wtorek, 4 marca 2014

Bella

         Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że cholernie boli mnie głowa. Mieszanie piwa i papierosów z antybiotykiem nie było chyba najlepszym pomysłem. Tom wiedział o moim nałogu, ale przed Gabrielem udawało mi się go dobrze maskować. W torebce zawsze nosiłam paczkę gum i fiolkę perfum. Nie wypalałam dużo wciągu dnia, więc moje wychodzenie nie wzbudzało podejrzeń.
         Naciągnęłam kołdrę na głowę, ponieważ strasznie raziło mnie światło. Wyciągnęłam rękę w poszukiwaniu mojego chłopaka, jednak natrafiłam tylko na puste miejsce. Było jeszcze ciepłe. Nie miałam ochoty wychodzić z miękkiej pościeli, pomimo tego, że wcale już nie chciało mi się spać.
– Dzień dobry, kochanie – przywitał mnie Gabe, wychodząc z łazienki. – Jak się spało?
– Spało może i dobrze, ale głowa mi pęka – pożaliłam mu się.
– Powinienem udusić Toma za to, że pozwolił ci coś wypić. – Widziałam grymas na jego twarzy.
– Nie jestem małą dziewczynką, powinnam sama się pilnować – powiedziałam, stając na ziemi.
         On uśmiechnął się i mnie przytulił. Udałam się w kierunku łazienki, uprzednio zabierając ze sobą ubrania. Zdałam sobie sprawę, że miałam strasznie mało rzeczy, więc przydałyby się jakieś zakupy. Mogłam się założyć, że chłopakom nie spodoba się ten pomysł, ale liczyłam na Jessicę. W końcu była dziewczyną, więc powinna lubić tą zakupową gorączkę.
         Gdy weszłam do kuchni – ubrana i uczesana – była dziewiąta. Pomyślałam, że tym razem ja mogłabym zrobić śniadanie. Po chwili miałam gotowe ciasto na naleśniki.
         Po kuchni rozszedł się smakowity zapach naleśników z czekoladą. Jak na zawołanie wszyscy zaczęli się schodzić. Najpierw Tom, w koszulce i spodenkach do spania, potem już ubrany Gabriel, a na końcu Jessica. Wszyscy mieli roześmiane twarze.
– Powinnaś oszczędzać nogę – rzucił Tomas, a następnie zabrał mi patelnię z ręki. – Dokończę za ciebie.
– Nie jestem kaleką – oburzyłam się.
– Teraz nie, ale jak nie będziesz na siebie uważać, to nią zostaniesz.
         Westchnęłam i zajęłam swoje miejsce. Od myślenia o jedzeniu zapomniałam o głowie, ale w zamian zaczął odzywać się mój brzuch. Gdy dostałam swoją porcję, zjadłam ją najszybciej z pozostałych. Przeciągnęłam się i ruszyłam w kierunku mojej sypialni. Czułam, że mam wenę na namalowanie czegoś naprawdę fajnego.
         Kiedy z ołówkiem w ręku, gapiłam się na pustą kartkę, zdałam sobie sprawę, że chyba się myliłam. Może i miałam ochotę coś naszkicować, ale chcieć nie znaczy móc. Nie miałam pojęcia, co mogłoby się znaleźć na płótnie. Mogłam się założyć, że żaden z chłopaków nie miał ochoty do robienia za modela.
         Usłyszałam pukanie do drzwi, a po chwili ukazała się w nich Jess.
– Nie przeszkadzam? – zapytała.
– Nie, wejdź. Chciałam coś namalować, lecz nie mam zielonego pojęcia, co to mogłoby być – przyznałam.
– Mogę ci chętnie robić za modelkę. Jeszcze nikt nie namalował mojego portretu...
– Naprawdę? – krzyknęłam uradowana. – To wspaniała wiadomość!
W tym momencie do pokoju wszedł Tom.
– Co robicie? – zapytał.
– Malujemy – odpowiedziałyśmy równocześnie.
– Możemy zostawić was same na parę godzin? Musimy coś załatwić...– Denerwował się.
– Ukrywacie coś przede mną? – Miałam podejrzliwy ton głosu.
– Niech jadą – wtrąciła moja koleżanka. – Męskie sprawy. My możemy sobie zrobić babski wieczór.
– Albo cały dzień – Ucieszyłam się.
         Lubiłam spędzać czas z chłopakami, nie mniej jednak wiedziałam, że chwila przerwy dobrze nam zrobi. Poza tym, polubiłam Jessicę. Dobrze jej nie znałam, ale wiedziałam, że możemy się zaprzyjaźnić. Męskie towarzystwo do tej pory mi wystarczało, ale zaczęłam odczuwać brak kogoś o tej samej płci, co ja.
         Zaczęłam kreślić kreski na płótnie. Łatwo mi to szło i po chwili miałam szkic. Wystarczyła godzina, a gotowe dzieło trafiło w ręce dziewczyny.
–To jest wspaniałe! – przyznała. – Szybka jesteś.
         Wzruszyłam ramionami. Czułam satysfakcję, że tak podoba jej się mój szkic. Miałam nadzieję, że nie jest to udawany entuzjazm, chociaż nie spodziewałam się tego po niej. Wyglądała na uczciwego, szczerego człowieka. Godnego zaufania.

         – Jeszcze nigdy nie czułam się tak czysta i zadbana – przyznałam, gdy dochodziła dwudziesta trzecia.
Podczas babskiego wieczoru zmieniła się moja fryzura, wygląd moich paznokci, a na twarzy miałam chyba trzy rodzaje maseczek. Powoli jednak czułam zmęczenie i niepokój. Z paru godzin, o których powiedział mi Tom, zrobiło się kilkanaście, a oni nadal nie dawali znaku życia. Martwiłam się o to, czy nic im się nie stało. Jeszcze nigdy nie wykręcili mi takiego numeru. Wiedziałam, że i tak im się za to oberwie.
         – Tak to miało zadziałać – uśmiechnęła się. – Nie wiem jak ty, ale ja idę spać. Jestem już padnięta.
– Zamierzam zrobić to samo, co ty – powiedziałam, nie do końca z prawdą.
         Gdy wyszła, przebrałam się w krótkie spodenki oraz koszulkę Gabe'a, a następnie usiadłam na parapecie. Jak zwykle, kiedy coś mnie martwiło, patrzyłam się w gwiazdy. Księżyc na niebie akurat był w pełni i wyglądał naprawdę przeuroczo. Uchyliłam okno, a z zewnątrz owiało mnie rześkie powietrze. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że mój chłopak jest obok i mnie przytula. Kilka godzin bez niego, a ja już tęskniłam. Złapałam za telefon w celu sprawdzenia wiadomości i o dziwo, miałam jednego nieodczytanego esemesa.
         Przepraszam Kochanie, że nie ma nas jeszcze w domu, ale na mieście spotkaliśmy starych znajomych Toma i trochę nam się przedłużyło. Nie czekaj na mnie, wrócimy bardzo późno. Kocham Cię.
         Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Tak naprawdę to mu nie uwierzyłam. Czułam, że coś przede mną ukrywają, lecz nie miałam pojęcia co. Postanowiłam, że będę udawać, że wszystko jest okej, że wcale się o nich nie martwiłam. Chociaż korciło mnie, to nic mu nie odpisałam. Chciałam, aby on też za mną trochę potęsknił. Położyłam się do łóżka i zamknęłam oczy.

         –To wspaniałe! – zawołałam, widząc most Harbour.
Gabe wrócił tak późno, że nawet nie zauważyłam jego obecności. Rano przeprosił mnie za tą nieobecność i zapewniał, że się stęsknił. Byłam usatysfakcjonowana jego słowami. Cieszyłam się, że jest już obok mnie. Tak naprawdę wolałam jego od tysiąca Jessic i chciałam, żeby już więcej mnie nie opuszczał. Nawet na godzinę.
         Faceci zabrali mnie na zwiedzanie miasta. Oczywiście do większości miejsc dojeżdżaliśmy samochodem. Mimo tego, że upierałam się, że z moją nogą jest wszystko w najlepszym porządku, to oni bali się, że ją nadwyrężę. Byliśmy w teatrze, operze, a teraz zwiedzaliśmy most. Czułam się naprawdę szczęśliwa, że widziałam te wszystkie rzeczy. To było moje marzenie, a teraz było w trakcie spełniania. Australia. Nadal nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tam jestem. Miałam ochotę wykrzyczeć całemu światu jaka jestem szczęśliwa, na dodatek z kochającym facetem u boku. Jednak z racji tego, że wyglądałoby to dosyć komicznie, starałam się w sobie choć trochę zdusić uczucie. Nie było łatwo.
         – Popatrz na ten sklep – zawołałam do Jess. – A raczej na ten sweterek w środku – poprawiłam się.
– Nie wiem jak ty, ale ja mam ochotę na małe zakupy. – Podzielała mój entuzjazm.
Chłopaki spojrzeli po sobie i równocześnie przewrócili oczami, głośno wzdychając.
– Błagam, tylko nie każcie nam sterczeć przed każdym z nich. – Tom zrobił błagalną minę, a Gabe mu przytaknął.
– No co wy, możecie gdzieś iść, potem się zdzwonimy – powiedziałam, zapominając o wcześniejszych tęsknotach.
– Ja się nią zajmę – rzuciła moja koleżanka.
         Wpadłyśmy w zakupowy szał. Był to duży sklep, trzy piętra ubrań. Starałyśmy się nie przymierzać do trzeciej rzeczy jaka wpadła nam w ręce, ale słabo nam to wychodziło. Co chwilę któraś z nas mówiła coś w stylu „patrz jakie to ładne”, „dobrze bym w tym wyglądała?” lub „muszę to mieć”.
         Kupiłam sobie trzy sweterki, dwie bluzki, dwie pary spodni i parę butów. Do tego okulary, dużą torebkę, której nie mogłam znaleźć w Filadelfii i portfel. Byłam naprawdę zadowolona i jeszcze bardziej wykończona.
– Zobacz, ten chłopak chyba na ciebie leci. Idzie w tą stronę i się na ciebie gapi! – rzuciłam, gdy miałyśmy już wychodzić, na co ona wybuchnęła śmiechem. – To wcale nie jest zabawne... – poskarżyłam jej się.
         Chłopak rzeczywiście szedł w jej kierunku, jednak zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Na przywitanie pocałował ją namiętnie w usta.
– Cześć mała. Z czego się śmiejesz? – zapytał.
– Nie ważne – powiedziała, jeszcze uśmiechnięta. – To jest Brian, mój chłopak – tym razem zwróciła się do mnie.
– Dużo się nie myliłam – zaśmiałam się.
         Brian miał blond włosy i miły uśmiech. Wyglądał na faceta, który jest typem łobuza. Był ubrany w koszulkę z krótkim rękawem, spod której wystawały mocno umięśnione, wytatuowane ramiona. Gdy ściągnął okulary przeciwsłoneczne, spojrzał na mnie mocno szarymi oczami, od których miałam gęsią skórkę na całym ciele. Nie dlatego, że były pociągające, tylko na swój sposób przerażające.
         Podobno podczas pierwszych trzydziestu sekund człowiek ma już pierwsze wrażenie o drugim człowieku. Wiedziałam, że będę nieufna wobec niego i raczej się nie zaprzyjaźnimy.
– ...pomóc. Więc muszę już lecieć, zostawiam was samych – usłyszałam urywek zdań, które wypowiedział blondyn. Dał jej buziaka na pożegnanie i odszedł.
– To co teraz? Dzwonimy po chłopaków? – powiedziałam do niej.
– Najpierw coś zobaczysz.

         Staliśmy przed dużą galerią, a ja nie mogłam uwierzyć, że to właśnie tu.
– Będziesz tak stała i gapiła się z otwartą buzią, czy wejdziesz?– zawołała wesoła Jess.
Zamknęłam usta i wolnym krokiem weszłam do środka. Moim oczom ukazały się przepiękne obrazy. Najwięcej miejsca zajmowały pejzaże. Piękne zielone drzewa, zachody słońca i wielkie jeziora. Najbardziej spodobał mi się obraz przedstawiający klacz i źrebię. Czarny ogier stał na dwóch kopytach, a przednimi wymachiwał w powietrzu. Matka zasłoniła małego swoim ciałem, miała odwagę w oczach. Ta sytuacja była naprawdę wzruszająca. Resztę malunków zajmowały portrety różnych osób.
         W pewnym momencie zobaczyłam kobietę idącą w naszą stronę. Miała ognisty odcień włosów, które sięgały jej do ramion. Zielony cień na powiekach i mocno pomalowane usta.
– Ty jesteś Alison? – Podała mi rękę. Była szorstka w dotyku.
– Miło cię poznać. Widziałam twoje obrazy, masz naprawdę wielki talent.
– Dziękuję. Ale... czy jest on wystarczająco dobry? – Podzieliłam się swoimi obawami.
– Jak najbardziej – uspokoiła mnie. – Jak będziesz podpisywała swoje obrazy?
– Jak to? – nie rozumiałam, o czym mówi.
– U nas każdy wybiera sobie pseudonim artystyczny.
         Zmarszczyłam brwi. Wydawało mi się, że na którymś z obrazów widziałam nazwisko. Jednak nie zastanawiałam się nad tym dłużej. Za bardzo cieszyłam się, że naprawdę się nadaję.
– Wymyślę coś – zapewniłam.
– Dobrze. Jest jeden warunek. Wystawa jest w czwartek o dwudziestej. Mam nadzieję, że do osiemnastej się wyrobisz i mi je dostarczysz. Ma być ich sześć. Wierzę w ciebie i w to, że ci się to uda. Naprawdę masz potencjał i predyspozycje. – Posłała mi przyjacielski uśmiech.
– Dziękuję bardzo. – Miałam ochotę skakać z radości. – Obiecuję, że pani nie zawiodę.
– Nie obiecuj tego mi, obiecaj to sobie. Poza tym, nie mów mi pani. Jestem Jasmine – rzuciła jeszcze, odprowadzając nas do drzwi.
– Widziałaś, widziałaś? – krzyczałam do Jess.
– Spokojnie – uśmiechnęła się. – Przecież ci mówiłam, że mogę ci to załatwić.
– Dobra, dobra. – Przytuliłam ją.
– A to za co? – zapytała.
– Dziękuję – wyszeptałam.
         Zdałam sobie sprawę, że obok nas stał zaparkowany samochód, a w nim chłopcy. Domyśliłam się, że Jessica wysłała Tomowi esemesa. Nie mówiąc nic, wsiadłam do auta. Gabriel usiadł obok mnie i dał mi buziaka na powitanie. Kierowca obrócił się w naszą stronę.
– Mam do ciebie jedną sprawę – powiedział. – Podjedziemy jeszcze w jedno miejsce.
Pokiwałam głową potakująco, dając mu do zrozumienia, że się zgadzam. Nie wiedziałam, co kombinuje, ale byłam zbyt zajęta pokazywaniem mojemu chłopakowi jak się stęskniłam, żeby zawracać sobie tym głowę.
         Po chwili oderwałam się od niego, ponieważ nadal byłam zachwycona miejscem, w którym byłam. Nawet zwykłe budynki mieszkalne były dla mnie cudowne. Nie mogłam się napatrzeć na różne budowle przy drodze. Miasto nie było większe od tego, w którym mieszkałam na co dzień, ale i tak sprawiało na mnie ogromne wrażenie. Zdawało mi się, że powietrze było lepsze, czystsze, a kolory piękniejsze i bardziej wyraziste. Klimat także bardzo mi się podobał. Zadałam sobie sprawę, że w końcu byłam szczęśliwa. Pierwszy raz od śmierci Mike'a byłam naprawę szczęśliwa.

         – Pomóż mi, bo ja naprawdę się na tym nie znam! – W głosie Tomasa wyczułam panikę.
Byliśmy u jubilera, bo chciał zrobić Sophie niespodziankę i kupić jej coś ładnego. Niestety nie wiedział nawet jaki rodzaj biżuterii chce jej podarować. Widząc ogrom przeróżnych błyskotek westchnęłam.
– Może ten pierścionek? – rzucił.
– Oświadczasz się jej? – Zrobiłam podejrzliwą minę.
– Zwariowałaś? – zaśmiał się.
– To lepiej kup jej kolczyki albo... wiem! – krzyknęłam trochę za głośno, aż właściciel obrócił się w moją stronę. – Kup jej bransoletkę – bezwiednie spojrzałam na swoją. Była cudowna.
– Z bransoletek mogę polecić tą. – Jubiler wyciągnął jedną zza szyby. Nie była najtańsza, ale za to warta swojej ceny. Tom spojrzał na mnie pytająco.
– Nie patrz się tak, to jest prezent od ciebie. – Szturchnęłam go w bok. – Ale na twoim miejscu wybrałabym właśnie tą.
         Uśmiechnął się wyraźnie usatysfakcjonowany i zapłacił za swój zakup. Następnie schował go do kieszeni.

*** Tom ***

         Zastanawiałem się, skąd one wszystkie biorą tyle siły, żeby chodzić po sklepach. Zdaje się, że są nie do zdarcia. Cieszyłem się, że nie musiałem w tym uczestniczyć. Co do zwiedzania, to owszem, lubiłem je, ale całodzienne zakupy nie są w moim stylu.
         W łazience umyłem zęby, przebrałem się w koszulkę i spodenki, a następnie wszedłem do mojego pokoju. Z ulgą opadłem na łóżko, a moje myśli powędrowały w kierunku poprzedniego dnia. Razem z Gabrielem musieliśmy objechać okolicę, odwiedzić starych „znajomych” i wypytać o Wandę i jej kolegów. Bałem się o Alison. O to, że może stać jej się krzywda. Nie wiedziałem, czego mój ojciec może od niej chcieć, przecież wcześniej kazał mi ją chronić.
         Odszedłem. Bolało mnie to, co robiłem. Nie byłem taki, jak on. Mój ojciec zawsze był złym człowiekiem. Kiedy dałem mu znać, że zamierzam prowadzić normalne życie, a z tym nie chcę mieć nic wspólnego, to się wściekł. Wpadł w taką furię, że byłem pewny, że mnie zabije. Ten jednak opanował się trochę i po prostu wyrzucił mnie i kazał nie pokazywać sobie więcej na oczy.
          Nie jesteś moim synem. Jego słowa wędrowały po mojej głowie. Zabolało mnie to, aczkolwiek starałem się o tym nie myśleć. Chciałem zacząć nowe życie, tymczasem on mi je znowu utrudniał. Nie chciało mi się wierzyć, że wyznaczył nagrodę za Alis nie z mojego powodu.
         Wracając myślami do czegoś milszego, wsadziłem rękę do kieszeni w poszukiwaniu prezentu dla Sophie. Nie było go tam. Ogarnęła mnie panika. Było to dla mnie ważne, poza tym wydałem na to trochę kasy. Szybko wybiegłem z pokoju.

*** Alison ***

         – Zgubiłem ją! – Tomas wpadł do naszego pokoju, nawet nie pukając.
– Co zgubiłeś? – zapytałam zaspanym głosem, podnosząc głowę.
– Bransoletkę! – krzyknął podenerwowany.
Położyłam palec na swoich ustach, pokazując mu, że ma być cicho, a następnie wskazałam na śpiącego obok mnie chłopaka. Wstałam z łóżka i ubrałam bluzę leżącą na krześle. Pachniała swoim właścicielem. Wyszliśmy na korytarz.
         – Przepraszam, że cię obudziłem, ale naprawdę nie wiem, co mam teraz zrobić. – Wyczułam panikę w jego glosie.
– Nie martw się, znajdziemy ją. Może ci gdzieś wyleciała? Chodź, poszukamy. – Złapałam go za rękę i pociągnęłam korytarzem.
         Odtwarzaliśmy jego drogę. Doszliśmy do samochodu, jednakże nic nie znaleźliśmy.
– Zobacz w środku – zachęciłam go.
Posłusznie wszedł do środka i się odezwał.
– Zawsze muszę coś spier... Jest! Mam ją! – rzucił mi się na szyję i zaczął cieszyć jak dziecko. – Wiedziałem, że mi pomożesz, jesteś niezastąpiona!
– Już nie przesadzaj – zaczęłam ziewać. – Idę spać.

***

         – Nie wierzę w to! – Zmięłam kolejną kartkę i rzuciłam ją na druga stronę pokoju. – Kurwa mać! – przeklęłam po raz tysięczny i kopnęłam leżąca poduszkę.
– Au, a to za co? – Gabriel, który akurat stanął w drzwiach złapał ją w ostatniej chwili.
– Dzisiaj jest środa! Wyrobiłam się ze wszystkim, a ostatni zostawiłam na dzisiaj i nic mi nie wychodzi! Nie wiem, co mam namalować. – Wściekła, spojrzałam na niego.
– Mi Belleza, Bella, nie denerwuj się tak. – Spojrzałam na niego pytająco. – Moja piękna – wytłumaczył.
– Jak mam się nie denerwować? – Przytuliłam się do niego.
– Mam pomysł, zabiorę cię w pewne miejsce.
– Gdzie?
– Zobaczysz – odparł, puszczając mnie.
         Posłusznie spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy, w tym farby i pędzle. Po chwili siedziałam w aucie i zastanawiałam się, dokąd jedziemy. Nie znałam tej drogi, nigdy nią nie jechałam.
         Minęliśmy sawannę, z daleka widziałam chodzące zwierzęta, w tym moje ulubione – kangury. Najbardziej ciekawiło mnie to, w jaki sposób to się dzieje, że noszą swoje młode w torbach na brzuchu. Chciałam zobaczyć jakiegoś z bliska, wszak wiedziałam, że to nie możliwe. Mogłyby nam, lub co gorsza sobie, zrobić krzywdę.
         W oddali zobaczyłam kontury drzew. Nie rozumiałam, po co wiezie mnie w tamtą stronę. Miałam nadzieję, że nie wprowadzi mnie do ciemnego lasu, w którym nic nie widać. Moje obawy okazały się słuszne, kiedy podjechaliśmy bliżej. Zatrzymaliśmy się tuż przed wejściem między drzewa.
         – Resztę przejdziemy piechotą. – Gabriel otworzył mi drzwi, a następnie wziął torbę ze wszystkimi rzeczami.
Westchnęłam i ruszyłam za nim. Wcale mi się to nie podobało. Lasy kojarzyły mi się z wężami, a tych wręcz nienawidziłam. Mimo to sumiennie, patrząc pod nogi, podążałam za moim osobistym przewodnikiem. Złapał mnie za rękę, co dodało mi otuchy.
         Po piętnastu minutach marszu chciałam mu powiedzieć, żebyśmy wracali, ale zauważyłam, że spomiędzy drzew widać jaśniejsze światło. Gabe wyraźnie przyspieszył, więc doszłam do wniosku, że to już blisko.
         Gdy wyszliśmy na polankę, nie wierzyłam własnym oczom. Mimo że była mała, padało tam mnóstwo światła. Wszystko mieniło się, jakby posypano je brokatem. W oddali stała stara chatka grodzona zniszczonym, drewnianym płotem. Wyglądała na naprawdę starą. Widok zapierał dech w piersi. Rzuciłam się ukochanemu na szyję.
– Jak się podoba? – zagadnął.
– Jeszcze się pytasz? – Uśmiechnęłam się. – Jest idealnie, tego właśnie potrzebowałam. Skąd znasz to miejsce?
– Tak jakoś wyszło – odpowiedział, najwyraźniej chcąc uniknąć odpowiedzi.
– Zajrzymy do środka? – widząc jego minę, przyjęłam inną strategię. – Proszę, proszę, proszę! Chyba mi nie odmówisz? – Zatrzepotałam teatralnie rzęsami.
– Eh, no dobra – odparł niechętnie.
         Wzięłam go za rękę i pobiegliśmy w stronę domku. Z płotku złaziła brunatna farba, kilku sztachet brakowało. Drzwi, podobnie jak furtka, były lekko uchylone. Popchnęłam je delikatnie. Zaskrzypiały tak głośno, że aż podskoczyłam ze strachu, co wywołało śmiech u mojego towarzysza. Nie zwracając na to uwagi, powoli ruszyłam dalej.
         Z długiego i wąskiego korytarza wchodziło się do małej kuchni, połączonej z jeszcze mniejszym salonem. Na piecu kaflowym stał czajnik i mały, pusty garnek.Na szafkach leżało jeszcze więcej przedmiotów codziennego użytku. Wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu i pajęczyn.
         Zainteresowałam się zdjęciami wiszącymi na ścianach. Były duże i oprawione w ramkę. To pośrodku przedstawiało kobietę. Miała dwadzieścia parę lat, długie włosy i piękne oczy. Uśmiechała się. Po lewej stronie wisiała fotografia starszego mężczyzny. Miał on siwe włosy i kurze łapki dookoła oczu. Po prawej zaś była przedstawiona dziewczynka, mniej więcej, jedenastoletnia.
– To rodzina, która tu mieszkała. Ta pani to matka, jeszcze jak była młoda, jej mąż, który zginął jak jej córka była mała.
– Skąd ty to wszystko wiesz, co? – zapytałam, całując go.
– Ja wszystko wiem – powiedział między pocałunkami.
         Nagle usłyszałam jakiś dziwny dźwięk dobiegający z innego pomieszczenia. Przerażona zaczęłam uciekać, ciągnąc za sobą mojego chłopaka. Szybko wybiegliśmy na zewnątrz. Zmęczona obróciłam się w kierunku drzwi i wtedy z nich wyskoczył wielki opos. Był biało–szary, nie licząc czarnych uszu i łapek. Oczy miał wielkie i wyłupiaste, zdawało się, że robi zeza. Miał też długi ogon. Popatrzył się na nas, prychnął głośno i uciekł. My natomiast wybuchnęliśmy śmiechem.
– Gdzie masz swoje rzeczy?
– Zostały – odpowiedziałam i poszłam do miejsca, którym weszłam na polanę.
         Podobało mi się tam. Wyjęłam wszystko, co potrzebowałam i zaczęłam malować. Na początku zdawało się, że to tylko kreski nie mające ze sobą nic wspólnego. Dopiero po chwili zaczęły się ukazywać kształty. Namalowałam najpierw chatę, część płotu, a potem otoczenie, czyli drzewa, które były cudowne. Gdyby nie to, że mogły się tam czaić węże, mogłabym częściej odwiedzać lasy.

*** Gabriel ***
         – Uważasz, że All powinna iść na tą wystawę? – Podzieliłem się moimi obawami z przyjacielem.
Moja dziewczyna w łazience szykowała się na wystawę, a ja byłem pełny obaw. Ukrywaliśmy przed wszystkimi, gdzie ona jest, a takie wydarzenie jest publiczne. Bałem się, że może przyjść na nie ktoś, kto ją rozpozna lub, co gorsza, rozpozna i porwie, a ja nie będę mógł nic z tym zrobić. Ręce mi się trzęsły.
– Spokojnie. Nie możemy trzymać jej pod kluczem. Poza tym będziemy cały czas tuż obok. – Pocieszył mnie.
– Wiem, ale i tak się boję, że pojawi się tam ktoś, kto nie powinien się pojawić.
– Nawet jeśli byśmy chcieli, aby tam nie szła, jak byś jej to wytłumaczył? – Poczułem jego dłoń na moim ramieniu.
         Westchnąłem. Wiedziałem, że nie mógłbym jej tego zrobić. To był jej dzień. Poza tym, było mało prawdopodobne, że pojawi się ktoś niechciany. Zadbaliśmy o to, żeby Alis podpisywała się pseudonimem. Zgodziła się na Bella. Ludzie zapewne będą myśleć, że jest to imię. Dla mnie oznaczało to po prostu PięknaMoja piękna.

***Alison***

         Jechaliśmy, a ja bałam się, że się spóźnię. Do osiemnastej zostało tylko pięć minut, a nas jeszcze tam nie było. Nie wiedziałam, co by się stało, jakbym nie przywiozła tego obrazu na czas. Na pewno Jasmine nie byłaby zadowolona. Nerwowo przygryzałam wargę.
         Okazało się jednak, że moje obawy były bezpodstawne. W drzwiach stanęliśmy za dwie szósta. Denerwowałam się, ponieważ nie wiedziałam, czy ludziom spodobają się moje obrazy. Nie była to moja pierwsza wystawa, mimo tego byłam pełna obaw. Chciałam, żeby było już po wszystkim, żebym mogła wrócić do domu. I żeby każdy wyszedł z tego żywy.
– Czekaj. – Zatrzymał mnie Gabe. Stanęliśmy przed drzwiami, a Tom wraz z Jess weszli do środka, zostawiając nas samych.
– Gabriel, spóźnimy się– marudziłam. Chłopak wyciągnął coś ciemnego z kieszeni i założył mi to na twarz. Była to mała, czarna maska, zasłaniająca moje oczy. Poczułam się w niej pewnie. Nikt nie wiedział kim tak na prawdę byłam i jak wyglądam. Byłam nieznanym i tajemniczym artystą. Podziękowałam mu, składając namiętny pocałunek na jego ustach. 
         – Alison! Jesteś, a już się bałam, że dopadł cię stres i się nie pokażesz. W końcu to twoja wystawa. – Powitała mnie wesoła. Oderwałam się od chłopaka i spojrzałam na nią. Wcale nie była zła.
– Przepraszam, że tak późno, ale malowałam ostatni o...
– Nie tłumacz się – przerwała mi. – Nie gryzę i nie będę krzyczeć – mrugnęła do mnie.
         Zabrała mi z ręki malunek i odeszła. Postawiła go na samym środku wystawy, do której zostały dwie godziny. Po sali krzątało się kilkanaście osób. Szykowały stoły: na przekąski i malowidła, dokładnie sprzątały i wykonywały wszystkie potrzebne czynności. Byłam z siebie dumna. Zastanawiałam się, czy talent odziedziczyłam po rodzicach. Możliwe też, że po dziadkach, lecz tego nie wiedziałam. Nie znałam ani jednych, ani drugich.

         Gdy nadeszła dwudziesta, zżerały mnie nerwy. Starałam nie dać tego po sobie poznać, lecz czułam, że marnie mi to wychodziło. Znowu miałam być w centrum uwagi. Oczywiście nie tylko ja. Oprócz mnie stały tam także dzieła sztuki dwóch osób. Kobiety i mężczyzny. Kobieta o pseudonimie „Puan Malam”, co miało oznaczać po malajsku „Pani Nocy” stała obok mnie i się uśmiechała. Spojrzała na mnie tylko raz, wzrokiem pełnym pogardy i wyższości. Ten jeden moment wystarczył, że wiedziałam, iż jej nie lubię. Nawet bardzo.
         O dziwo, mężczyzny nie było. Zjawił się tuż przed rozpoczęciem. Miał brązowe włosy, zielone oczy i lekki zarost. Można było powiedzieć, że był przystojny. Nawet bardzo. Przywitał się z Panią Nocy. Było widać, że się znają. Podszedł także do mnie.
– Witaj, jestem Josh. – Podał mi rękę.
– Alison. – Zza jego pleców widziałam ciekawskie spojrzenia moich towarzyszy.
Air Tenang brzmiał jego pseudonim. Cicha woda. Ciekawe.
– Bella, czyli po hiszpańsku piękna? Nasza towarzyszka to Amy. Mam nadzieję, że była miła. Nie ufa obcym – zagadnął.
– Nie miałyśmy okazji się poznać – przyznałam. – Czemu akurat malajski? – zapytałam zaciekawiona.
– Ciekawie brzmi. Ciebie nazwałbym Kecantikan.
– Jestem Gabriel. – Chłopak wyrósł nagle obok mnie, aż podskoczyłam. – Chłopak Alis –wypowiedział z naciskiem na „chłopak”.
– Nie będę zajmował więcej czasu. – Szatyn bardzo szybko się wycofał i poszedł do swojej siostry.
         Zaśmiałam się. Bardzo słodko wyglądał, jak był zazdrosny. Pomyślałam, że naprawdę mnie kocha. Miałam tylko nadzieję, że głupek nie pomyślał, że chociaż spojrzałabym na innego.
– Z czego się śmiejesz? – zapytał.
– Z ciebie. Kocham cię – przytuliłam się do niego. – Wiesz co oznacza Kecantikan?

– To samo, co Bella – mówił przez zaciśnięte zęby, a ja po raz kolejny się zaśmiałam.

Rozdział zbetowany przez Pamę, za co serdecznie dziękujemy! :D
Tak więc, wyrobiłam się! Z czego jestem bardzo dumna :D Miałam ferie, teraz niestety jest ich koniec :c no ale trzeba żyć dalej... Mam nadzieję, że rozdział nie jest napisany zbyt mętnie. Nie miałam pomysłu na pseudonimy, więc wymyśliłam to, co jest. Nie marudzę więcej.
Pozdrawiam,
Katarina 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz