środa, 19 marca 2014

Sadysta

               Byłam zrozpaczona. Czułam, że wszyscy się ode mnie odwrócili... Gabriel najpierw mnie po chamsku spławił, a potem przyszedł do mnie i bez przyczyny uderzył mojego znajomego; Tomas olał mnie bez powodu, a Josh wkurzył się i uciekł do swojego mieszkania. Martwiłam się o niego, bo od moich do jego drzwi prowadził krwawy ślad. Bałam się, że było mu coś naprawdę poważnego. Na dodatek mój przyjaciel miał wyłączony telefon. Zaklęłam i weszłam do siebie.
Nie minęło piętnaście minut, a usłyszałam pukanie do drzwi. Gdy je otworzyłam, stał w nich mój sąsiad.
To ty pukałaś? – zapytał, jak gdyby nigdy nic.
Tak, to ja. Nic ci nie jest?! – Mierzyłam go wzrokiem, ale nie znalazłam najmniejszego uszczerbku jego ciała.
Nie otwierałem, bo musiałem zatamować krwotok z nosa. Nie chciała przestać lecieć – westchnął. – Przez twojego chłopaka – dodał jeszcze.
Ja cię naprawdę przepraszam. Nie wiedziałam, że tu przyjdzie i, że będzie mu przeszkadzało, że ze mną siedzisz. Naprawdę cię przepraszam – tłumaczyłam się jak dziecko.
Cii – przerwał mi. – To nie twoja wina. – Zamiast ja jego pocieszać, on pocieszał mnie.
Może i nie moja, ale nie wiem, co się z nim dzieje. Czasami wydaje mi się, że wcale go nie znam. On taki nie jest... Chyba...
– Nie płacz – powiedział.
                 Na początku nie zrozumiałam, o co mu chodziło. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że płakałam i to przez mojego chłopaka. Zdarzyło mi się to pierwszy raz: zastanawiałam się, jak można płakać przez jakiegoś idiotę. Teraz rozumiałam, bo to był mój idiota. Postanowiłam jednak, że nie będę użalać się nad sobą. Kochałam go i byłam pewna, że to się wyjaśni. To była bezpodstawna zazdrość, a ja nie zrobiłam nic złego, więc wiedziałam, że się pogodzimy.
Wejdziesz? – zapytałam, odsuwając się od drzwi.
Już jest za późno, więc lepiej pójdę spać. Do siebie – dodał po chwili, wskazując na wejście do jego mieszkania.
Przytaknęłam i rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę.
                Usłyszałam jakiś huk. Zdezorientowana otworzyłam oczy. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że jestem u siebie w pokoju, w swoim łóżku, w nowym mieszkaniu. Była jedenasta. Włączyłam telefon i przejrzałam wiadomości. Trzydzieści dwa nieodebrane połączenia od Toma i dwa od Gabe'a. No i esemesy. Kilka od mojego chłopaka z przeprosinami, a cała reszta od jego przyjaciela z zapytaniem, co się stało.
Usłyszałam znowu ten dźwięk. To ktoś dobijał się do drzwi. Powolnym krokiem wstałam i poszłam zobaczyć kto to. Wyjrzałam przez judasza i zobaczyłam Toma, który rozmawiał przez telefon.
Jak to nie denerwuj się?! – krzyczał. – Wczoraj dostałem od niej esemesa z prośbą o pomoc. Jak się obudziłem to zostawiłem Sophie i przybiegłem do niej, a ona nie otwiera! – tu zrobił dłuższą pauzę. – Dobra, masz rację. Wkurzy się, jak jej wyważę jej drzwi.Kolejna pauza. – Dobra, już do ciebie jadę, zobaczymy, co dalej.
No tak, głupi esemes. Z jednej strony żałowałam, że mu go wysłałam, ale strasznie bałam się o Josha. Z drugiej cieszyłam się, że go obchodzę. Wolnym krokiem udałam się w stronę balkonu.


***Tomas***

               Zszedłem na dół i wsiadłem do samochodu. Strasznie bałem się o Allis. Najgorsze było to, że to przez moją przeszłość mogła stać jej się krzywda. To właśnie przeze mnie nie mogła żyć normalnie, chociaż o tym nie wiedziała. Ruszyłem w kierunku domu z nadzieją że w końcu się odezwie. Chciałem również, aby Sophie nie była na mnie zła. Wychodziłem, gdy ona jeszcze spała, więc mogła pomyśleć, że zostawiłem ją i uciekłem. Ja nie byłem taki. Chociaż może?
Moje rozmyślania przerwał dźwięk esemesa. Zerknąłem na ekran. Allis. Szybko zjechałem na pobocze i przeczytałem jego treść.
Zostawcie mnie w spokoju. Ty i Twój kolega.
Zakląłem. Próbowałem do niej zadzwonić, ale mnie odrzuciła i wyłączyła telefon.
Ty idioto! – pozdrowiłem przyjaciela, wchodząc do domu. – Ty pieprzony idioto!
Znalazłem go w kuchni. Stał przy oknie. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej.
Stary, co się stało? – spytał zaskoczony.
– Co się stało?! – wyrzuciłem. – Lepiej powiedz, co jej zrobiłeś! – ledwo panowałem nad sobą.
Nic jej nie zrobiłem! O czym ty gadasz?! – zrobił krok w moją stronę.
Wyładowałem swoje emocje wymierzając mu celny prawy prosty. Zatoczył się i upadł na ziemie; od razu się podniósł i rzucił na mnie. Tarzaliśmy się po ziemi, próbując się wzajemnie pozabijać. Z racji tego, że w walce wręcz byłem trochę lepszy od niego, zaraz znalazłem się na nim. On oczywiście skutecznie się bronił, bo był prawie tak dobry jak ja. Po chwili udało mu się zmienić pozycję. On od razu wstał i podniósł ręce do góry, dając mi do zrozumienia, że się poddaje.
Dowiem się, o co ci dokładnie chodzi? – spytał zdyszanym głosem. Gdy pokazałem mu esemesa, nie mógł uwierzyć.
Dowiem się, co się wczoraj stało? – starałem się być spokojny.
Przyszedłem do niej, a ona siedziała z tym Jake'iem.
Josh'em – poprawiłem go, a on wrogim spojrzeniem dał mi do zrozumienia, że nie jest to teraz ani trochę ważne.
Oglądali telewizor i pili piwo. Jeszcze trochę, a zaczęliby się przytulać! Tak mnie to zdenerwowało, że dałem mu po pysku, a ona wyrzuciła mnie! Rozumiesz to? – powiedział smutnym głosem.
Tylko tyle? – nie dowierzałem.
A co sobie myślałeś? Że ją zgwałciłem, albo coś w tym stylu? Stary, ja ją kocham! – Popatrzył na mnie wzrokiem zbitego psa, aż było mi go szkoda.
Uważasz, że cię zdradziła? – podsunąłem pomysł.
Nie wiem. Ufam jej...
Masz rację. Ona nie jest taka – przyznałem. – Obiecuję ci, że znajdziemy ją i wszystko sie wyjaśni – obiecałem. – Ale najpierw zajmijmy się twoim okiem. Zobacz jak wyglądasz – dodałem.
Całe oko robiło mu się fioletowe i zaczynało puchnąć. Wiedziałem, że All się to nie spodoba...

***Allison***


                Gdy zgasiłam kolejnego papierosa, znów usłyszałam pukanie. Westchnęłam i powoli zobaczyłam kto to. Mój sąsiad ładnie ubrany czekał, aż mu otworzę.
Hej – rzuciłam na przywitanie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jestem nieuczesana i w piżamie.
Och, mam nadzieję, że cię nie obudziłem – posłał mi przyjacielski uśmiech.
Nie, wstałam jakieś pół godziny temu – przyznałam. – Wejdziesz?
Hm – zaczął. – Może od razu przejdę do rzeczy. Chciałbym, abyś bliżej wieczora poszła ze mną do klubu. O ile to nie jest dla ciebie problem...
Wiesz co? Powiem ci szczerze, że po wczorajszych wydarzeniach nam obydwu się to przyda.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że naprawdę tego potrzebuję, ponieważ gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, łzy pociekły mi po policzkach. Byłam wykończona, mimo że dopiero wstałam. Miałam ochotę się trochę napić. No dobra, chciałam upić się do nieprzytomności i przez chwilę zapomnieć o wszystkim.
***
                Godziny ciągnęły mi się niemiłosiernie, ale w końcu nadeszła osiemnasta. Teraz stałam przed małym klubem. Na sobie miałam czerwoną sukienkę, a do tego szpilki i kopertówkę w tym samym kolorze. Włosy spięłam w nieładzie, a twarz pokryłam lekkim makijażem. Josh odkąd mnie zobaczył, posyłał mi komplementy. Chciałam, aby na jego miejscu znalazł się mój ukochany, ale w głębi serca wiedziałam, że było to niemożliwe.
To tutaj – powiedział. – Coś nie tak? – odezwał się, widząc moją minę.
Znałam ten klub. Byłam tam raz i wcale mi się nie podobało. Drętwa muzyka i ludzie bez poczucia rytmu sprawili, iż żałowałam, że tam poszłam. Nie miałam ochoty znaleźć się kolejny raz w takiej sytuacji.
Wiesz co, znam lepsze miejsce, aby się dobrze bawić. Stąd mam, hm, jakby to powiedzieć, złe wspomnienia.
Nie ma sprawy, dawno nie byłem nigdzie indziej. Przyda mi się jakaś odmiana – rzucił w momencie, gdy zatrzymał taksówkę. Z racji tego, że było to trzy przecznice dalej, dojazd zajął nam tylko chwilę.
                Gdy wreszcie dostaliśmy się do środka, od razu poleciałam do baru. Wypiliśmy kolejkę. Już po tej jednej małej porcji alkoholu poczułam się trochę lepiej. Czułam też piekące ciepło w żołądku. Chwilę potem wskoczyłam na parkiet. Okazało się, że Josh jest doskonałym tancerzem. Umiał się poruszać, nawet śmiałam powiedzieć, że lepiej niż Tom i Gabe. Cieszyłam się, że go poznałam. Mimo tego, że nic o nim nie wiedziałam, lubiłam go. Tak po prostu. W głębi duszy czułam, że jest dobrym człowiekiem.
Po czwartym drinku oznajmił mi, że ma dość. Nie chciał więcej pić; w przeciwieństwie do mnie.
Może pójdziemy tam, gdzie mieliśmy pójść na początku – zapytał z nadzieją w głosie.
Ale ja się tutaj dobrze bawię – kategorycznie zaprotestowałam. – Podoba mi się. Poza tym mam ochotę się wyszaleć a tam, jakby to powiedzieć, ludzie są bardziej spokojni. Przyniosłabym ci tylko wstyd.W przeciwieństwie do mnie, nie podobało mu się tu. Po prostu nie był typem faceta, który jest wariatem i wygłupia się przy każdej okazji. – Nie chcę psuć ci zabawy. Idź, jak chcesz, ja sobie poradzę.
Nie zostawię cię samej – zaczął.
Jestem już duża, nie musisz mnie pilnować.Klepnęłam go w plecy. – Poza tym, widziałam gdzieś tu swoich znajomych – skłamałam.
Chyba, że tak. Mam tylko nadzieję, że nie będę miał cie na sumieniu.
Pożegnaliśmy się, a on odszedł. Westchnęłam, ponieważ wolałam bawić się z kimś niż sama. Po następnym drinku cały smutek i żal mi przeszedł. Zaczynało mi przyjemnie szumieć w głowie.
                   Poczułam na sobie czyjś wzrok. Odwróciłam się w jego poszukiwaniu i natrafiłam na chłopaka. Był mniej więcej w moim wieku. Wyglądał przyjaźnie. Nawet nie wiedziałam kiedy, a znalazł się tuż obok mnie.
Po jednym dla mnie i dla tej pięknej pani – powiedział do barmana.
Jak ci na imię? – Spoglądał mi prosto w oczy.
Megan – skłamałam. Nie widziałam potrzeby zawierać nowej znajomości.
Ian – posłał mi uśmiech. – Zatańczymy?
Już po chwili tańczyliśmy. Denerwowało mnie to, że co chwila niby przypadkiem jego ręka ocierała się o mój pośladek.
Idę do łazienki – rzuciłam, zostawiając go samego.
Gdy weszłam do środka, oślepiło mnie światło. Pomieszczenie nie było zadbane, wolałam załatwić się gdzieś za śmietnikiem, niż tam. Ściany były całe popisane, a koło ubikacji leżała zużyta prezerwatywa. Na szczęście z kranu leciała czysta woda. Nachyliłam się nad zlewem, aby umyć ręce. Gdy się podniosłam w pękniętym lusterku ujrzałam postać. Obróciłam się.
Przestraszyłeś mnie – powiedziałam nie tak spokojnie, jak chciałam. Ian stał przede mną, jednak nie powiedział nic. Bałam się. Czułam, że się pocę, a serce wali mi jak u królika. – Pójdziemy potańczyć dalej? – zapytałam, mając złudne nadzieje, że nie chce zrobić mi krzywdy.
Nigdzie nie pójdziemy – powiedział twardym, spokojnym głosem. – Zabawimy się. Tu. I. Teraz – robił przerwy między wyrazami.
                Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Bałam się tak, że sparaliżowało mnie. Podszedł do mnie bliżej, a ja zamknęłam oczy. Próbowałam zebrać myśli, ale nie bardzo mi wychodziło. Gdy jego ręka wylądowała na moim udzie i posuwała się w górę, ogarnęło mnie obrzydzenie. Jego usta były coraz bliżej mojej szyi. Nie wytrzymałam i zwymiotowałam prosto na niego.
                      Był tak zaskoczony, że odskoczył ode mnie. Wykorzystałam chwilę nieuwagi i zaczęłam uciekać. O dziwo, nikt nie zwracał uwagi na moją zapłakaną twarz, ani na słowa "pomocy". Biegłam co sił w nogach. Odruchowo złapałam się za kieszeń w poszukiwaniu telefonu, ale zdałam sobie sprawę, że jestem w sukience, a torebkę zgubiłam gdzieś po drodze. Chciałam uciec za budynek, ale gdy tylko skręciłam w uliczkę alkohol dał o sobie znać. Nogi mi się poplątały i wylądowałam na twardym betonie. Czułam, że zdarłam sobie kolana i dłonie, jednak nie to było moim priorytetem. Chciałam żyć.
Myślałaś, że mi uciekniesz? – powiedział spokojnie, a ja wiedziałam, że już mu nie ucieknę. Bardzo chciałam, ale nie miałam najmniejszej szansy. Skuliłam się i mocno zacisnęłam nogi razem.
***Gabriel***

Wybiegliśmy z klubu. Bałem się, że będzie za późno.
Allis! – zawołałem. – Allis!!
Tu jest! – był to głos Toma. Odwróciłem się i cofnąłem kawałek. Zobaczyłem ją leżącą na ziemi i jakiegoś typa, który się do niej dobierał. Myślałem, że pęknie mi serce. Taki widok był jednym z najgorszych, jakich się kiedykolwiek obawiałem. Ogarnęła mnie fala złości. Chciałem go zabić gołymi rękami, ale przyjaciel mnie wyprzedził.
Złapał go, ściągnął z niej i cisnął o ścianę. Gdyby nie powaga sytuacji, pomyślałbym, że to jak w matrix'ie. Ja podbiegłem do mojej ukochanej. Miała mocno zaciśnięte powieki.
Słyszysz mnie? – wyszeptałem. – Kochanie...
Zabierz ją stąd! – był to raczej rozkaz, niż prośba Toma.
Ale – zacząłem.
Nie ale, tylko bierz ją i jedź do domu! Ja się nim zajmę, a potem wezwę taksówkę i też przyjadę. Ewentualnie zadzwonię po ciebie. A teraz jedź! – pospieszył mnie.
                Wziąłem ją na ręce i przytuliłem do siebie. Spojrzałem jeszcze na winowajcę. Leżał cały we krwi, a mój przyjaciel okładał go pięściami. Czym prędzej pobiegłem do auta. Miałem tyle adrenaliny w żyłach, że wcale nie czułem jej ciężaru. Wydawała się ważyć tyle, co nic. Położyłem ją na tylne siedzenie i z piskiem opon ruszyłem w stronę mieszkania.

***Allison***

                    Otworzyłam oczy. Leżałam w samej bieliźnie w łóżku Gabe'a. Wszystko mnie bolało. Spojrzałam na swoje dłonie: były całe pozdzierane, tak samo jak kolana. Wtedy przypomniałam sobie co się stało. Postanowiłam, że nie będę płakać. Wzięłam sobie spodnie dresowe i koszulkę z szafy, wiedziałam, że się nie obrazi, jak pożyczę, i udałam się w kierunku łazienki.
Gdy byłam czysta, czułam się trochę lepiej. Poszłam do kuchni. Na mój widok wstali równocześnie i powiedzieli:
Jak się czujesz?
Gdyby nie to, że chciało mi się płakać, wybuchnęłabym śmiechem.
Chyba dobrze. Sama nie wiem...
Żaden z nich do mnie nie podszedł. Stali i gapili się na mnie, jak w obrazek.
Co z twoim okiem? – rzuciłam.
Spojrzeli po sobie i znów równo powiedzieli, tym razem inne słowa.
Dostałem drzwiami.
Huśtał się na krzesełku.
A teraz chcę usłyszeć prawdę – powiedziałam.
Huśtałem się na krzesełku.
Wpadł na drzwi.
Znów spojrzeli po sobie, karcąc się wzrokiem.
No dobra. Ja dałem mu w pysk.
Za co?! – zapytałam oburzona.
Dostałem tego twojego esemesa... – przyznał Tom. – Najpierw tego o pomocy... Byłem wtedy u Sophie... Ja... spędziłem z nią noc i odczytałem go dopiero rano. Od razu poszedłem do ciebie, ale mi nie otworzyłaś. Gabe mnie uspokoił przez telefon. Potem jednak dostałem kolejną wiadomość, tym razem napisałaś, że nie chcesz nas znać. To pomyślałem, że to on coś ci zrobił – wskazał na przyjaciela. – Przyszedłem i dałem mu w pysk. Niesłusznie.

***Tomas***
                       Otworzyłem komórkę i wszedłem do środka. Od razu poczułem zmianę temperatur. Od betonowych ścian czuć było chłód, na dodatek powietrze było strasznie wilgotne. Podszedłem do kupy szmat leżącej w rogu. Nie ruszała się, więc kopnąłem z całej siły. Usłyszałem wyczekiwany okrzyk bólu.
Wstawaj śmieciu – powiedziałem, aby dobrze pamiętał ten głos po śmierci.
Mimo tego, że obiecałem sobie, że już nie dokonam niczego, co miało związek z mafią, musiałem go skrzywdzić. Gdybym tego nie zrobił, żałowałbym do końca życia. Frajer chciał zgwałcić moją Allison, więc musiał się doigrać. Chciałem pokazać całemu światu, że ma się trzymać od niej z daleka. Miała mnie, Gabe'a, parę koleżanek i ciotkę. W tym gronie nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo. Tego Josha też się musiałem pozbyć, chociaż nie wiedziałem, jak mam to zrobić. Wrzuciłem niejakiego Ian'a do samochodu i zablokowałem drzwi. Następnie udałem się w kierunku większego skupiska drzew.
                           Droga zajęła mi trochę ponad pół godziny, ale wiedziałem, że się opłaci. Wyciągnąłem go, a on mocno spadł na trawę. Wyjąłem mój ulubiony nóż, który kiedyś pokaleczył niejedną osobę. Zamiast go zabijać, rozciąłem węzy na nogach i knebel z ust, który przesiąkł śliną. Do kostki przywiązałem kilkumetrową linę.
Idź – nakazałem.
Frajer oczywiście musiał skorzystać z okazji i spróbować uciec. Pozwoliłem mu się rozpędzić, a następnie z całej siły pociągnąłem za koniec liny. Gościu z impetem uderzył o ziemię. Przez to, że miał związane ręce, nie mógł się podeprzeć i chyba złamał sobie nos.
Naprawę myślałeś, że pozwolę ci uciec? – powiedziałem z nutą kpiny w głosie. – Idź do przodu i lepiej na razie nic nie rób, bo będzie z tobą źle – mocnym szarpnięciem postawiłem go na nogi.
Posłusznie wykonał mój rozkaz. Od czasu do czasu dla zabawy powtarzałem numer z przewracaniem go i za każdym razem było to równie śmieszne. Jak na głupim filmiku, który trwa zaledwie pięć sekund. Replay, replay.
Stój – rozkazałem, po półgodzinnym marszu. – Tutaj, pod drzewem.
Nie rób mi krzywdy.Okazało się, że jest cały zasmarkany, a oczy ma zapuchnięte nie tylko od bicia.
To nie motyw rabunkowy. Swoim szlochem tylko ostrzysz moje noże – zacytowałem słowa piosenki.
Podobało mi się to. Czułem się, jak za starych dobrych czasów. Taka adrenalina i cierpienie innych było uzależniające. To musiał być mój ostatni raz. Chyba że, znów groziłoby coś All.
Kopnąłem go z całej siły w brzuch, a on zgiął się w pół.
Jak się nazywasz? – zapytałem.
Ian Barrow.
Kłamiesz.Znowu kop w brzuch. – Nazwisko.
Barrow.
Cios w brzuch.
Nazwisko.
Barrow.
Cios w brzuch.
Nazwisko.
Barrow.
Uśmiechnąłem się, bardziej do siebie, niż do niego.
Wiem, że nie kłamiesz. Sprzedał byś własną matkę, aby uratować skórę. Ale tak przyjemnie się ciebie bije. Tak mi przykro.
Tym razem biłem go tak długo, aż przestał oddychać.

***
Rozdział zbetowany przez Pamę, za co serdecznie dziękujemy! :D
***
Napisałam to w jeden dzień, w pośpiechu, więc nie dość, że mało, to jeszcze niezbyt ciekawie. Następny będzie Seoaany, więc nadrobi za mnie, bo ma większy talent niż ja. Mam małe trudności, ponieważ nie mam komputera i nie wiem kiedy go będę miała, więc nie mam na czym pisać rozdziałów. Postaram się jednak to robić.
Pozdrawiam,





1 komentarz:

  1. świetny rozdział jak każdy ;) ale okropna czcionka i bardzo źle się czyta tak na przyszłość :)

    OdpowiedzUsuń