piątek, 11 lipca 2014

She's gone, forever.

 ALISON



                   Nie wiem jak długo znajdowałam się w łazience, ale gdy wyszłam chłopaki właśnie pakowali nasze bagaże do samochodu. Bez słowa wsiadłam do niego i zajęłam miejsce z tyłu- sama. Moje poliki szczypały od nadmiaru łez, a w głowie mi strasznie pulsowało. Przyćmiewało to racjonalne myślenie, dlatego po chwili odezwałam się do nich, pytając o Sophie.

- Max ją zabrał- wyjaśnił ogólnikowo, nie zagłębiając się w szczegóły. Ja też nie pytałam. Skoro była z Max'em, była bezpieczna, a ja nie chciałam z nimi rozmawiać. Może to nawet trochę egoistyczne z mojej strony, ale byłam na nich zła. Albo na siebie?
                     Przecież tyle im zawdzięczam... Zawsze są gotowi mi pomóc. A ja? Ja po prostu byłam...bezradna. Tego właśnie nienawidziłam w sobie. Nic nie potrafiłam. Byłam jak dziecko, które cały czas potrzebuje czyjeś opieki. Do tego sama sprowadzałam na siebie kłopoty. Powinnam była być im wdzięczna za to co robią. Przy nich czuję się bezpieczna.
Więc dlaczego nie powiedziałam im o karteczkach z groźbami? Może dlatego, że wszystko wydawało się być w porządku? Tom był szczęśliwy z Soph, ja z Gabrielem... do tego znalazłam idealną pracę i mieszkanie. Więc czego chcieć więcej? Ach! I nasz wyjazd! Z jednej strony był on ucieczką od tych gości, ale zaliczał się też do pewnej formy rozrywki i odpoczynku.
                     Jazda wydawała się szybka. Za szybka. Kilkadziesiąt mil przejechaliśmy w kilka godzin, które zaś ciągnęły się jak minuty. Wsiadając był ranek, teraz zaś środek nocy. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, aby chłopaki zmienili się za kierownicą. Oczywiście, tak było szybciej.
Zatrzymaliśmy się przed jakimś motelem. Nie wyglądał najlepiej, ale nie skomentowałam tego. Poczekałam cierpliwie, aż chłopaki wysiądą z auta i, gdy zajęli się bagażami, ja powoli wyślizgnęłam się z jego wnętrza. Gabe dostrzegł mnie i złapał za ramię, gdy przekraczałam próg hotelu. Nie odwróciłam się, tylko spuściłam głowę w dół. Wsunął mi klucz do dłoni i puścił. Od razu ruszyłam do windy. Zanim metalowe wrota się zamknęły, zdążyłam wzrokiem omotać hol z recepcją. Starszy mężczyzna z wyraźną nadwagą, siedział, czytając jakąś starą gazetę. Przy drewnianym biurku brakowało kilku liter w słowie "Recepcja". Czerwony dywan, którym wyścielono to pomieszczenie, już dawno stracił swój kolor. Teraz bardziej przypominał brązowy z licznymi dziurami. Mały zestaw mebli, zapewne też już nie należał do najnowszych. I pewnie to od nich śmierdziało stęchlizną. W połączeniu z potem tego grubasa, tworzyło naprawdę mieszankę wybuchową. Zauważyłam jeszcze kilka obrazów na tej ścianie, z której tapeta powoli schodziła. Wszystko było stare i zniszczone, ale o dziwo- winda wydawała się być nowa.
Spojrzałam na kluczyk, do którego przyczepiono brelok z numerem pokoju. Nacisnęłam pierwsze piętro, licząc, że właśnie tam znajduje się pokój "9".
                 Gdy drzwi windy się otworzyły, wystrój całkowicie się zmienił. Nie przypominał tego z parteru, wręcz przeciwnie. Nowoczesne lampy ścienne rozświetlały co rusz to inne dzieło. Nie był jakoś ustrojony, ale zadbany. Ładne, niezniszczone drzwi prowadzące do pokoi, brązowe ściany, które wydawały się być świeżo malowane. Szybko odnalazłam nasz pokój i weszłam do niego. Klucz rzuciłam do porcelanowej miseczki, znajdującej się na niewielkiej komodzie. Włączyłam światło, aby dojrzeć jego wnętrze. Liczył dwa pokoje, a w tym salon połączony z niewielką kuchnią. Inne drzwi prowadziły do łazienki, a kolejne-o dziwo- były zamknięte. Rzuciłam się na łóżko, czując pod sobą satynową pościel. Pierwszy raz dwuosobowe łóżko wydawało się być dla mnie za małe. Zasłoniłam dłońmi oczy, próbując w ten sposób jakoś opanować łzy, ale jak zwykle nadaremnie.
                    Byłam słaba. Zbyt słaba i bezużyteczna, aby przydać się na cokolwiek. Nawet moje odbicie w lustrze ze mnie szydziło.



                                                                 GABRIEL



- To już ostatnia- powiedziałem do przyjaciela, wyciągając kolejną torbę. Jak na trzy osoby, mieliśmy dosyć spory bagaż ze sobą. Chwyciłem w dłonie dwie, wielkie walizki, upychając jakoś jej małą podręczną torbę. Wszystkie reklamówki, czy cokolwiek świadczące o naszym pobycie w tamtym domku, musieliśmy zabrać ze sobą, więc zrobiło się dosyć tłocznie w bagażniku.
- Pozbędę się tego- zadeklarował Tomas, wyczytując moje myśli. Ostatnio byłem zbyt otwarty, co niestety byłoby moją zgubą w innych okolicznościach.- Idź do niej. Ona cię teraz potrzebuje...
- Myślisz, że tego nie wiem? Zrobiłbym wszystko, aby była bezpieczna. Żeby przestała się dręczyć. Ale nie potrafię- przyznałem.- Jestem zbyt słaby.
- Stary, nie mów tak. Cokolwiek się zdarzy, pamiętaj, że siedzimy w tym razem i damy sobie z tym radę. Nikt nie ucierpi, a zwłaszcza Alison.
- Już ucierpiała- wytknąłem mu.- Gdybyśmy się nie pojawili...
- To albo byłaby martwa, albo w niebezpieczeństwie, czyli tak jak teraz. Nie myśl o Sophie. Powiedziałem jej wszystko. Znała moją przeszłość i ryzyko, jakie niesie ze sobą nasz związek.
- P...powiedziałeś jej?!- jęknąłem.- I pomimo tego, nie odeszła od ciebie? Wiedziała, że nic do niej nie czujesz?
- Miała nadzieję, że w końcu coś między nami zaiskrzy- machnął ręką.- Idź do niej, a ja się zajmę resztą. Zostaniemy tu dwa dni, a potem będzie trzeba pomyśleć co dalej.
- A co z jej ciałem? Przecież zostawiliśmy ją tam...
- Chłopaki się tym zajmą. Jutro rano powinni tu być... Jeśli spotkasz Stefana po drodze, powiedz, żeby do mnie potem zajrzał. Musimy sprowadzić tu nasze rzeczy i sprawdzić, czy nikt nas nie śledzi.
Skinąłem głową na zgodę i poszedłem do pokoju, przekazując po drodze wiadomość recepcjoniście.
W pokoju panowała ciemność. Odstawiłem torby i skierowałem się do łazienki, gdzie przez otwarte drzwi wylatywało światło. Stanąłem jak wryty, gdy zobaczyłem ją, klęczącą na podłodze.
- Alison!- Krzyknąłem, widząc jej krew na rękach. Nie odwróciła się, ale dostrzegłem, jak jej ciało całe się trzęsie. Podszedłem do niej i wyciągnąłem kawałek zakrwawionego lustra z jej dłoni. Odsunąłem kilka odłamków i pomogłem jej wstać. Nie odezwała się ani słowem, ale przez jej wzrok, wydawało mi się, że jej umysł jest gdzieś indziej. Daleko stąd.
- Alison, coś ty zrobiła?
Nie odpowiedziała.
Pozwoliła mi zmyć krew z jej dłoni. Rany okazały się mniejsze niż się spodziewałem. Kilka cięć wywołanych na skutek ściśnięcia kawałków lustra w dłoniach. Zaprowadziłem ją do sypialni i usadowiłem na łóżku. Wciąż była nieobecna.
           Z apteczki wyciągnąłem gazę i bandaż, a następnie owinąłem jej rany.  Gdy już wszystko opatrzyłem, pogładziłem jej dłonie swoimi, a następnie złożyłem delikatny pocałunek na wewnętrznej stronie nadgarstka.
- Alison... proszę...
- Przepraszam- wychrypiała, jakby właśnie się ocknęła.- Przesadziłam.
- Nie- zaprotestowałem.- Miałaś zupełnie prawo, aby tak zareagować.
- Nie powinnam. Wy... wy...- jej głos znów się zawiesił, a po policzkach popłynęły łzy.
- Ciii...- uspokoiłem ją, a następnie przytuliłem.- Już wszystko dobrze.
- Nie. Nic nie jest dobrze. Powinnam wam już wcześniej o tym powiedzieć, nie byłoby żadnej afery. To się już więcej nie powtórzy- obiecała.
- Nie dopuszczę do tego- zapewniłem.- All, powinienem być z tobą szczery, a nie ukrywać większość. Teraz to się zmieni i będę cię informował o wszystkim.
- Nie musisz... Ważne, że jesteś przy mnie.
- Zawsze będę- pociągnąłem ją na łóżko tak, aby się położyła. Oparła głowę o moją pierś, a ja gładziłem ją dłonią.- Jutro przyjadą chłopaki i pomogą nam cię chronić. Myślę, że będziemy musieli wyjechać z kraju.
- Pomyślimy o tym jutro- szepnęła sennie.- Zostań ze mną- powiedziała, gdy się ruszyłem.
- Kochanie, nigdzie się nie wybieram- przykryłem nas kołdrą i pozwoliłem odpłynąć do krainy Morfeusza.



             Siedziałem w towarzystwie Stefana i Toma, czekając na naszych przyjaciół. O ile można było ich tak nazwać. Zwyczajni ludzie z fachu. No może nie zwyczajni, gdyż dla nich codzienność to bójki, narkotyki, mordy... Ja z tym na szczęście skończyłem. James'a znałem od dziecka. Razem się wychowaliśmy w... w sumie, raczej lepiej o tym nie wspominać. Nie był to zwykły dom, tylko burdel. Moja matka była dziwką, a ja byłem jej wpadką. Jak większość dzieci w tamtym miejscu. Nie byliśmy jedyni, ale najlepiej nam się razem dogadywało. Oczywiście, wszystko się zmieniło gdy poznałem Tomas'a, ale nadal utrzymywałem z nimi kontakty. Wiedziałem, że w tej sytuacji mogę na niego liczyć. A on na mnie.
Inaczej było z Victorem. On, po prostu mnie przerażał.
               Spojrzałem na drzwi, które zazgrzytały, a w ich progu pojawiła się Alison. Zmarszczyłem brwi, będąc pewny, że ona jeszcze śpi. Niedawno minęła dopiero siódma... Widziałem jak szuka mnie wzrokiem i,gdy w końcu zetknęliśmy się spojrzeniami, dostrzegłem ślady łez na jej policzkach. Rzuciła mi się na szyje i zaczęła się trząść pod wpływem łez.
- Heeej, mała. Co się stało?- Zapytałem, gładząc ją dłonią po plecach.
- Nancy... miała wypadek- wyszlochała, po czym zalała ją kolejna fala łez.

2 komentarze:

  1. To się tak przyjemnie czyta, że aż miło^^ serio świetny blog i mega szablon ,który nadaje atmosferę na blogu :D
    zapraszam do mnie i liczę na komentarz lub chociaż na przeczytanie---http://wciazczekamnatwojeslowo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytalam wszstkie rozdzialy w JEDEN DZIEN !
    I musze powiedziec ze to swietny blog ! Tak sie wciagnelam w niego ze nie moglam przestac poki nie przecztam wszystich rozdzialow ! :) Mam nadzieje ze bedziecie dalej pisac :D

    OdpowiedzUsuń