niedziela, 2 lutego 2014

Prolog

  – Dziękuje. – Po raz kolejny wypowiedziałam to słowo, sztucznie się przy tym uśmiechając. Kobieta skinęła głową i odeszła. Podczas takich wystaw, często mi się to zdarzało. Zważywszy na mój młody wiek, co jest dość niespotykane wśród malarzy, ludzie podchodzili do mnie, by potwierdzić krążące plotki. Tak. Mam szesnaście lat i to jest wystawa oparta na moich samodzielnych dziełach! – to miałam ochotę im wykrzyczeć, ale ciotka nauczyła mnie kultury wobec takich idiotów, więc trzeba było powiedzieć coś miłego, a takie zwykłe „dziękuje” mi wystarczało.
 Tak więc stałam między swoimi pracami, w towarzystwie swojego najukochańszego i jedynego przyjaciela – Michaela. Zielonooki blondyn często towarzyszył mi podczas wystaw moich prac. W jego towarzystwie było mi po prostu raźniej. Z Mike'iem znałam się od przedszkola. Zawsze mnie bronił przed natarczywymi dziewczynami. Nie wyobrażałam sobie nikogo innego na jego miejscu. Zwłaszcza jakiejś głupiej blondynki, której nie odpowiadał mój naturalny wygląd. Nie malowałam się, przez co narobiłam sobie wiele biedy u innych dziewczyn. Osobiście uważałam, że jest mi to zbędne, więc nigdy tego nie robiłam, a zresztą Mike'owi odpowiadała moja naturalność. Pomimo, że był facetem, znał się na rzeczy. A zakupy z nim, to istna przyjemność.
 Stał obok mnie, dotrzymując mi towarzystwa. Miał na sobie szary garnitur, idealnie dopasowany do mojej czarnej sukienki. Sam wybierał stroje, i, chociaż się sprzeciwiałam, w końcu musiał postawić na swoim. Zawsze tak było. Może i był uparty, ale kochałam go jak brata.
  – Jeszcze kilka minut i możemy stąd spadać – wyszeptał mi do ucha z wyraźną ulgą. Popierałam jego zdanie. Cieszyłam się, że ktoś może zobaczyć moje obrazy, w tej dość popularnej galerii, ale stanie tam do samego końca mnie dobijało.
  – Dziękuje państwu za przybycie – zaczęłam mowę końcową. – To dla mnie wielki zaszczyt, że mogę się z wami podzielić moją pracą – wskazałam na otaczające mnie malowidła. – Ta wystawa jest moim debiutem, największym osiągnięciem i mam nadzieję, że w przyszłości odbędzie się więcej moich wystaw.
  – Za Alison! – krzyknął Mike, wznosząc toast za mnie. Tłum powtórzył jego słowa, podnosząc kieliszki z szampanem. Ja też swój podniosłam, uprzednio upijając kilka łyków. Już kręciło mi się w głowie od zbyt dużej ilości wypitego szampana, ale cóż... człowiekowi na nerwy najlepiej pomaga alkohol.
Wzięłam swoją torebkę i wyszłam z chłopakiem tylnym wyjściem. Zaparkowałam tam swoje Audi A6 – prezent urodzinowy od cioci –, którym miałam zostać odwieziona pod dom. Nie byłam w stanie prowadzić, ale na szczęście Mike nigdy nie pił podczas naszych wspólnych wyjazdów. Miał stalowe nerwy, w przeciwieństwie do mnie.
  – Widziałeś tą grubą babkę? – zagadał chłopak. – Omal nie padłem widząc jej suknię. Guziki ledwo trzymały się na jej brzuchu.
Wybuchłam śmiechem. Fakt, że kobieta była gruba, a żaden kompromitujący kogoś strój nie przejdzie jego uwadze, to było mi jej szkoda. Rozmawiałam z nią przez chwilę i jej nieprzyjemny stosunek do mnie, spowodował, że nie chciałam mieć z nią nic wspólnego.
Musiałam przyznać. Z Michael'a kiedyś zostanie jakiś projektant mody.
  – Czekaj! – krzyknęłam. – Moja torebka!
  – Mam ją przy sobie – zapewnił.
 Zaprowadził mnie na tył parkingu. Wraz z jego pomocą weszłam do auta. Zamykając drzwi, zaszczycił mnie swoim uśmiechem. Był on mi dobrze znany, gdyż widziałam go codziennie. Będąc zamknięta w aucie, usłyszałam jakiś huk. Mike też go usłyszał i ruszył w jego kierunku, zostawiając mnie samą w środku. Zmartwiona odwróciłam się do niego. Nie widząc jego sylwetki, wyszłam z auta.
  – Mike! – krzyknęłam. Odpowiedziała mi cisza. Gorączkowo ruszyłam w stronę, ponownie dobiegającego moje uszy, hałasu. Skrzyżowałam ręce na piersi i stukając lekko obcasami, obeszłam auto.
  – Bu! – usłyszałam za sobą, po czym przerażona pisnęłam.
  – Spokojnie to tylko ja – zaśmiał się Mike.
  – Nie strasz mnie tak, głupku! – uderzyłam go w ramię. – Chodźmy już. Jest późno, a ciotka Nancy na pewno się już martwi.
Oboje odwróciliśmy się w stronę ciemnego zaułku, z którego usłyszeliśmy jakiś dźwięk.
  – Czekaj, tylko sprawdzę co tak hałasowało – oznajmił, ruszając w jego stronę.
  – Mike! Nie zostawiaj mnie. Nie chce tu być. Jest ciemno... i zimno! – krzyknęłam gorączkowo.
  – Oj nie przesadzaj – pocałował mój policzek. – Zaraz wracam.
  – Michael! – krzyknęłam, a on tylko machnął ręką. Ruszyłam za nim. Zbliżając się do niego, zauważyłam sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Miał na sobie kominiarkę, ale byłam wstanie zauważyć tatuaż w kształcie węża na jego szyi. Uniósł rękę. Teraz widziałam srebrną broń w jego ręku. Mierzył nią w blondyna.
  – Mike! – pisnęłam, zaczynając łkać. – Uciekaj!
 Chłopak stał jak wryty. Napastnik pociągnął za spust i trzy kule przebiły ciało mojego przyjaciela. Rzuciłam się biegiem w jego stronę. Wiedziałam, że będę następna, ale teraz najważniejszy był on.  Jeśli już miałam zginąć, to będąc przy nim. Klapnęłam obok blondyna, ale on już nie żył. Kula przebiła jego serce, a łzy ściekały po moim policzku, niczym wodospad. Jedna łza goniła następną.
Następne strzały zostały wypuszczone z broni. Czekałam, aż przebiją moje ciało. Jednak to nie nastąpiło. Spojrzałam na mordercę. Zniknął.
Nagle poczułam czyjeś dłonie na swoich ramionach. Krzyknęłam.
  – Cicho! – wyszeptał i mnie przytulił.
Było mi obojętne, co się ze mną stanie. Nie chciałam już żyć.
  – Zabiorę cię stąd – oznajmił, ciągnąc mnie za sobą.
Wsiadłam do jego czarnego auta, nie zastanawiając się nad swoim postępowaniem.
Mój przyjaciel nie żyje, morderca uciekł, a ja jestem w aucie kompletnie obcego mi faceta, który nie wiadomo czego ode mnie chce. Cała zapłakana spojrzałam na obcego. Jedyne, co mogłam zobaczyć przez te szkliste oczy, to to, że był młody. Może kilka lat starszy ode mnie.
  – Nie martw się, jesteś już bezpieczna – wyszeptał, odpalając auto.


Obudziłam się, ale nie miałam siły otworzyć oczu. Miałam straszny koszmar. Śniło mi się, że Mike nie żyje. Stwierdziłam, że muszę jak najszybciej się z nim spotkać i go mocno wyściskać. Powoli zwlekłam się z łóżka i udałam się w stronę łazienki. Przetarłam zaspane oczy i wchodząc do pomieszczenia, głośno wrzasnęłam.
  – Co ty tutaj robisz?! Wynocha z mojej łazienki! – zawołałam do półnagiego chłopaka, który zaczął się śmiać. Miał na sobie tylko bokserki.
  – Twojej łazienki? To jest moja łazienka, a ty tu weszłaś, gdy akurat się ubierałem – rozbawiła go cała sytuacja.
 Rozejrzałam się dookoła. Rzeczywiście, to nie był mój pokój i nie moja łazienka. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jestem w kompletnie nieznanym mi mieszkaniu i do tego z obcym chłopakiem. Co ja tu robię? Chyba nie wypiłam wczoraj aż tak dużo...
 Pustka odbijała się po mojej głowie. Wróciłam do sypialni i z rezygnacją usiadłam na łóżko, próbując sobie przypomnieć, co się wczoraj stało i jak do cholery się tutaj znalazłam. W między czasie nieznajomy się ubrał i teraz z zaciekawieniem mi się przyglądał. Wiedziałam, że musiało się stać coś strasznego, że wylądowałam z nim w tym domu. Cholera! Byłam wczoraj pijana, musiał to wykorzystać i...
  – Powiedz, czy my, ten... no wiesz... – wskazałam na nas, a następnie na łóżko. Nieznajomy się uśmiechnął.
  – Nie, byłaś po prostu zrozpaczona i potrzebowałaś pocieszenia, ale nie martw się, nawet palcem cię nie tknąłem. – puścił do mnie oczko i usiadł obok mnie. – Poza tym, przykro mi z powodu twojego kolegi. Byliście chyba blisko. – posmutniał.
 W jednej chwili wszystko wróciło. Cały wczorajszy wieczór, hałas, strzały, krew, tatuaż, mój Micheal. No właśnie, Mike! On nie żyje... I to wszystko moja wina. Gdybym go nie zaciągnęła na tą pieprzoną wystawę, nic by się wtedy nie stało. A teraz? Straciłam najważniejszą dla mnie osobę... Jedynego przyjaciela...
Nie potrafiłam powstrzymać łez cisnących mi się do oczu. Dlaczego on? Czemu nie ja? To moja wina. Moja wina... – te słowa jak echo odbijały mi się o uszy. Nie powinnam była pozwolić mu iść. Płakałam na wspomnienie wszystkich przeżytych chwil, tych zakupów, imprez, wygłupów, obiadów u jego mamy... Właśnie, pewnie teraz siedzi i się martwi, czeka na syna, który nigdy nie wróci...
Nawet nie zauważyłam, kiedy mój wybawca mnie przytulił, a ja wypłakiwałam się w jego koszulkę. Tak, to on mnie uratował. Jednak nie wiedziałam po co. Nie miałam już dla kogo żyć...
  – Po co to zrobiłeś? No powiedz, po co?! – krzyczałam, a on przygarnął mnie mocniej do siebie. – Ciiiii, już dobrze, już dobrze... – powtarzał.
  – Dobrze? Nic nie jest dobrze! Ja go kochałam, co ja wygaduję, ja go nadal kocham! Był dla mnie jak brat! A teraz nie żyje! Trzeba było mnie tam zostawić... Też by mnie zabili i byłby spokój... – próbowałam się uwolnić z jego uścisku, jednak mi na to nie pozwolił. Biłam go pięściami po klatce piersiowej, a on nie reagował. Moje uderzenia były coraz słabsze. Byłam bez sił, nie chciałam żyć. Położył mnie na łóżko, a ja zamknęłam oczy. Po chwili usnęłam...
Gdy się ponownie obudziłam, już wiedziałam gdzie jestem i co się stało. Chłopak siedział w nogach mojego łóżka i przyglądał mi się z wręcz matczyną troską.
  – Jak się czujesz? – zapytał.
  – A jak mam się niby czuć? – odpowiedziałam mu z jadem w głosie. Nienawidziłam, jak ktoś zadawał tak głupie pytania, w takich sytuacjach. Przecież i tak było wiadomo, że czuję się cholernie źle. Więc na co on liczył? Mój przyjaciel nie żyję, a ja jak miałam się czuć?
  – Zjesz coś? – zapytał z nadzieją.
  – Nie. Nie jestem głodna – wypowiadając te słowa obróciłam się plecami do niego. Chciałam, aby dał mi w końcu święty spokój. Chociaż byłam mu w pewnym sensie wdzięczna za pomoc, nie miałam ochoty na dalszą konwersację. Teraz potrzebowałam chwilę spokoju. On nie odpuszczał. Po dłuższej rozmowie dałam się namówić na tosty i gorącą herbatę. Zostawił mnie samą. Wstając, uświadomiłam sobie, że mam na sobie jego koszulkę. Moja suknia leżała na ziemi... Teraz to szkarłat zdobił jej szarość.   Powoli zwlokłam się na dół, oglądając po drodze mieszkanie. Schodząc ze schodów miałam wgląd na salon. Pomieszczenie było dosyć bogato umeblowane. Wyglądało mi to na wielki apartament. Cała zewnętrzna ściana była wykonana ze szkła. Na środku stał biały komplet wypoczynkowy: wielka sofa w kształcie litery „L”, a przed nią stał mały stolik, na którym leżały jakieś czasopisma. Na przeciwległej ścianie, znajdował się wielki plazmowy telewizor. Mój wzrok powędrował za hałasem, dobiegającym z kuchni. Te dwa pokoje były ze sobą połączone, a odgradzał je jedynie stół z sześcioma krzesłami w kolorze sofy. Na jego środku w wazonie, stał bukiet żółtych tulipanów. W kuchni dominowały tylko dwa kolory – biały i czarny. Z resztą, jak i w całym mieszkaniu...
 Gdy weszłam do kuchni, wcale nie byłam głodna. Nawet przeciwnie: było mi coraz bardziej niedobrze. Jednak, jak on powiedział „dla mojego dobra”, zjadłam trochę i wypiłam herbatę. Usiadłam na skórzanej kanapie i podkuliłam nogi, objęłam je rękoma. Nawet nie przeszkadzało mi to, że mam na sobie krótką koszulkę, ledwie zakrywającą mój tyłek. Widząc, że się trzęsę, ciemnowłosy przyniósł mi koc. Wtuliłam się w miękki materiał, jednak nie z powodu zimna się trzęsłam. Dopiero teraz pomyślałam o mojej ciotce. Na pewno martwiła się o mnie i zastanawiała się, gdzie ja się podziewam. Zdarzało się, że nie wracałam na noc, ale zwykle rano już pojawiałam się w domu. Dochodziło już południe...
Bałam się jej reakcji, w końcu to ona się mną opiekowała po śmierci rodziców. Nawet nie pamiętałam jak wyglądali...Zginęli w wypadku, gdy miałam trzy latka. Przygarnęła mnie siostra taty i teraz to ona się mną opiekuje. Pomimo jej nadopiekuńczości, kochałam ją i byłam niezmiernie wdzięczna, że mam kogoś, komu na mnie zależy. Ciotkę Nancy traktowałam jak przyjaciółkę. Różnica wieku nie była aż tak duża, więc rozumiała mnie i wspierała we wszystkim. Nawet w tych pieprzonych wystawach. To właśnie ona pomogła mi doskonalić moje zdolności. Już od małego odwiedzałam różne galerie, fascynując się obrazami. Zawsze mówiłam, że kiedyś to moje obrazy będą wisiały w gablotach, a ludzie będą zachwycać się nimi. No i tak też się stało. Moje obrazy wisiały w galerii, dostępne dla wszystkich, tylko nie dla moich rodziców... Miałam mnóstwo pytań na ich temat, jednak ciotka zawsze odpowiadała mi ogólnikowo. Z początku denerwowało mnie to, jednak z czasem się przyzwyczaiłam. Wiedziałam, że jest jej trudniej ode mnie, gdyż ich znała. Ale miałam z nią dobrze, więc nie marudziłam.
  – Mogę poznać imię dziewczyny, którą uratowałem? – Moje przemyślenia przerwały słowa chłopaka.
  – Alison.
  – Ładne imię, dla pięknej dziewczyny. – uśmiechnął się – Tomas. – Dopiero teraz zauważyłam jego niebieskie oczy. Lśniły jak dwa, błękitne szafiry. Można się było w nich zatracić...
  – Odwiózł byś mnie do domu? – zapytałam, a on przytaknął głową.
Zrzuciłam z siebie koc i szybko poszłam do pokoju w którym spałam. Zrezygnowana usiadłam na łóżku. Moja sukienka była cała we krwi... Tom widząc moją reakcję, otworzył szafę i zaczął w niej grzebać. Schylił się na samą dolną półkę i wyciągnął czarną torbę. Podał mi dres, twierdząc, że powinien pasować, gdyż jest na niego za mały. Ubrałam szary komplet nie ściągając koszulki, w której spałam. Był trochę za duży, ale poza tym, nie był aż taki straszny. Z resztą, prędzej swoim wyglądem odstraszyłabym, niż ciuchami. Siedząc w aucie wdychałam zapach jego perfum, który w miły sposób, łaskotał mój nos.
 Gdy przekroczyłam próg domu, bałam się reakcji ciotki. Uciekłam z miejsca wypadku...morderstwa... Chciałam znów uciec, ale teraz już wiedziałam, że nie ma odwrotu. Trzeba w końcu spojrzeć prawdzie w oczy.
 Znalazłam ją w kuchni, gotowała obiad. Boże... teraz uświadomiłam sobie, kogo tak naprawdę straciłam.
– Micheal nie żyje... – wyszeptałam, zalewając się łzami. Rzuciłam się jej na szyję. Nie pytała o nic, tylko przytuliła mnie do siebie...
I tak oto powstał nasz prolog :D Podzieliliśmy go na dwie części ( 1- seoanaa, 2- kata rina) : *
Mam nadzieję, że wam się spodoba. Zachęcam was do komentowania. Dla nas to bardzo ważne <3
Pozdrawiamy
seoanaa & kata rina

Rozdział zbetowany przez Pamę, za co serdecznie dziękujemy!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz