miałoby być? – wymamrotał.
  – Nie kłam – odparłam, krzyżując ręce na piersi. – Skoro już mówimy o uczuciach... Mów! – krzyknęłam, widząc jego zakłopotanie.
  – A co ma być? Jest ładna, zabawna, inteligentna...
  – Tom... – ponagliłam go.
  – Dobra! Podoba mi się! Pasuje?
  – Tak – uśmiechnęłam się triumfalnie. Przegrałeś! – O której lecimy?
  – Zjedz najpierw śniadanie. Myślę, że mamy wystarczająco czasu, żeby połazić po rynku. Lot jest o czternastej, więc gdzieś tak po jedenastej wyjedziemy – spojrzał na zegarek. – Widzimy się w pokoju. Muszę jeszcze gdzieś zadzwonić... – wyszedł, wraz z przybyciem kelnera.
 Chłopak postawił przede mną biały, kwadratowy talerz z wygiętymi do góry kątami, na którym znajdowały się trzy naleśniki z czekoladą i bananem. Do tego dostałam szklankę soku pomarańczowego. Podziękowałam kelnerowi, a ten z uśmiechem odszedł.
 Kątem oka spojrzałam na wychodzącego z restauracji Toma, który trzymał telefon w ręce. Ostatnio cały czas prowadził jakieś tajemnicze rozmowy. Denerwowało mnie to, że nie chciał mi powiedzieć z kim rozmawia. Wiedziałam, że nie powinno mnie to obchodzić, w końcu to jego osobiste sprawy, ale im więcej tajemnic miał przede mną, tym bardziej się o niego martwiłam.
  – Co wy tak krzyczeliście? – usłyszałam głos Gabriela nad sobą. Szybko otrząsnęłam się i spojrzałam w jego piękne oczy. Świeciły jak dwa diamenty.
  – Słyszałeś nas? – zapytałam zaniepokojonym głosem.
No pięknie! Teraz niech tylko Gabriel dowie się, że mi na nim zależy!
  – Trudno było tego nie słyszeć – odparł rozbawionym głosem. – Zważywszy na to, że łazienka znajduje się zaledwie parę metrów od stolika, a Tom potrafi dość głośno krzyczeć. – Opadł na fotel obok mnie. – To jak? Podobam ci się?
 Cholera!!! I co teraz? Myśl Allie... No rusz tą tępą mózgownicą!
 Co powinnam mu odpowiedzieć? Tak? Nie?
Jedno krótkie słowo i tyle problemów z jego wypowiedzeniem. Czułam, że się zarumieniłam, ale teraz mi to nie przeszkadzało. Najważniejsze było to, że muszę mu coś odpowiedzieć! Wciąż patrzył się na mnie, a ja zawstydzona spuściłam wzrok.
 O mój Boże! Zachowuje się jak dziecko z niedorozwojem... Czy tak trudno było mi cokolwiek odpowiedzieć?
 Najwyraźniej tak.
 Nie wiem jakie licho mnie pociągnęło, ale nagle wstałam i szybkim krokiem udałam się w stronę wyjścia. Zdążyłam wybiec przed budynek, gdy nagle poczułam jak ktoś mnie szarpie za rękę. Odwróciłam się i speszona spróbowałam się wyrwać.
  – Tym razem nie pozwolę ci uciec – oznajmił Gabe. – Al, słuchaj. Naprawdę bardzo mi się podobasz i wiem, że ja ci się również podobam. Nie widzisz tego, jak nas ciągnie do siebie? Dlaczego nie chcesz być szczęśliwa? Czemu nie pozwalasz, abym to ja cię uszczęśliwiał?
  – Bo ja nie zasługuję na szczęście – odparłam, wyrywając się z jego uścisku. Nie zważając czy on jest za mną, zaczęłam biec. Po prostu chciałam w tym momencie pobyć sama i jak najdalej od wszystkiego. Zatrzymałam się w jakimś ogrodzie, wypełnionym roślinami, które wiły się po ścianach i po drutach, znajdujących się na suficie. Klapnęłam na ławce i pozwoliłam łzom wydobyć się z moich oczu. Skuliłam nogi, opierając brodę o kolana.
 Dlaczego nie mogłam z nim być? Proste. To ja powinnam być martwa, a skoro tak się nie stało, to teraz powinnam cierpieć. Długo walczyłam w sobie, aby przemóc się i zgodzić się na ten wyjazd. Nie zasługiwałam na to, aby być szczęśliwą. I nie chciałam. W ciągu roku przyzwyczaiłam się do tej pustki w sobie i tego bólu. Teraz to była moja nierozłączna część, którą trzeba było od czasu do czasu nakarmić kolejną dawką cierpienia. Nie powinnam była tu przyjeżdżać. To był zły pomysł!
 To koniec. Wracam do Stanów. Nie jestem już małą dziewczynką, którą trzeba się ciągle zajmować. Otarłam łzy z policzków i odwróciłam głowę w stronę kwiatów na drzewie. Były w kolorze błękitu, zmieszanym z czerwienią.
  – Tu jesteś! – usłyszałam zdyszany głos Gabriela nad sobą. – Rany, dziewczyno! Ty to masz formę!
Nawet nie odwróciłam głowy w jego stronę, wciąż wpatrywałam się w kwiaty. Proszę...idź sobie...
  – All, proszę porozmawiaj ze mną – powiedział, siadając obok mnie.
  – Nie mamy o czym rozmawiać – odchrząknęłam. – Tak, podobasz mi się. Nie, nie będziemy razem. Coś jeszcze? – Wstałam, kierując się w stronę hotelu.
  – O nie! – krzyknął, łapiąc mnie za rękę. – Porozmawiaj ze mną. Widzę, że coś cie gryzie, a nie chce abyś się zamartwiała. Chce żebyś była szczęśliwa.
  – Gabriel, albo jesteś ślepy, albo kompletnym idiotą! Co ty chcesz właściwie zrobić? Zmusić mnie do związku, którego nie chce? Wtedy na pewno będę szczęśliwa! – wrzasnęłam, próbując uwolnić się z jego uścisku. Niestety, był silniejszy ode mnie...
  – Kłamiesz. Wiem, że ci na mnie zależy. All, ja cie kocham... – wyszeptał, ujmując dłońmi moją twarz. Zamurowało mnie.
Kochać? Czy on w ogóle wiedział co to znaczy? Przecież jak można się zakochać w osobie, którą zna się tak krótko?!
  – Zakochałem się w tobie, odkąd cię zobaczyłem – kontynuował. – Nie mogę przestać o tobie myśleć. Zawładnęłaś moim umysłem i sercem.
  – Przestań – przerwałam mu dalsze wyznania. To było po prostu niemożliwe... – Ty wcale mnie nie kochasz. To zwykłe zauroczenie, które przejdzie ci w ciągu paru dni – stwierdziłam oschle. – Ja cie nie kocham. Nic do ciebie nie czuje.
 Przyciągnął mnie bliżej do siebie, prawie stykaliśmy się nosami, patrzył w moje oczy. Czułam jak serce mi przyspiesza, omal nie wyleciało z mojej piersi.
  – Powtórz to – wyszeptał.
  – Nic do ciebie nie czuje – wciąż trzymałam się swojej wersji. Tej wersji, w której kłamię i oszukuję samą siebie.
 Nasze usta zetknęły się. Jego delikatne wargi muskały moje. Tak bardzo mi tego brakowało...Oderwał się ode mnie i spojrzał w moje oczy.
  – Powtórz.
  – Ja... – zająknęłam się. Gabriel znów mnie pocałował. Językiem pieścił moje podniebienie. Czułam łomot skrzydeł w swoim brzuchu. Oparłam dłonie o jego pierś i zachłannie odwzajemniałam jego pocałunki. Oprzytomniona oderwałam się od niego.
  – Przepraszam – wymamrotałam, patrząc w jego oczy, które z troską mi się przyglądały.
  – Już ci mówiłem, że za to masz nie przepraszać – odparł z uśmiechem. Starł kciukiem moje łzy. – All. Kocham cie – wyszeptał, a następnie znów mnie pocałował. Tym razem jego pocałunki były bardziej czułe, przez co czułam dreszcze, rozchodzące się po moim ciele. Błądził dłońmi po moich plecach, a ja oparłam się o jego klatkę piersiową. Chwilę jeszcze staliśmy, namiętnie się całując, gdy przerywałam całą tą sielankę i spojrzałam na niego.
  – Chodźmy już do hotelu – przygryzłam dolną wargę, a Gabe roześmiał się i złożył jeszcze kilka pocałunków na moich ustach, następnie objął mnie ramieniem i ruszyliśmy w stronę hotelu.


  – Ile można na was czekać! – odparł wściekły Tom. Spojrzałam na niego smutnym wzrokiem. Nie było nas tylko godzinę... Do lotu pozostało nam jeszcze dwie, więc mieliśmy sporo czasu, aby wstąpić na rynek. – Ruszać dupy! – krzyknął. – Za minutę widzę was spakowanych przed budynkiem! – wziął swoją torbę i trzaskając drzwiami, wyszedł. Spojrzałam na Gabriela i obydwoje wybuchliśmy śmiechem. Ja byłam prawie spakowana. Została tylko kosmetyczka, która aktualnie była w łazience, razem z Gabrielem.
  – Możesz przynieść mi moją kosmetyczkę? – zapytałam, wrzucając ostatnie ciuchy do torby. Przebrałam się w wygodną sukienkę, w delikatnym kolorze écru, do tego ubrałam beżowe botki. Przerzuciłam, średniej wielkości, torbę przez ramię i odwróciłam się w stronę chłopaka. Właśnie wyszedł z łazienki i w dłoni trzymał moją otwartą kosmetyczkę. Klepnęłam się w czoło, przypominając sobie „niespodziankę” od ciotki. Uśmiechnięty, trzymał prezerwatywę w drugiej ręce...
  – Czy ty coś sugerujesz? – zapytał podchodząc do mnie.
Wiedziałam, że znów jestem czerwona jak burak...
  – Nie... To ciotka to wrzuciła. Tom nagadał jej o naszym związku, więc uznała to za dobry pomysł – Zabrałam kosmetyczkę i „prezencik” od Gabriela i wrzuciłam do torby, szczelnie wszystko zamykając.
  – Ale nie wyrzuciłaś tego – stwierdził, wciąż uśmiechnięty. – Czyli jednak...? – zapytał, unosząc w śmieszny sposób jedną brew.
  – Och, Gabriel! Chodźmy już, bo Tom się niecierpliwi – chwyciłam za torbę, ale nim się ruszyłam, zostałam przyciągnięta przez chłopaka. Całowaliśmy się, gdy dotarł do nas zdenerwowany głos Toma.
 Gabriel chwycił za nasz bagaż i wyszliśmy z pokoju.
 Rozwścieczony Tom, czekał na nas przed budynkiem. Ciekawiło mnie jego zachowanie...
W wypożyczonym aucie, wraz z Gabe'm, zajęliśmy tylne miejsca. Brunet usadowił się przed kierownicą. Ruszyliśmy, słysząc jego kazanie na temat „odpowiedzialności”.
  – Tak tato, przepraszamy. To się już więcej nie powtórzy – odparłam, na co Gabriel wybuchnął śmiechem.
  – Alison! – krzyknął Tom. – To nie jest śmieszne! Nie znasz tego miasta, a się po nim włóczysz!
  – Ale nie sama – zaprotestowałam. – Byłam z Gabrielem.
  – On też nie zna tego kraju. Oprócz kilku g... dzielnic.
  – G, co?- zapytałam zaciekawiona.
  – Głupich. Po prostu głupich... – odparł lekko zmieszany, ale ja wiedziałam, że kłamie. Szatyn objął mnie ramieniem, zaraz po zajęciu miejsca, więc czułam jak napina mięśnie. G? Zastanawiało mnie to, co Tom chciał powiedzieć...
 Zatrzymaliśmy się na parkingu, naprzeciwko dużego rynku. Już z auta widziałam pełno kiosków i innych straganów. Wychodząc z auta, rozbrzmiał dźwięk telefonu Toma.
  – Idźcie, dogonię was – powiedział i odebrał.
Gabriel wzruszył ramionami i chwycił moją dłoń. Pociągnął mnie w stronę wielkiego drzewa, zapewne znajdowało się na środku tego całego jarmarku.
 Wielkie drzewo było przyozdobione czerwono-czarnymi wstążkami. Kobieta, z białym turbanem na włosach, podeszła do nas i wręczyła po wstążeczce.
  – To Sefirotam – powiedział Gabriel, widząc moje dziwne spojrzenie. – Drzewo życia i śmierci. Starożytni Indianie wierzyli, że jeśli wystarczająco długo będziesz się modlić, za pośrednictwem takiego drzewa, to w końcu Bóg cię wysłucha i spełni jedno z twoich największych pragnień – wyjaśnił.
  – Więc, po co nam te wstążki?
Gabriel uśmiechnął się i pocałował mnie w usta.
  – Na tych wstążkach zapisuje się swoje pragnienie. Teraz ludzie nie modlą się tak często jak wtedy, ale nadal wierzą w moc tego drzewa – powiedziawszy to, podał mi czarny marker. Szybko nabazgrałam na nim jedno z moich pragnień i wraz z Gabrielem, zawiązaliśmy je na gałązce.
  – Co napisałaś? – spytał, gdy już odeszliśmy kawałek od tego drzewa.
  – Jeśli powiem, może się nie spełnić – cmoknęłam go w policzek. – Zróbmy sobie zdjęcie z tym słoniem! – poprosiłam. Gabriel spojrzał na zwierzę z niechęcią. Na jego twarzy zawitał mały grymas, ale zgodził się. Poprosiłam właściciela tego wielkoluda o zrobienie nam zdjęcia. Oczywiście za drobną opłatą zgodził się. Gabriel objął mnie ramieniem i stanęliśmy obok zwierzęcia. Mężczyzna zrobił nam parę zdjęć. Podziękowałam mu i zabrałam od niego aparat.
  – Stój! – krzyknęłam, gdy szatyn zaczął iść w moją stronę. – Chce was nagrać razem!
Słoniowi chyba to się nie spodobało, gdyż odwrócił głowę w przeciwną stronę.
  – No cóż, może innym razem – powiedział szczęśliwy chłopak. Włączyłam opcję nagrywania i skierowałam aparat w jego stronę. Szedł, uśmiechając się w moją stronę.
  – Uważaj! – krzyknęłam, gdy zorientowałam się, co słoń chce zrobić. Przerażony chłopak odwrócił się i dostrzegł trąbę zwierzęcia, zaledwie kilka metrów od siebie. Głośno krzyknął i zasłonił twarz rękami.
 Omal nie padłam ze śmiechu, widząc, jak trąbalski opróżnia wodę ze swojej trąby na biednego Gabriela.
 Chłopak ruszył w stronę właściciela tego zwierzaka, krzycząc dziwne słowa, w różnych językach. Jedyne co zapamiętałam to perkele puttana. Po prostu, najciekawiej brzmiały...
Tłum gapiów zebrał się wokół krzyczącego, mokrego chłopaka. Zapewne widzieli wcześniejszą kąpiel... A ja mam to wszystko nagrane!
  – Gabriel! Chodź! Musimy znaleźć Toma – krzyknęłam, przedzierając się między ludźmi.
  – Najpierw on odda mi pieniądze za te ciuchy! – warknął.
  – To nie – wzruszyłam ramionami. – A myślałam o wspólnej kąpieli w zamian za to – wskazałam na słonia i odwróciłam się, szukając Toma.
  – O nie, nie, nie! – zaprotestował. – Wspólna kąpiel powiadasz? – zapytał.
  – Straciłeś swoją szansę – powiedziałam spokojnie, próbując opanować śmiech.
  – Ach tak?
 Zdążyłam jedynie głośno krzyknąć, gdy mnie podnosił.
  – Gabriel puść mnie! – krzyknęłam, a on przerzucił mnie przez ramię. Waliłam go pięściami w plecy, a ten tylko się roześmiał. – Tom! Pomocy!
 Gdy próbowałam się podnieść, by zobaczyć dokąd mnie zabiera, od razu delikatnie podrzucał mnie do góry, przez co, nie mogłam się obrócić. Zrezygnowana, oparłam brodę na dłoni, wbijając łokieć w jego kręgosłup.
  – Dobra dziewczynka – powiedział z uśmiechem.
  – Tom! – krzyknęłam. Brunet odwrócił się w moją stronę i wybuchł śmiechem. – Zamknij się i mi pomóż!
 Jak na zawołanie, szybko podbiegł do mnie. Zaraz będę wolna! – krzyczałam w myślach.
  – Podaj mi torebkę – powiedział.
 Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc po co mu ona, ale posłusznie wykonałam jego prośbę. Ten wyjął z niej aparat i zaczął robić nam zdjęcia. W tym momencie omal nie wybuchłam z wściekłości. Gabriel odwrócił się do niego twarzą, pozując przed obiektywem.
No pięknie...
  – Tom! Pomóż mi do jasnej cholery! – darłam i szarpałam się.
  – Zaraz cie wypuści! – powiedział, śmiejąc się.
Nie jest dobrze...
 Gabriel przerzucił mnie znowu, ale tym razem trzymał mnie w ramionach. Spojrzałam przed siebie i w końcu zrozumiałam, co on chciał zrobić. Ścisnął mnie mocniej, gdy próbowałam się wyrwać.
  – Tylko spróbuj, a nie dożyjesz jutra! – groziłam chłopakowi. Poczułam jego miękkie usta na moim czole, a następnie zobaczyłam jak skacze...do wody.
 Wylądowaliśmy w czymś, co przypominało mały, ale głęboki staw. Wypłynęłam na powierzchnie i przetarłam dłońmi oczy, próbując umożliwić mi jakąś widoczność. Z tyłu za mną słyszałam śmiech Gabriela. Zdenerwowana popłynęłam w stronę brzegu.
  – Chodź tu! – krzyknął za mną, a ja nawet się nie obróciłam. – All!
 Wyszłam z wody, czując, że wyglądem przypominam mokrego kota. Sukienka kleiła się do mojego ciała, po którym spływała jeszcze woda. Podeszłam do Toma i wściekła wyrwałam mu moją torebkę.  Czułam się jak totalna idiotka. Skrzyżowałam ręce na piersi i ze łzami w oczach przeciskałam się przez zgromadzony tłum.

***Gabriel***

 Podpłynąłem do brzegu, wyszukując wzrokiem Alison, która po prostu zniknęła między ludźmi. Wygramoliwszy się ze stawu, spojrzałem na Toma, który obdarował mnie pełnym wrogości i nienawiści spojrzeniem.
  – Gdzie ona jest? – zapytałem zmieszany.
  – Co ty sobie wyobrażałeś! – krzyknął, a następnie wymówił wiązankę przekleństw w moim kierunku. Nie winiłem go za to. W tym momencie sam uważałem się za bezmyślnego głupka z brakiem jakichkolwiek oznak inteligencji – właśnie tak mnie nazwał, w odrobinę ostrzejszej wersji.
  – Nie wiedziałem, że ona tak zareaguje! Zresztą, ty też nic nie mówiłeś, gdy ją niosłem!
  – Ale mówiłem ci, żebyś uważał z nią! Jest o wiele delikatniejsza od innych dziewczyn. I na co ci ta miłość? – jeszcze przez chwilę obsypywaliśmy się oskarżeniami, o to, kto bardziej zawinił, cudem unikając bójki...
 Staliśmy w milczeniu, przeczesując wzrokiem rynek.
  – Czekaj! – krzyknąłem. – Zadzwonię do niej! Przecież wzięła torebkę! – wsadziłem rękę do kieszeni, wyjąłem cały zalany telefon.
  – Perkele! – wycedziłem przez zęby.
  – Mówiłem, że idiota? Czekaj ja do niej zadzwonię – wybrał numer i przyłożył telefon do ucha. – Nie odbiera. Pewnie poszła do auta – powiedział niepewnie.
  – A jeśli jej tam nie ma? – zapytałem, choć bałem się odpowiedzi.
  – Słuchaj. Musimy ją jak najszybciej znaleźć. Jeśli będzie sama, mogą odważyć się i do niej podejść. Od rana dostaję telefony z ich położeniem. Ostatni przed chwilą. Byli w tym hotelu, co się zatrzymaliśmy.
  – I dopiero teraz mi o tym mówisz?! – krzyknąłem, rzucając się biegiem w poszukiwania. Moja mała All... Co ja najlepszego zrobiłem...


***Alison***


 Zgubiłam się. Ewidentnie się zgubiłam! – palnęłam się ręką w czoło. Po jakiego diabła tu przyszłam? A no tak... bo wydawało mi się, że tędy przyszliśmy...
 Usiadłam na ławce i zaczęłam przeglądać zawartość torebki. W portfelu znalazłam kilka solów – jednostka monetarna Peru. Miałam nadzieję, że dzięki nim kupię sobie przynajmniej jakiś suchy szal, którym będę mogła się owinąć. Wstałam, trzęsąc się. Nie byłam pewna, czy z zimna, czy może z innego powodu. Chociaż wątpię, żeby z zimna, zważywszy na ciepłą pogodę w tym kraju. Podeszłam do jednego ze straganów z ciuchami. Wybrałam dosyć ładny i długi szal.
  – Przepraszam... Ile to kosztuje? – zapytałam starszą kobietę, która spojrzała na mnie z matczyną troską. Widziałam współczucie w jej oczach...
  – Chodź dziecko – powiedziała, ciągnąc mnie w głąb swojej budki. Nawet nie miałam ochoty sprzeciwić się.

 Kobieta wybrała dla mnie niebieski sari, twierdząc, że pasuje do moich – według mnie obrzydliwych – oczów. Nie była to tradycyjna szata, ale krój trochę ją przypominał. Długa spódnica do kostek, zwężana przy moich biodrach, goły brzuch i nieduża góra, która zasłaniała moje piersi. Na już suche włosy nałożyła mi coś, przypominające welon, w kolorze jasnego błękitu. Materiał był prosty, tylko miejscami przyozdobiony różnymi koralikami. Widząc siebie w lustrze, zaniemówiłam. Wyglądałam jak prawdziwa indyjka, nie licząc bladej cery. Kobieta nie chciała przyjąć żadnych pieniędzy ode mnie, więc podziękowałam i wyszłam. Wcześniej dokładnie wytłumaczyła mi jak dojść do parkingu. Miła kobieta...
 Uradowana stanęłam obok naszego pojazdu, rozglądając się za tymi idiotami. Nie widząc żadnego z nich, zdenerwowana oparłam się o pojazd, który głośno zaczął piszczeć.
No pięknie...
  – Alli! – krzyknął Tom, wyłączając alarm. – Gdzie byłaś?! Dzwoniłem do ciebie.
  – Zostawiłam telefon w aucie. Możemy już jechać? Spóźnimy się na samolot – odburknęłam.
  – Ta...jasne. Pójdę po Gabriela – otworzył auto, do którego po chwili wsiadłam. Widziałam jak niepewnie odchodzi ode mnie.
Nie musiałam długo na nich czekać. Już po kilku minutach, zauważyłam biegnącego w stronę auta szatyna. Czułam się winna, że tak się zachowałam. To miał być zwykły żart, a ja jak zwykle uciekłam... Chyba naprawdę potrzebuję jakieś opiekunki...
  – All, przepraszam – powiedział Gabriel, siadając obok mnie. Jego ciuchy były jeszcze wilgotne. Spojrzałam na Toma, który czekał przed autem. Słodziak, pozwolił nam spokojnie porozmawiać.
  – Nic się nie stało – powiedziałam chrapliwym głosem, siląc się na uśmiech.
  – Gdyby nic się nie stało, to byś tak nie zareagowała – stwierdził.
  – Trochę przeraziłam się tymi ludźmi, którzy tak się gapili – wykrzywiłam kącik ust w mały grymas. – Chciałam trochę od nich odejść, a potem głupia się zgubiłam – przyznałam.
Gabriel chwycił moją dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek.
  – Przepraszam – wymruczał.
 Uśmiechnęłam się i przyciągnęłam go do siebie. Całowaliśmy się namiętnie.

 Ja leżałam na siedzeniu, a Gabriel oparł się o niego rękami. Czułam, że jedną ręką błądził po moich plecach, co chwilę zahaczając o materiał dolnej części stroju. Wiedziałam jak próbuje się powstrzymać przed kolejnym krokiem, który należał do mnie. Ale nie tym razem...i w najbliższym też nie...
  – Gabriel – wyszeptałam śmiejąc się. – Przestań. Tom na nas patrzy...
  – Wyglądasz seksownie – wyszeptał mi do ucha, które następnie delikatnie przygryzł. Zaśmiałam się, czując jego oddech, łaskoczący moją szyję.
 Gdy zniecierpliwiony Tom, stuknął w szybę, Gabriel niechętnie się ode mnie oderwał. Objął mnie ramieniem i przytulił do siebie.
  – Jedziemy prosto na lotnisko – oznajmił Tom. – Przykro mi Gabe, nie zdążymy się zatrzymać, abyś się przebrał – dodał trochę rozbawiony.
  – To nic – stwierdził chłopak, a następnie pocałował mnie czule w usta. – Mam nadzieję, że zapach mokrego zwierzęcia, nie będzie ci przeszkadzać w całowaniu się – szepnął mi do ucha.
 W odpowiedzi nasze wargi znów się zetknęły.
 Odprawa minęła bardzo szybko. Nie mieliśmy żadnych problemów, więc teraz zdenerwowana siedziałam w samolocie, czekając na start. Tym razem zajęłam miejsce przy oknie, a Gabe zaraz obok mnie. Zapięłam pasy i zamknęłam oczy, czekając na start. Chociaż był to mój drugi lot, to wciąż bałam się tego.
 Ja i moje fobie...
  – All? – usłyszałam zaniepokojony głos chłopaka. – Możesz już odpiąć pasy. I puścić moją rękę...
 Natychmiast zabrałam rękę, a Gabriel otarł swój nadgarstek.
  – Nie było aż tak źle... – wymamrotałam.
  – Ta jasne... Powiedz to mojej dłoni... Dziewczyno! Wszystko, twoje palce są na niej odbite, i kilka pazurków też – stwierdził po dłuższym przyglądaniu się.
  – Przepraszam – zarumieniłam się.
  – Wolę przeprosiny w innej formie – powiedział, wskazując palcem usta. Uśmiechnęłam się i go pocałowałam, a następnie wlepiłam swój wzrok na okno, przyglądając się, znikającemu miastu...

  – Obudź się księżniczko – Gabe wymruczał mi do ucha.
 Stwierdziłam, że mam tendencję do szybkiego zapadania w sen, podczas jazdy, czy nawet lotów. Podniosłam trochę głowę i pocałowałam go w policzek.
  – Gdzie jesteśmy? - zapytałam ziewając.
  – No jak to gdzie. W Australii.
 Szybko podniosłam głowę, aby wyjrzeć przez okno. Gabriel wybuchnął śmiechem. Pisnęłam ze szczęścia!
 Ja, Alison Margo Hathorn, wreszcie jestem w Australii! Odwróciłam się w stronę Gabriela i rzuciłam się na niego, obsypując go pocałunkami. Chłopak uśmiechnął się i odwzajemniał każdy. Gdzieś między pocałunkami zdążyłam wyszeptać „dziękuje”. Gdy już oderwałam się od niego, spojrzałam na Toma.
  – Wystarczy zwykłe dziękuje. Bez dodatkowych atrakcji... – powiedział, a ja głośno się zaśmiałam. Tak jak chciał, tylko podziękowałam mu za to i od razu odwróciłam się do okna, aby podziwiać widoki.
 Wylądowaliśmy na lotnisku w Sydney, a ja przepełniona radością, jak jakieś dziecko, rwałam się do wyjścia.
  – Chodźmy do Opery! – krzyknęłam, odwracając się do chłopaków. – Albo nie, najpierw pójdziemy do Sydney Tower!
  – Najpierw to my pojedziemy do domu się rozpakować. Jutro zaczniemy zwiedzanie – powiedział Tom, pakując nasz bagaż do auta. Czarna limuzyna czekała na nas przed lotniskiem.
Eh...jak zwykle. Pan Słodziak musi być otoczony luksusem...
 Droga do jego domu zajęła nam prawie dwie godziny. Już po pół godzinie jazdy, mieli mnie serdecznie dość. Widziałam to na ich twarzy, zadając ponownie pytanie „daleko jeszcze?!”. Mijaliśmy kolejne miasta, a szofer wciąż się nie zatrzymywał. W końcu dotarliśmy do jakieś wioski umiejscowionej na pagórkowatym terenie.  Kierowca jeździł po różnych uliczkach, a następnie wyjechał z tego „ zadupia” – jak to nazwałam i ruszył w stronę góry, na którym zapewne rosły winogrona. Ten obszar był przepełniony polami winogron. Miałam ochotę wyjść z tego auta i krzyczeć z radości.
  – Już? – zapytałam uradowana. Tom wyjrzał przez okno. Nareszcie oderwał się od tego telefonu!
  – Tak. Jesteśmy na miejscu – szofer otworzył drzwi. Następnie podał mi rękę, abym mogła wyjść. Spojrzałam na jego twarz. Był bardzo młody. Zaledwie jakieś dwa – trzy lata starszy ode mnie. Uśmiechnął się uwodzicielsko. Trochę zmieszana spojrzałam na Gabriela, który najchętniej zabił by go wzrokiem. Złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Zaczęliśmy się namiętnie całować, pomimo tego, że wiedziałam, że Gabe chce mu pokazać, że jestem jego dziewczyną i nikt nie może mnie dotknąć, nawet się uśmiechnąć, to nie miałam nic przeciwko jego pocałunkom. Odskoczył ode mnie dopiero, gdy Tom klepnął go w ramię.  Chłopaki zajęli się bagażami, a ja w końcu mogłam spojrzeć na „nasz” dom. Znów miałam ochotę piszczeć z radości.
 Mieliśmy mieszkać w małym zamku! Tak! To przypominało zamek!!! Wielka metalowa brama, otworzyła się, a my mogliśmy wejść na teren, WIELKIEJ posesji. Normalnie, nie mogłam uwierzyć w to, co widzę.
  – Tom? – zapytałam niepewnie. – Czy te pola winogronowe należą do ciebie?
  – Tak – odparł dumnie. – Znaczy się, do mnie i do brata. Ale on rzadko tu bywa. Zresztą, na pewno nie o tej porze roku.
  – Czyli ty jesteś jakimś milionerem?!
  – Nie do końca. To wszystko – wskazał na winorośl – po zbiorze, starcza na opłacenie wszystkich rachunków za ten dom i robotników. Za resztę ledwo mógłbym opłacić moje mieszkanie w Stanach. Bardziej opłacałoby się sprzedać to jakiemuś pasjonatowi.
  – Więc czemu tego nie zrobiłeś?
  – Bo matka kochała to miejsce. Nie mógłbym jej tego zrobić. Obiecałem, że zajmę się tym domem, a wy mi pomożecie – uśmiechnął się do nas zawadiacko. Wiedziałam, że on coś planuje...
 Po krótkim spacerze przez posesje, w końcu dotarliśmy pod wielgaśne mosiężne drzwi. Tom złapał za klamkę i mocno je popchał. W środku ukazał nam się mały salon. Mogłabym nawet powiedzieć, że w starym stylu, ale wieża stereo i inne elektroniczne przedmioty, niszczyły jego wizerunek.
  – Na górze macie pokoje. Mój jest ostatni po prawej. Idźcie wybierzcie sobie któryś, a ja znajdę kogoś, aby przygotował nam coś do jedzenia. Jezu... to pokładowe jedzenie jest ohydne – wymruczał, znikając w jakimś pomieszczeniu. Spojrzałam na Gabriela, który uśmiechnął się do mnie. Złapałam za swoją torbę i ruszyłam schodami, do góry. Słyszałam, jak chłopak śmiejąc się idzie za mną. Postawiłam walizkę na samej górze i zaczęłam otwierać wszystkie drzwi po kolei, szukając najlepszego pokoju.
 W końcu zdecydowałam się na ostatnie pomieszczenie po lewej, który miał najpiękniejszy widok z balkonu.
  – Dzięki Bogu! Nareszcie wybrałaś sypialnię – powiedział Gabe, oparty o framugę drzwi.
  – Oj nie marudź. A ty, który wybrałeś?
  – Ten obok – uśmiechnął się szelmowsko. – Chociaż wolałbym z tobą, ale rozumiem, że to za wcześnie. – Objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie. – Przynajmniej tak, jakoś będę miał cię na oku.
  – Hm? Będziesz mnie pilnował? – zmarszczyłam brwi.
  – Muszę – stwierdził. – Nie wiadomo, co w tym domu w nocy się dzieje. Tom mówił, że kucharki pokłóciły się ze starym McCallem, więc nie wiem co mu tym razem odwali.
  – Kto to jest?
  – A... taki jeden martwy staruch – uśmiechnął się do mnie. Walnęłam go w ramię, a ten jęknął z bólu.
  – To za to, że chciałeś mnie przestraszyć. Z marnym skutkiem – dodałam po chwili. – Myślisz, że boję się jakiegoś ducha?!
  – Zobaczymy w nocy – nasze usta zetknęły się w namiętnym pocałunku. Jak ja uwielbiałam go całować... Po chwili, słysząc jakiś hałas, odskoczył ode mnie i pobiegł do salonu. Zrobiłam to samo. Biegnąc za nim, dotarłam do kuchni, gdzie na środku stał Tom, a wokół niego leżało kilka rozbitych naczyń.
 W oddali słychać było jakąś dziewczynę, która mówiła po hiszpańsku.
  – Boże! Człowieku, nie strasz mnie tak więcej. Myślałem, że to... – odezwał się Gabe do Toma, jednak zaraz został obrzucony wrogim spojrzeniem. Oni coś ukrywali przede mną... Wlepiłam wzrok w podłogę, na której leżało pełno odłamków, udając, że nie słyszałam Gabriela – ...Nadal ci nie wybaczyła? – zapytał rozbawiony, jednak wiedziałam, że był trochę zdenerwowany.
  – Oczywiście, że tak – warknął brunet. – Po prostu, mamy ciężkie początki... No i musimy znaleźć nową kucharkę...
  – Coś ty jej zrobił? – odezwałam się i natknęłam na ich dziwne spojrzenia.
Ludzie! Niech ktoś mi w końcu wyjaśni, co tu się dzieje!
  – Oprócz tego, że był z nią, zdradził, wykorzystał i zabił jej psa? To chyba nic szczególnego...
  – Gabriel! – wrzasnął Tom, czerwony ze złości. – To nie tak. Raz się z nią umówiłem i ona Bóg wie co sobie powyobrażała – zaczął. – Gdy przyjechałem ze starą znajomą, uznała, że to moja nowa dziewczyna, chociaż nie byliśmy razem. Więc stwierdziła, że z nami koniec, gdyż ją „zdradziłem”. A to z psem było przypadkowe. Przysięgam! – uniósł dwa palce ku górze, na zgiętym łokciu, składając przysięgę. – Było ciemno i nie zauważyłem tego szczura. Wpadł mi pod samochód...
  – Te voy a matar! Pero en primer lugar castrate! – dziewczyna wykrzykiwała z dołu. Gabriel się zaśmiał, a ja zmieszana spojrzałam na Toma.
  – Co ona mówi?
  – Krzyczy, że mnie zabije, ale najpierw wykastruje – stwierdził beztrosko chłopak. – Dobra! Czas coś zjeść! – podszedł do lodówki i zaczął przeglądać jej zawartość. – Hm... Mamy krewetki...barramundi, można zrobić też tosty, czy naleśniki... No i jest jakieś ciasto. Chociaż ja bym nie ryzykował – powiedział, przymrużając powieki, przez co ja i Gabriel wybuchliśmy śmiechem. –Wy idźcie, a ja zrobię coś do jedzenia.
 Posłusznie wykonaliśmy jego polecenie, i Gabriel stwierdził, że pokaże mi dom. Obejrzałam chyba setki różnych pokoi i w końcu uradowana wołaniem Toma na kolację, ruszyłam do jadalni. Na środku stołu leżała patelnia z brązowym ryżem, krewetkami i jakimiś warzywami. Pochłonęłam kilka zapachów i głodna jak wilk, rzuciłam się na jedzenie. Jedliśmy w miłej atmosferze. Wciąż żartując, zaplanowaliśmy jutrzejszą trasę. Niestety, Operę w Sydney mogłam zobaczyć dopiero w przyszłym tygodniu, więc musiałam zadowolić się pobliskimi atrakcjami... na przykład kangurami!
  – Nie przeszkadzam? – po pomieszczeniu rozległ się głos młodej kobiety. Nim odwróciłam wzrok i spojrzałam na nią, najpierw zobaczyłam przerażonego Toma.
  – Wanda. Co ty tu robisz? – z trudem wymamrotał.
  – Przyszłam odwiedzić starego kumpla z fachu. Czyżbyś zapomniał o moich corocznych wizytach? – zaśmiała się, a przez moje ciało przeszedł lekki dreszcz. Kim ona była i czego chciała?! No tak... znajoma Toma... Spojrzałam na Gabriela, który wyglądał na równie zmieszanego jak ja. On chyba też nie znał tej kobiety...
  – Co? Znudziła ci się poprzednia paczka? Czy może to ta Alison tak na ciebie działa? – zapytała, stojąc kilka metrów za mną.
  – Lepiej trzymaj się od niej z daleka – warknął Gabriel.
  – Bo co? Poskarżysz się Tomowi i jego tatuś wszystko załatwi? Oj nie tym razem. Chce te pieniądze, i zrobię wszystko by je zdobyć! – krzyknęła i dopiero po chwili zorientowałam się, że stoi za mną. Nawet nie zdążyłam się obrócił i spojrzeć na nią, gdy poczułam jak wbija mi pazury w ramię. Gabriel wraz z Tomem zerwali się z miejsca i przeskakując przez stół, rzucili się na nieznajomą. Poczułam jak ciepła stróżka krwi spływa po moim ramieniu...




Rozdział zbetowany przez Pamę, za co serdecznie dziękujemy! :D /Katarina
Hej wszystkim :* 
Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba i w końcu ktoś skomentuje :) 
Po prostu chce wiedzieć, czy spodobało się to opowiadanie, bo jeśli nie, to nie opłaca mi dalej pisać xd
Pozdrawiam <3
seoanaa

PS. Zapraszam na mojego bloga ;) http://ostatnitaniec.blogspot.com/