sobota, 29 listopada 2014

Kochasz ich. Obu. Ale boisz się wybrać właściwego.


 - Gabe... To oni - powiedziała drżącym głosem. - Widziałam ich pod blokiem.
Byłem cały spięty. Szczególnie gdy przed sobą miałem widok dobrze bawiącego się Toma w towarzystwie naszych wrogów.
 - Wracaj do domu - lekko okręciłem ją delikatnie popychając w stronę wyjścia. Widziałem protest w jej oczach, ale posłusznie udała się do wyjścia. Podszedłem do baru i stanąłem tuż za swoim przyjacielem. Położyłem mu dłoń na ramieniu.
 - Ha! - krzyknął na mój widok. - Wygrałem! Wyskakiwać z chajsu, cioty - zwrócił się do swoich towarzyszy.
 Na blacie pojawiły się dwa dwudziestodolarowe banknoty, które Tomas zaraz schował do kieszeni. Uniósł rękę na znak barmanowi, aby ten ponownie polał.
- Co cię sprowadza w moje skromne progi, Gabrielu?
- Ty, idioto. Przyszedłem po ciebie - chwyciłem go za koszulkę, jednak zanim podniosłem go, bracia Foster wstali i przytrzymali mnie uniemożliwiając jakikolwiek ruch.
- Spokojnie, chłopaki - odezwał się Tom. - Mów czego chcesz - tym razem zwrócił się do mnie.
Zająłem miejsce tuż obok przyjaciela.  Spojrzałem na niego, czując jednocześnie ulgę i rozczarowanie.
- Co oni tutaj robią?
- Dotrzymują mi towarzystwa - wzruszył ramionami. - No wiesz... Mój przyjaciel był zajęty pieprzeniem MOJEJ przyjaciółki, więc musiałem znaleźć sobie kogoś innego.
 Wypił kolejnego drinka i ponownie złożył kolejne zamówienie. Spojrzałem na Pablo, który potulnie wycofał się do tyłu, unosząc do góry ręce w geście kapitulacji.
- Więc mamy problem - mruknąłem pod nosem. - Mówiłeś, że ci to nie przeszkadza. Sam nas, kurwa, ze sobą poznałeś! Tomas! O co ci chodzi?!
- O co mi chodzi? - zakpił. - I ty się jeszcze pytasz o co mi kurwa chodzi?!
Spojrzał na mnie z mordem w oczach. Przeczuwałem, że ten wieczór nie skończy się tak dobrze, jak przypuszczałem.
- Tak - warknąłem. - Nie wiem w co ty grasz, ale stawką jest życie Alison. I może ty masz ochotę bawić się z naszymi wrogami, ale mi na niej cholernie zależy. Więc wybacz, że nie wiem o co ci chodzi.
Chłopak poprawił się na stołku.
- Siedząc tutaj, miałem trochę czasu na przemyślenie kilka spraw - wyznał już łagodniejszym głosem. - Jeśli Rayan rzeczywiście był ojcem Alison, to mamy przejebane. Będą chcieli aby ona zajęła miejsce swojego ojca.
- Wiem - przyznałem niechętnie. - Nie chcę, aby i ona została wciągnięta w to gówno.
- Chociaż nie wiem jakbyśmy tego nie chcieli, ona ma to we krwi. Podejrzewam, że jakbym dał jej broń bez trudu umiałaby się nią posługiwać. Ona jest stworzona do takiego życia. A jak już raz zasmakuje krwi, tak łatwo nie odpuści...
- O nie! Alison nie jest taka! Ona nigdy nikogo by nie skrzywdziła - zaprotestowałem.
- Wiem co mówię, Gabe. Widziałem to w jej oczach. Najlepszym rozwiązaniem byłoby dla niej wyjechanie stąd jak najdalej. Nowe miejsce, nowe życie. Proste.
- Ale tu jest jej życie - westchnąłem. - Tu się wychowała, ma pracę i mieszkanie... Nie wiem, czy ot tak będzie chciała wyjechać.
 Tomas jakimś cudem dorwał kolejnego drinka, którego bez skrupułów wypił. Rękawem wytarł krople alkoholu spływające mu po brodzie. Dziwiłem się, że po wypiciu takiej ilości i wzięciu Bóg wie czego jeszcze, on potrafił tak dobrze się trzymać.
- Ale nadal mi nie wyjaśniłeś jakim cudem pojawili się tu bracia Foster - mruknąłem.
- Bo...- zaczął, po czym rozejrzał się po sali. Gdy jego przerażony wzrok skupił się na mnie, wiedziałem co chciał mi przekazać. Bracia Foster zniknęli.
Wybiegłem jak najszybciej z pubu. W głowie miałem tylko jedno słowo, które mną kierowało.
Alison.



Alison


 Wychodząc z pubu nie wiedziałam gdzie mam się udać. Tak naprawdę byłam strasznie wkurzona na Gabe'a i chciałam na niego zaczekać. Chociaż obiecał mi, że nic nie będzie przede mną ukrywał, a tym bardziej odsuwał od sprawy, czułam, że tym razem powinnam iść. I w żadnym wypadku nie czekać na chłopaków.
 Jedyne miejsce, które przyszło mi do głowy było moje mieszkanie. Zamówiłam taksówkę i już po paru minutach byłam na miejscu.
 Budynek nie zmienił się w ogóle. Wciąż był kolorowy i piękny. Tym razem odpuściłam sobie schody i postanowiłam jechać windą. Usłyszałam tylko kilka pisków, po czym znalazłam się na swoim piętrze. Otworzyłam drzwi zapasowym kluczem, schowanym pod gaśnicą.
 Od razu zapaliłam światło, gdy weszłam do środka. Wszystko było prawie na swoim miejscu. Te same meble, kolory ścian i dodatki... Uchyliłam okno, aby do środka napłynęło świeże powietrze. Ściągnęłam płaszcz i rzuciłam go na kanapę. Byłam zmęczona i miałam ochotę się położyć, chociaż wiedziałam, że nie mam na to czasu.
 W moim pokoju także wszystko wydawało się normalne. Chwyciłam czyste ubrania i udałam się do łazienki, aby wziąć ciepły prysznic i zmyć z siebie te wszystkie brudy. Chciałam chociaż przez chwilę udać, że wszystko jest tak jak dawniej.
 Przez kilkanaście minut tak się czułam. Wyobraziłam sobie, że wciąż mieszkam z Nancy. Mike siedział w kuchni i podjadał naleśniki, które dla nas przygotowała. Właśnie wchodziłam do kuchni gdy on oberwał drewnianą łyżką. Pomasował obolałe miejsce, po czym uśmiechnął się do mnie. Brakowało mi naszych wspólnych wypadów. Tego, że przesiadywał całe dni u mnie, albo ja u niego. Nie mogłam już do niego wydzwaniać w nocy i prosić, aby do mnie przyszedł - co robił zawsze, gdy źle się czułam.
 Związałam włosy w kitkę, gdy usłyszałam jak ktoś dobijał się do drzwi. Uprzedzona ostatnimi wydarzeniami, ostrożnie wyjrzałam przez judasza. Wypuściłam głośno powietrze czując ulgę i wpuściłam swojego sąsiada do środka. Josh od razu przytulił mnie do siebie, uniemożliwiając jakikolwiek ruch.
- No dobra, kolego. Możesz mnie już puścić, bo tak jakby brakuje mi trochę powietrze - jęknęłam. Chłopak zaśmiał się, a następnie mnie wypuścił.
- Gdzieś ty się podziewała? Wiesz jak się martwiłem?
- Byłam... - zaczęłam.
 Właściwie co ja miałam mu powiedzieć?
- Miałam parę spraw do załatwienia. Wróciłam na chwilę, ale za niedługo i tak muszę wyjeżdżać.
- No nie! - oburzył się.- Znowu nas zostawiasz?
- Wybacz... Nie wszystko jest takie piękne jak się wydaje. A co u ciebie?
- Nie podoba mi się to, że odwracasz moją uwagę od siebie, ale niech ci będzie. Mam ci bardzo dużo do opowiedzenia! Tak ogólnie to wszyscy byli zadowoleni z naszej ostatniej wystawy. Miałaś strasznie dużo obrazów do wykorzystania, więc stworzyliśmy wystawę czterech pór roku. Właśnie... Dlaczego wszystkie twoje dzieła są takie smutne? Mniejsza, zajęłaś zimę, ja lato - w końcu na chwilę się zamknął i rozsiadł na kanapie. - No więc podczas mojej mowy Andree stanął koło mnie i mi się oświadczył! Rozumiesz to? Wychodzę za mąż!- zaczął skakać i cieszyć się jak jakieś małe dziecko. - O Boże! Jak to dziwnie brzmi...
 Roześmiałam się, a następnie mu pogratulowałam. Niestety, nie dane nam było cieszyć się z jego szczęścia, gdyż ponownie ktoś zapukał do drzwi. W progu stanął Max, który uśmiechnął się na mój widok.
- Czekaj... - zawołał mój sąsiad. - Ty jesteś Max? Ten tatuażysta?
- Jedyny w swoim rodzaju - uśmiechnął się w odpowiedzi. - Wybacz, ale muszę pogadać na osobności z Alison. Czy mógłbyś nas zostawić?
 Josh zrobił naburmuszoną minę. Spojrzał na mnie, a gdy ja przytaknęłam, opuścił mieszkanie.
- O co chodzi? - zwróciłam się od razu do Maxa, który wzrokiem błądził po moim mieszkaniu.
- Gdybym wiedział, że jesteś jednym z tych bufoniastych artystów, od razu zatrudniłbym cię u siebie! Ty to namalowałaś? - wskazał na malowidła na ścianie. Przytaknęłam. - Jesteś niesamowita!
- Bez przesady, Max... - poczułam się głupio słysząc jego słowa. - Po co tu przyszedłeś?
- Mam się tobą zająć póki chłopaki nie wrócą. Chodź. Musimy iść w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Spakowałam szybko do torby kilka rzeczy, a następnie zeszłam na dół. Max czekał na mnie przed blokiem. Zaprowadził mnie na tyły, gdzie prawdopodobnie stało jego auto. W pewnym momencie po prostu się zatrzymał.
- Max? - zwróciłam się do niego. Dostrzegłam ból malujący się w jego oczach.
- Powiedz mi jedną rzecz, Alison. Odpowiada ci takie życie przy nich? - zapytał, na co ja pokręciłam przecząco głową. - Ale nie chcesz ich zostawiać... Bo ich kochasz. Obu.
- To nie tak...
- Nie, Alison. Widziałem cię kiedyś jak byłaś tylko z Tomem, a także ciebie przy Gabrielu. Kochasz ich obu, ale jesteś z Gabrielem... Jestem pewny, że często masz wątpliwości czy rzeczywiście dobrze wybrałaś.
- Max, to raczej nie jest odpowiednia pora na takie rozmowy. Chodźmy do chłopaków, a później możemy to omówić.
- Nie, to jest odpowiednia pora. Chcę po prostu wiedzieć, dlaczego wybrałaś jego.
- Bo go kocham! - krzyknęłam, chociaż nie zamierzałam się tak unosić. - Tak! Kocham też Tomasa, ale to co czuję do Gabriela jest... - urwałam, gdyż nie potrafiłam to dokończyć.
- Jestem ciekaw kogo wybierzesz tym razem. Chłopaka, który zabił twojego najlepszego przyjaciela, czy przyjaciela, który zabił twoją przyjaciółkę - mężczyzna wyszczerzył się do mnie. Przez ułamek sekundy dostrzegłam dumę w jego oczach, a następnie poczułam jak ktoś przytyka mi gazę do ust. Zanim zdążyłam właściwie zareagować, byłam zbyt słaba na jakikolwiek ruch. Osuwałam się powoli na ziemię, a w głowie huczały mi jego ostatnie słowa. Nie... Oni nie byliby do tego zdolni. Chociaż tak naprawdę, jak dobrze ich znałam?


Wena jest, no i rozdział też :D
Cudem wstawiam teraz ten rozdział... Życzę wszystkim miłej zabawy na Andrzejki :D Dużo zabawy przy alkoholu i bez niego! Życzę Wam także miłego towarzystwa i żeby nie wiało nudą!
Pozdrawiam
Seo <3

4 komentarze:

  1. rany wchodząc tu nawet nie spodziewałam się nowego rozdziału a tu proszę :D no no no akcja naprawdę nabrała tempa, i nadal trawie końcówkę rozdziału, Gabriel miał by zabić Mike'a? wtf? czekam oczywiście na dalszy ciąg bo jestem strasznie ciekawa jak to rozwiążesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. jestem ciekawa jak dalej potoczy się życie Alison :) buziaczki i weny życzę

    OdpowiedzUsuń
  3. Dodajcie szybko nowy rozdział, bo po przeczytaniu wszystkiego w jeden dzień nadal czuję niedosyt!

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej! Czy możecie się do mnie odezwać na maila? Chodzi o betę, która zajmuje się Waszym blogiem. :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń