sobota, 7 lutego 2015

Epilog

 Spoglądałem na ryby rzucające się ponad poziom wody i zastanawiałem się, po co to robią – z resztą już nie pierwszy raz. Nadal jednak nie potrafiłem znaleźć w głowie odpowiedzi na to, podobnie jak na wiele innych nurtujących mnie pytań. Lubiłem jednak przychodzić w to miejsce, ponieważ były tam idealne: cisza i spokój.
 Woda rzeki cały czas płynęła, podobnie jak czas, a ja nadal nie potrafiłem rozgryźć tego wydarzenia sprzed kilku lat. Od tego czasu próbowałem ułożyć sobie życie, jednak nie dałem rady. Milion razy obiecywałem sobie, że przestanę o Niej myśleć. Ona jednak prześladowała mnie przy każdej codziennej czynności. Cały czas wracałem myślami do wspomnień z tamtego okresu. Za każdym razem, gdy zamykałem oczy słyszałem Jej melodyjny głos i ten piękny śmiech. Widziałem przed sobą rozpromienioną twarz dziewczyny. 
 Tym razem też tak zrobiłem. Zamknąłem powieki, a ona stała przede mną, szczęśliwa. Widziałem każdy jej detal: mały, słodki nosek, wąskie usta, niebieskie oczy i długie, lekko kręcone, ciemne włosy. Dokładnie pamiętałem dołeczki w jej policzkach i nie równe, odstające obojczyki, drobne ręce, jak i długie nogi. Tęskniłem za nią. I cholernie mnie to dobijało. 
 Głośno westchnąłem i w duchu zbluzgałem się za to, że znowu przywołuję ten widok. Otworzyłem oczy, jednak obraz nie zniknął – nawet, gdy mrugnąłem kilkakrotnie, ona nadal stała przede mną na wydeptanej ścieżce. Wcale się nie uśmiechała – jej usta były otwarte, a w oczach dostrzegłem zdziwienie.
  – All... – zacząłem. – To naprawdę ty? – nie wiedziałem, co powiedzieć, ponieważ czułem się, jakbym zobaczył ducha lub się naćpał. 
  – Tomas – szepnęła. Nie ukrywała swojego zdziwienia, lecz cofnęła się o krok.
  – Nie uciekaj – szepnąłem.
  – Nie tym razem – rzekła, a następnie stanęła obok mnie.
 Oparłszy się o drewnianą barierkę, spojrzała w dół na wodę, a ja powędrowałem za jej wzrokiem. Nie zobaczyłem jednak nic szczególnego, dopóki nie spojrzałem znów na nią. Ona także niczego nie widziała – myślami była całkiem gdzieś indziej. Setki kilometrów stąd. Kilka lat wstecz. 
 Wiedziałem o czym myśli – ja myślałem o tym codziennie. O każdej chwili spędzonej z nią, o każdym dniu, o każdej najmniejszej sekundzie w jej towarzystwie.
 Zastanawiałem się, czy nie stoję właśnie kilka centymetrów obok ducha – zjawy, która zeszła na ziemię, ponieważ tak bardzo tęskniłem za moją All. Rozum mógł płatać mi figle... Chociaż, nie. Ona wyglądała na całkiem żywą, tylko po prostu trochę zaskoczoną. I starszą niż to sobie wyobrażałem.
 Staliśmy tak w milczeniu kilka minut, dopóki nie odezwałem się pierwszy.
  – Alison... Czy ty jesteś duchem? – spytałem.
  – Czy ja wyglądam na ducha? – uśmiechnęła się tajemniczo.
  – Więc jakim cudem... – głos mi się załamał. – Jakim cudem ty żyjesz? Gabriel słyszał, jak mówili, że umarłaś... 
 – Miło słyszeć – burknęła.
 – Uciekliśmy wtedy ze szpitala i już więcej go nie widziałem – domyśliłem się, że pewnie bardziej interesowało ją co działo się u Gabriela. Pewnie nawet wolałaby go tutaj zamiast mnie. – Jeszcze tego samego dnia wyjechałem... – czułem, jak po policzkach płyną mi łzy.
 Nie wstydziłem się tego. Po "śmierci" All płakałem przez kilka dni bez przerwy, a na samo wspomnienie tego okresu słone krople znów zbierały się w kącikach moich oczu.
  – Nie umarłam – rzekła. – W kilka dni doprowadzili mnie do porządku, więc po dwóch tygodniach zostałam wypisana. Podczas mojej operacji przywieziono dziewczynę, która prowadziła wtedy ten samochód. Okazało się, że była kompletnie pijana i niestety umarła gdy wieziono ją na OIOM – westchnęła. – Wyjechałam z ojcem tutaj i postanowiłam wziąć się jakoś w garść.
 – Ja także wyjechałem tutaj do domu matki – uśmiechnąłem się. – Mieszkaliśmy przez tyle lat tutaj, a ja nic o tobie nie słyszałem... – powiedziawszy to przypomniałem sobie jedną sytuację. – Dostałem zaproszenie na wystawę Belli, jednak nie pomyślałem, że mogłaś być to ty. Uciekałem od sztuki, gdyż za bardzo kojarzyły mi się z tobą – posmutniałem.
 – Zaczęłam od drobnych szkiców ołówkiem, malowanie pędzlem... Przez długi okres nie mogłam do końca sprawnie posługiwać się ręką. Drobnymi krokami na przód, aż w końcu się udało. Kilku osobom spodobały się prace Belli, więc dalej robiłam to, co kochałam najbardziej.
  – Ja nigdy nie mogłem mieć tego, co najbardziej kochałem... – wyznałem. – Nigdy nie mogłem zaznać prawdziwego szczęścia...
  – Wystarczy się postarać, postawić sobie cele, a nie marzenia... – zaczęła.
  – Nie, All – przerwałem jej. – Cele wyznaczał mi ojciec, żebym je zabijał. Tego, co tak bardzo zawsze pragnąłem, nie mógłbym nazwać celem. Pragnieniem, marzeniem, czy nawet szczęściem owszem.
  – Nie rozumiem...
 Spojrzałem na nią i wiedziałem, że to jest odpowiedni moment, że muszę jej wszystko powiedzieć. Nie mogłem dłużej czekać.
  – Ty byłaś moim marzeniem, odkąd ujrzałem cię po raz pierwszy. Ojciec kazał mi cię zabić, a gdy cię zobaczyłem... Po prostu nie mogłem tego zrobić, ponieważ zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia! Kurde, All... Jak bracia Foster zabili Mike'a, nie mogłem dopuścić do tego, aby stała ci się krzywda... Musiałem zaingerował, nawet kosztem własnego życia. I chociaż wtedy cię nie znałem, wiedziałem, że jesteś tego warta – złapałem ją za rękę, a następnie potarłem kciukiem jej knykcie. – Cały czas nazywałaś mnie starszym bratem, a ja chciałem po prostu, abyś stała się szczęśliwa...
  – To dla czego... – szepnęła.
  – Poznałem cię z Gabe'em? – dokończyłem za nią. – Ponieważ on zawsze był lepszy ode mnie. Stwierdziłem, że skoro widzisz we mnie starszego brata, to on da ci szczęście, założycie rodzinę... – Znów łzy zebrały mi się w oczach. 
 – Mój związek z nim nie był szczery – wyznała. – Był zbyt szybki i zachłanny. Myślałam, że go kocham, a nasze uczucie było czyste i dobre, ale to nie prawda. Gdy przenieśliśmy się tutaj poczułam się wolna. Jakbym w końcu zaczęła na nowo żyć. Zapomniałam o przeszłości i cieszyłam się przyszłością. Pierwszy raz widziałam teraźniejszość i nie pochłonięte czarnymi chmurami, tylko świeże, rześkie i przyjemne. To było życie dla mnie. Nie to co w stanach... – spojrzała na mnie. Wiedziałem, że wielki grymas gości na mojej twarzy, ale nie mogłem go powstrzymać. – Z czasem zrozumiałam, że nie jest to, czego tak bardzo pragnęłam.  Owszem, kochałam malowanie i cieszyłam się, że ktoś to docenił. Moje relacje z ojcem się polepszyły i on naprawdę starał się nadrobić te wszystkie lata, które straciliśmy. Później dostałam bardzo osobiste zlecenie... Miałam narysować obraz na podstawie zdjęcia. Włożyłam w niego dużo pracy i uczuć. I wtedy zrozumiałam. Chciałam mieć to co ta dziewczyna. Chciałam patrzeć na kogoś tym samym spojrzeniem co ona. W jej wzroku dostrzegłam bezgraniczną miłość. Uczucie, które ja nigdy nie doświadczyłam. Nawet będąc z Gabrielem. Nigdy nie poczułam do niego coś tak silnego – tym razem jej palce pieściły moją dłoń. To było bardzo przyjemne uczucie. – Gdy próbowałam sobie wyobrazić kogoś, kto mógłby być na tym miejscu, nie widziałam Gabriela. Tylko ciebie – wyznała. 
 Spojrzałem w jej oczy. Widziałem w nich dużo więcej niż kiedyś. Teraz jeszcze bardziej moje uczucie wzmocniło się do niej. A to wszystko dzięki temu spojrzeniu – hipnotyzującemu i przepełnionemu miłością. 
 – Czyli nie jesteś z nikim związana? 
 Dziewczyna zaśmiała się. Boże! Jak ja kochałem ten dźwięk!
 – Zdecydowanie nie. I wiem, że ty też – zmarszczyłem brwi. – Jestem córką przestępcy. Mamy ludzi wszędzie, więc nie trudno było dowiedzieć się o tobie czegokolwiek. Chociaż ojciec zabronił mówić mi o twoim miejscu zamieszkania – wyjaśniła. – Tak więc, wiedziałam wszystko, ale nie gdzie mieszkasz. 
 – Alison – powiedziałem, po czym objąłem ją w pasie. – Nie wiem czy nadal coś do mnie czujesz. I czy nie jest to zwykła przyjacielska miłość. I czy nie traktujesz mnie, jak brata – kciukiem przejechałem po jej policzku. – Ale chciałem się ciebie zapytać czy nie wyszłabyś ze mną na kawę, kolację lub nawet na koniec świata. Ale z Tomem, kolegą, a nie bratem?
 W odpowiedzi zobaczyłem tylko tajemniczy uśmieszek błąkający się po jej twarzy. Ujęła moją twarz w swoje dłonie, a ja wpatrywałem się w jej usta, które niebezpiecznie zbliżały się do mnie. Zamknąłem oczy, czekając na jej dotyk warg. A gdy to nastąpiło, wiedziałem, że już wszystko będzie dobrze. W końcu miałem w życiu coś, na czym mi najbardziej zależało. Miałem dla kogo żyć.
KONIEC

niedziela, 25 stycznia 2015

Życie jest zbyt krótkie, aby rozpamiętywać przeszłość.


ALISON

 Spędziłam w domu ojca kilka godzin, podczas których wyjaśniliśmy sobie kilka kwestii. Mniej więcej jego przyjaciele przeprosili mnie za to drobne "porwanie". Miało to na celu oddalenie mnie od Gabriela i Tomasa. Marny sposób, ale sposób... Mogli przecież zostawić mi jakąś wiadomość, albo zabrać w bardziej cywilizowane miejsce. Ale cóż... przestępców nie zrozumiesz. 
 Tak więc, w końcu doszliśmy do jakiegoś porozumienia w sprawie naszego nowego domu. Ojciec pozwolił mi wybrać dowolne miejsce na Ziemi, więc postanowiłam żeby nasz nowy dom znajdował się w Sydney. Zresztą, zawsze chciałam tam zamieszkać, a dodatkowy bonus w postaci znalezienia się bardzo, ale to bardzo, daleko od chłopaków był drobną rekompensatą za to, co mi zrobili. Chciałam już wyjechać i zapomnieć o tym co mnie spotkało. Zacząć wszystko od początku - jak mawiał ojciec. 
 Zadzwoniłam do Maddie, aby się z nią pożegnać. Ta oczywiście się rozpłakała i nakrzyczała na mnie, że i ja ją zostawiam. Nie wiem jakim cudem, ale chłopacy załatwili sprawę z Sophie. Tu była uznana za zaginioną i nigdy nie wyruszyła z nami nad jezioro. Brakowało mi jej... ale myślę, że w końcu pogodziłam się z jej śmiercią albo po prostu nie byłam z nią aż tak związana. Po pogrzebie Mike'iego nie wychodziłam z pokoju przez tydzień. Póki Tom nie zaczął się pojawiać regularnie w naszym domu, pewnie zostałabym tam dłużej. 
 Rozmowa z Gustavem także przebiegła szybko. Podziękowałam mu i zapewniłam, że nie zerwę naszej umowy ( w końcu byłam z nim przez rok związana, a przedwczesne zerwanie kontraktu powodowało iż musiałabym zapłacić mega olbrzymią karę). Obiecałam przysyłać swoje prace co kilka tygodni, a także pojawiać się czasem na wystawach. Oczywiście nie zdradziłam nowego miejsca pobytu. Wszystkim mówiłam, że chcę zwiedzić parę miejsc w Europie. 
 Rano wybrałam się na cmentarz, aby pożegnać się z Michealem. Niestety nim zdążyłam wrócić do domu dostałam nieprzyjemny telefon. Nancy niestety odeszła w nocy podczas snu. Długo płakałam. Jedynie myśl, że jeszcze dzisiaj stąd wyjadę trzymała mnie na duchu. Gdy Micheal odszedł, odeszła także cząstka mnie. Jednak gdy Nancy nas zostawiła, czułam żal, ale i jednocześnie ulgę, że już nie jestem żadnym długiem do spłacenia. Dlatego też ruszyłam do swojego mieszkania, gdzie mieli być ludzie od przeprowadzki. Wiedziałam, że gdy nie będę sama rozpacz nie będzie aż tak okrutna. I nie myliłam się. Przez następne kilka godzin moje myśli zajmowały pudła i rzeczy, które do nich wkładałam. Ustaliliśmy, że zabiorę tylko swoje rzeczy i kilka obrazów. Meble nie były mi w żadnym wypadku potrzebne, zwłaszcza, że ojciec miał na koncie dosyć sporo pieniędzy, które zapewniłyby dostatek jego i moich wnuków. 
 Gdy w końcu wszystko zostało spakowane, postanowiłam zajrzeć do Josha, aby i z nim się pożegnać. Akurat, gdy chciałam zapukać do niego, ten postanowił wyjść, przez co omal się nie zderzyliśmy. 
 - Alison! - krzyknął z wielkim uśmiechem na twarzy. - Boże, jak ja za tobą tęskniłem - przytulił mnie. - Co się z tobą działo, dziewczyno? 
 - Przepraszam, Josh - udałam skruszoną. - Miałam... problemy. 
 Zmarszczył brwi.
 - Czy to coś poważnego? 
 - Przeprowadzam się - wyjąkałam. - M... moja ciocia... Nancy, ona nie żyje - rozpłakałam się. 
 Chłopak zaprowadził mnie do salonu i posadził na kanapie. Przez chwilę pozwolił wypłakiwać się na swoim ramieniu, a gdy się uspokoiłam wstał, aby zrobić nam herbatę. Opowiedziałam mu o moim ojcu i prawdziwej sytuacji między mną a ciotką. I naszym wczorajszym spotkaniu... 
Istnieje taki ostatni dzień - przypomniałam sobie rozmowę z lekarzem. Tuż po tym, jak dowiedziałam się, że Nancy jest śmiertelnie chora i nie zostało jej dużo czasu, lekarz poinformował mnie o przebiegu całej jej choroby. Cały czas dostawała leki przeciw bólowe. Z czasem jej stan miał się pogorszyć, gdzie lekarstwa już by nie pomogły. Stałaby się zwykłą roślinką, aż w końcu by zmarła. Chyba, że ( jak w tym przypadku) czekał ją ostatni dzień, w którym czułaby się bardzo dobrze. Tak, jakby wygrała z chorobą i regenerowała swoje siły. Jednak już następnego dnia miało być gorzej. 
 Po niecałej godzinie mój telefon znowu zadzwonił. Ignorowałam telefony i wiadomości od Gabe i Toma, więc w końcu sobie odpuścili. Mój ojciec zadzwonił, aby poinformować mnie, że samolot już na nas czeka. Już przeszła mi ta ekscytacja tym, iż mój ojciec miał prywatny odrzutowiec. 
 Josh niechętnie pożegnał się ze mną i, gdy mu w końcu obiecałam, że jeszcze się spotkamy i będę do niego pisać, puścił mnie. 
 Ruszyłam w stronę studia należącego do Maxa. 


GABRIEL


 Wiedziałem, że Max nie przywita nas z otwartymi rękami. Ale nie spodziewałem się tego, że nawet nie będzie chciał z nami rozmawiać. Po prostu zamknął przed nami drzwi i kazał, cytuję : WYPIERDALAĆ. 
 Tak też zrobiliśmy. Ale wróciliśmy z powrotem. Powtarzaliśmy ten rytuał co godzinę. Przez cały dzień. 
 - Boże, Max! Zlituj się człowieku! - jęknąłem, waląc ręką w drzwi od studia. - Chcemy tylko wiedzieć, gdzie ona jest. Proszę...- wyszeptałem ostatnie zdanie, czując jak łzy zbierają mi się w oczach. Na samo wspomnienie o niej ogarniała mnie niewyobrażalna tęsknota i ból. Chciałem być przy niej. Znów poczuć ją na sobie, aby wiedzieć, że wszystko już będzie dobrze. 
 - Chyba powiedziałem, że macie spie... - umilkł, spoglądając w moje oczy. Wiedziałem, że widział w nich desperację. Zrobiłbym wszystko, aby ją znów odzyskać. 
 - Nie ma jej tutaj - westchnął. 
 - Ale ty wiesz, gdzie ona jest - warknął Tom. Szturchnąłem go w bok, aby się uspokoił. 
 - Nie, nie wiem. Rozstaliśmy się wczoraj w szpitalu. Mam nadzieję, że jej już tu nie ma - powiedział. - Po tym co się dowiedziała nie dziwię się, że od was uciekła. 
 - O czym ty mówisz? - zmarszczyłem brwi. Ten tylko się zaśmiał. 
 - Jak to o czym? Ona już wie, kto zabił jej przyjaciela. No i jest także ta dziewczyna, którą się pozbyliście. Jestem pewien, że uciekła od was jak najdalej. 
 - Coś ty jej powiedział?! - krzyknąłem, uderzając pięścią w drzwi. 
 - Prawdę - prychnął. - Zniszczyliście jej życie. Mam nadzieję, że zostawicie ją w spokoju... - jego wzrok powędrował za nami.
 Odwróciłem się i ujrzałem dwóch policjantów, którzy wyglądali mi na trochę, jakby znajomych. Młodszy gliniarz trzymał w dłoni list, zaś starszy wyciągnął kajdanki. Westchnął po czym zwrócił się do Tomasa, który teraz był blady niemal jak trup. 
 - Mówiłem, żebyś w nic się nie pakował... - szepnął policjant. - Tomasie Calvide. Jesteś aresztowany pod zarzutem morderstwa Micheala Donavana - chwycił i odwrócił mojego przyjaciela, skuwając go kajdankami. Tomas spojrzał na mnie przerażony. O co w tym wszystkim, kurwa, chodziło? Przecież to nie on go zabił. I gdyby nie pojawił się tamtej nocy przed galerią, Alison pewnie też byłaby martwa. Dzięki niemu Steve Foster nie zabił i ją. 
 Tuż po tym, jak metal zamknął się na jego dłoniach, usłyszałem rozpaczliwy pisk. Odwróciłem się i ujrzałem ją. 
 Alison stała kilka metrów od nas. Dłonią zakryła usta, a na jej policzkach widniały ślady łez. Cała się trzęsła. 
 - All - powiedziałem. Zrobiła krok do tyłu. - Alison! To nie tak, jak myślisz. On go nie zabił... - Choćbym nie wiem co powiedział, ona nie słuchała mnie. 
 - Nie zbliżaj się do mnie! - krzyknęła, wyciągając przed siebie ręce, jakby chciała mnie nimi zatrzymać. Ruszyłem w jej stronę.
 - Alison! - krzyknąłem, gdy ta odwróciła się i zaczęła biec. Nie pozostałem jej dłużny. Biegłem i wykrzykiwałem jej imię, lecz ona wciąż nie zatrzymywała się. 
 - Alison! - ponowiłem wołanie, jednak na nic. Dziewczyna skręciła, uciekając w stronę jej samochodu, znajdującego się na parkingu po drugiej stronie ulicy. I wtedy czas niemal się zatrzymał. Zwolniłem, spoglądając za siebie. 
 - Uważaj! - krzyknął Tomas, którego wpakowywali do radiowozu. Dopiero później dostrzegłem samochód, który zmierzał w naszą stronę. A tak dokładniej w stronę Alison. Odwróciła się w momencie, gdy auto niemal w nią uderzyło. Z całych sił wykrzyknąłem jej imię. Jednak na próżno. Dziewczyna zderzyła się z pojazdem. Jej ciało rozbiło przednią szybę, jednak później spadła na asfalt. Nie ruszała się. Pędem pobiegłem do niej. Bałem się ją dotknąć, aby bardziej jej nie skrzywdzić. Leżała tam i wykrwawiała się na śmierć. 
 - Wezwijcie, kurwa, pogotowie!!! 
 Dotknąłem jej ręki, a po moich policzkach spłynęły łzy. Płakałem. Pierwszy raz od kilku lat rozpłakałem się, jak dziecko. Nawet na pogrzebie rodziców nie płakałem tak, jak właśnie teraz. 


 Operowali ją od pięciu godzin. W tym czasie Tomas został oczyszczony z zarzutów i siedział tuż obok mnie. W rękach trzymałem ohydną szpitalną kawę. Pomimo próśb pielęgniarek nie wziąłem żadnych tabletek uspokajających. Musiałem trzeźwo myśleć, nawet gdy byłem pogrążony w bólu. Drzwi od sali otworzyły się. Wyszła przez nie drobna pielęgniarka. W jej oczach widziałem smutek. 
 - Proszę przejść na czwarte piętro - poinstruowała nas. - Zaraz przewieziemy pacjentkę do sali. 
 - Co z nią? - odezwał się Tomas. 
 - Jesteście z rodziny? - zapytała. 
 - Brat - warknął przyjaciel. 
 - Narzeczony - odpowiedziałem kobiecie. 
 - Lekarz zaraz się z wami spotka. Jej stan... - westchnęła. - Nie będę was okłamywać. Nie jest najlepiej, ale zrobiliśmy co mogliśmy. W ciągu kilku godzin dowiemy się co dalej. 
 Mój telefon znowu zadzwonił, a w międzyczasie pielęgniarka weszła z powrotem na salę. Spojrzałem na Toma, który także bawił się komórką. Skinął na mnie i obaj wyszliśmy na zewnątrz. Byłem wkurzony, że ktoś znowu mi przeszkadzał. Powinienem być w środku i czekać na wiadomości. Czekać na moją małą All. Jednak mieliśmy niewielki problem. Wraz ze śmiercią ojca Toma, to właśnie jego syn stał się jedynym dziedzicem. O dziwo tak też znajdowało się w testamencie. Tomas dziedziczył wszystko. Bez wyjątków. Obydwoje leżeliśmy po uczy zakopani w jego sprawach. Mianował mnie swoim zastępcą, więc do mnie też wydzwaniali. Musieliśmy stawić się w przyszłym tygodniu w jego firmie w Nowym Jorku, aby podpisać jakieś zasrane papiery, związane z przejęciem tego całego gówienka. Warknąłem do ostatniego rozmówcy i rozłączyłem się w trakcie jego wypowiedzi. Wróciłem do szpitala, zostawiając przyjaciela na zewnątrz. 
 W środku znów panowało życie. Pacjenci wyszli ze swoich sal i spacerowali po holu. Kilka pielęgniarek krzątało się między nimi. Minąłem sale operacyjną i skierowałem się ku windzie. Wraz ze mną weszły do niej dwie pielęgniarki. Wyglądały, jakby właśnie skończyły operację. 
 - Spędziłyśmy tam pięć godzin! - warknęła jedna do drugiej. - I co się okazuje?!
 - Och, nie marudź Liv - westchnęła ta druga. - Wiedzieliśmy w jakim jest stanie. To cud, że nie umarła na sali. 
 Jej koleżanka prychnęła. 
 - Umarła w drodze na czwarte piętro. Ale mi to różnica. Mogła zginąć w tym wypadku i nie mielibyśmy żadnej roboty. 
 Moje życie stanęło w miejscu. Mózg zignorował dalszą rozmowę tych kobiet, chociaż miałem ochotę powiedzieć im kilka słów. Niezbyt miłych. Odszedłem od windy, próbując wyjść na zewnątrz. Chwiałem się i wpadałem na wszystko przede mną. Gdy w końcu udało mi się wydostać z tego budynku, poczułem wszystko ze zdwojoną siłą. Tomas obrzucił mnie zaciekawionym wzrokiem. Nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy i to powiedzieć, dlatego też minąłem go i stanąłem tuż za nim. 
 - Ona... ona odeszła - szepnąłem, czując w gardle ogromną gulę.
 A wraz z nią wszystko co dobre w moim życiu.


To już jest koniec, nie ma już nic.
Jesteśmy wolni, możemy iść.


Chciałabym wszystkim podziękować, którzy wiernie śledzili losy bohaterów Shadow of a fallen star. To już jest mój ostatni rozdział, a w najbliższym czasie Katarina udostępni Epilog.
Jeszcze raz dziękuje Wam <3
Pozdrawiam
Seoanaa :3

środa, 14 stycznia 2015

Witaj, Ojcze

***Tomas***
  – Co ty tutaj robisz? – zapytałem stojącej w progu dziewczyny.
  – To tak się wita starych przyjaciół? – Nie czekając na zaproszenie Gabriela, weszła do środka. – To już nie mogę wpaść z przyjacielską wizytą?
  – Ty nie wpadasz z przyjacielską wizytą – skwitował Gabe.
 Jessica westchnęła zrezygnowana, a następnie, biorąc po drodze jabłko, siadła na kanapie w salonie.
  – Chodzi o waszą All - powiedziała, wcale się nie spiesząc. – I o twojego ojca – wskazała we mnie palcem.
 Wymieniłem z przyjacielem spojrzenia. My umieraliśmy ze strachu, a ta dziewczyna tak po prostu pojawia się i zamiast powiedzieć od razu o co chodzi, bawi się w swoje gierki. Miałem ochotę skoczyć jej do gardła i wydusić z niej wszystko, co wie o mojej ukochanej. Z trudem się powstrzymałem.
  – Zamieniam się w słuch – o dziwo mój głos był całkowicie opanowany.
  – Ktoś zastrzelił twojego ojca – odparła całkiem naturalnie. –  Musiał to być jakiś płatny zabójca. Stał na dachu budynku obok jednego z biurowców i strzelił do niego przez okno. Prosto w głowę. Śmierć na miejscu.
  – Dobrze mu tak – nawet mnie to nie wzruszyło. – Za to wszystko co robił, sam miałem ochotę dobrać mu się do skóry. Ja jednak zrobiłbym to w mniej cywilizowany sposób.
 Skoro właśnie umarł mój ojciec, powinienem być smutny – było jednak całkiem na odwrót. Wręcz cieszyłem się z jego śmierci, ponieważ oznaczała ona koniec kłopotów i uciekania. Mojej All nic już nie zagrażało i mogliśmy chronić ją dalej. Pytanie tylko, gdzie ona się podziewała?
  – Co z nią? – przyjaciel przywrócił mnie do rzeczywistości.
  – Mój facet widział ją w towarzystwie Max'a jakieś trzy godziny temu. Była zdrowa, ale wyglądała, jakby przeczołgała się po metrowej warstwie brudu i kurzu – zmarszczyła brwi i dopiero teraz wgryzła się w jabłko. – To chyba tyle – powiedziała, gdy przełknęła kęs.
  – Zbieramy się – wydałem polecenie. – Czas odwiedzić naszego drogiego Max'a.
***Alison***
  – Wiesz, że musiałam cię okłamać. Dla twojego dobra – Nancy patrzyła mi się prosto w oczy.
  – Nawet nie waż się tak mówić – kipiałam ze złości. – Od pewnego czasu na okrągło to słyszę. To nic takiego All, za niedługo wrócimy. Musimy tylko coś załatwić. Niczym się nie martw, my wszystkim się zajmiemy. Ale musimy wyjechać na dłuższe wakacje, z których uciekniemy po jednym dniu, ale bez obaw. I tak ci nic nie powiemy, albo skłamiemy. To dla twojego dobra kochanie - zadrwiłam.
 Coraz bardziej wydawało mi się, że sama poradziłabym sobie o wiele lepiej. Owszem, Tomas uratował mnie wtedy, ale w sumie, to gdyby nie on, nic by się nie stało.
 Kiedy usłyszałam, co zrobili Tom z Gabrielem, miałam ochotę umrzeć w jednej chwili. Dwie osoby, którym tak ufałam, nagle mnie zdradziły. Teraz jednak bardziej od ich czynów interesowało mnie poznanie prawdy i ucieczka przed nimi. Czułam, że robię się zimna jak lód.
  – Zrozum to, musiałam cię chronić. Za wszelką cenę. Obiecałam to twojej matce, gdy wsadziła mi cię na ręce i powiedziała, że musi uciekać, a ja mam się opiekować tobą – widać było, że to wspomnienie wywołuje u niej lawinę emocji.
  – Powiedz mi tylko jedno. Uważałaś mnie kiedykolwiek za członka rodziny, czy po prostu byłam jakąś spłatą długu? – musiałam to wiedzieć.
  – Oczywiście, że tak. Uważałam cię prawie za swoją córkę – spojrzała mi w oczy.
  – Ale jest coś jeszcze. Prawda? – zmierzyłam ją wzrokiem.
  – Owszem, jest. Kiedyś twoja mama uratowała mi życie... – zaczęła.
  – Wiedziałam! – przerwałam jej. – Z resztą, to już mnie nie interesuje. Powiedz lepiej, gdzie znajdę Rayan'a Smaldone'a.
  – Obiecałam twojej matce, że nikomu nie zdradzę miejsca twojego pobytu... – powiedziała, tym razem ciszej.
  – Nie musisz tego zrobić. My ją do niego zaprowadzimy – odezwał się jeden z mężczyzn, stojących za mną. Całkiem zapomniałam o ich obecności.
 Spojrzałam jeszcze na Nancy tak, jakbym się z nią żegnała. Wszystkie wydarzenia, jakie nastąpiły od śmierci Michael'a sprawiły, że między mną a "ciotką" już nigdy nie miało być, jak kiedyś.Miałam stracić osobę, która była jak moja starsza siostra.
  – Życzę ci zdrowia, Nancy. I dziękuję za wszystko – szepnęłam.
Nie było mnie stać na nic lepszego.
 Podążyłam na mężczyznami do ich samochodu zastanawiając się, czy moja decyzja była słuszna. Nancy opiekowała się mną tyle czasu i dbała o mnie. Owszem, okłamywała mnie odkąd do niej trafiłam, ale robiła to na prośbę mojej matki. A ojciec? Ani razu się do mnie nie odezwał, nie pomógł, gdy ojciec Tom'a mnie ścigał, nie uratował Mike'a. Miałam nadzieję, że podczas rozmowy z nim, dowiem się wszystkiego.
 Po chwili byliśmy już w drodze. Przez okno mijaliśmy drzewa, ludzi, domy, a ja zastanawiałam się, dokąd podąża moje życie. Byłam już prawie dorosła, ale w głębi duszy czułam się jak małe dziecko potrzebujące ciągle opieki. Owszem, na mojej drodze pojawili się Gabriel z Tomem, ale przynieśli więcej szkód, niż pożytku. Teraz postanowiłam sama zacząć podejmować decyzje, a mój instynkt mówił mi, że podążam w dobrą stronę.
 O dziwo, im bliżej byliśmy celu, tym mniej się bałam. Już nie zastanawiałam się, czy dobrze robię, ale byłam o tym przekonana. Miałam nadzieję tylko, że ojciec rozwieje moje wszystkie wątpliwości i wyjaśni wszystko, a między innymi to, dlaczego nie odzywał się przez większość mojego życia i pozwolił na to, abym myślała, że nie żyje.
 Gdy wchodziłam do pomieszczenia, przez moją głowę przemknęła myśl, czy był do mnie podobny – a raczej, czy ja byłam podobna do niego. Miałam tylko nadzieję, że nie jest to zasadzka ojca Toma.
 Zobaczyłam go. Stał do mnie tyłem, wpatrując się w okno. Odwracał się do mnie powoli, jakby zbierał się na odwagę, a ja poczułam, że mogłam mu zaufać. W sumie musiałam to zrobić – nie było innego wyjścia.
 W jego oczach zobaczyłam szczęście, nadzieję, troskę, może nawet miłość? Zauważyłam, że barwę tęczówek na pewno odziedziczyłam po nim. Miał siwe, krótko ostrzyżone włosy i lekkie zakola. Do tego kurze łapki w okolicy oczu, a na czole wielką zmarszczę oznaczającą, że musiał się borykać z wieloma problemami. Życie odcisnęło na nim swoje piętno.
  – Witaj, ojcze – wypowiedziałam te dwa słowa, które były pełne nadziei i ze zniecierpliwieniem oczekiwałam na odpowiedź.
  – Nareszcie – zaczął powoli. – Po tylu latach cię odnalazłem – w tym krótkim zdaniu umieścił bardzo wiele emocji.
Widziałam jedno – był naprawdę szczęśliwy ze spotkania ze mną. Kiedy rozłożył ramiona, ja bez wahania się do niego przytuliłam i zrozumiałam, że właśnie tego potrzebowałam od bardzo dawna – rodzicielskiej miłości.
 Jak już wcześniej wspominałam, Nancy była dla mnie jak starsza siostra. Opiekowała się mną, pilnowała, abym miała co jeść, w co się ubrać i abym chodziła do szkoły. Mówiła mi co jest dobre, a co złe, ale nie zachowywała się jak typowa matka. Pozwalała mi na więcej, dawała wolną rękę w dokonywaniu wyborów. Nigdy nie dała mi szlabanu, ani nie pouczała. Nie przytulała mnie też nigdy i nie śpiewała piosenek na dobranoc.
 Kiedy znalazłam się w ramionach tego z pozoru obcego dla mnie człowieka, poczułam się jak w domu. Chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie. W końcu byłam bezpieczna.
  – Dlaczego nie przyszedłeś do mnie prędzej. Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że nie żyjesz – wypowiedziałam na głos swoje myśli, gdy tylko mnie puścił.
  – Może usiądziesz? – zaproponował. – Mamy chyba sobie wiele do powiedzenia.
Całe życie – dodałam w myślach. Oczywiście zrobiłam jak powiedział i już po chwili sączyłam herbatę z wielkiego kubka. Pomarańczową z cynamonem.
  – Ja naprawdę chciałem cię odnaleźć, jednak to nie było takie proste, jak się wydawało – zaczął niepewnie, powoli i dokładnie dobierając słowa.
  – Jak chcesz, to znajdziesz sposób, a jak nie chcesz, znajdziesz powód – wypowiedziałam na głos gdzieś zasłyszane powiedzonko, wcale nie chcąc tego robić.
  – Alison, to naprawdę nie tak, jak myślisz – w jego oczach widziałam tylko szczerość. – Twoja matka zawiozła cię w bezpieczne miejsce i tylko ona wiedziała, gdzie się znajdujesz. Niestety, już nie dotarła do mnie ani ona, ani jakakolwiek informacja o tobie. Zaginęłaś bez śladu. Aż do niedawna.
  – A ty po prostu żyłeś sobie dalej - rzuciłam z wyrzutem.
 Nagle zaczęłam mieć do niego żal. Nie rozumiałam, dlaczego nie odnalazł mnie, nie zabrał do siebie, nie otoczył opieką. Dlaczego w ogóle pozwolił mnie wywieźć do obcej kobiety i nie domagał się informacji, gdzie będę się znajdowała.
  – Ty nadal nic nie rozumiesz – westchnął.
  – Więc mi wytłumacz. Opowiedz mi całą sytuację od początku, do końca - zaczęłam szczerze nienawidzić wszelkie tajemnice i nierozwiązane sprawy świata.
  – Jak zapewne już wiesz, jestem gangsterem, w sumie jednym z wielu. Kiedy byłaś bardzo mała, jeszcze tak nie było. To znaczy już wtedy babrałem się w ciemnych interesach, robiłem to w sumie od zawsze, ale nie do tego stopnia. Dostałem telefon. Miałem przewieź przez granice broń. Dużo broni, przed pewnym gościem. Musiałem go ubiec. To miało otworzyć mi wrota na większe zlecenia, dużą kasę, zapewnienie dostatku mojej rodzinie, czyli żonie i córce. Byłaś moim oczkiem w głowie.
 O nie! – pomyślałam. Nie chciałam, aby mówił cokolwiek, zrzucając winę na mnie.
  – Nie mów tak, bo będę się obwiniać – szepnęłam mając nadzieję, że zrozumie.
  – Przepraszam, masz rację – przyznał. – Pojechałem na tą akcję i udało mi się. Zgarnąłem kupę forsy, a w dodatku takie uznanie, że mogłem wybierać w tysiącach zleceń. Wciągnąłem się trochę. Ale ten mężczyzna zaprzysiągł zemstę.
 Ojciec Toma. Wiedziałam, że o niego chodziło. Chyba najbardziej znienawidzona przeze mnie osoba. Miałam wrażenie, że to od niego się zaczęło. W dodatku był ojcem mojego pseudo-przyjaciela, którego także nienawidziłam.
  – Kiedy zdałem sobie sprawę, że naraziłem was na niebezpieczeństwo, postanowiłem was ukryć. Dogadałem się z twoją matką, że tylko ona będzie znała miejsce twojego pobytu, aby nie wyciągnęli tego ze mnie. – Jego ręce zaczęły się trząść. – Nie przewidziałem jednak, że zostawi cię i wróci do mnie. Kochała mnie nad życie, tak samo, jak ja ją. Chciała być przy mnie cały czas, jednak porwali ją. Tutaj oszczędzę ci szczegółów, ale torturowali ją.
 Tutaj zrobił chwilę przerwy. Zobaczyłam, że w jego oczach zbierają się łzy. Musiały to być naprawdę ciężkie chwile, skoro największy gangster w okolicy właśnie się przede mną rozkleił.
  – Widziałem filmiki. Mówiłem, że oddam mu wszystko, jednak on chciał tylko zemsty. Moja żona popełniła samobójstwo, bojąc się tego że cię znajdą.
 Auć, to również zabolało. Nawet bardziej, niż słowa poprzednim razem. Stwierdziłam jednak, że nie będę się teraz rozklejać – na to przyjdzie jeszcze czas.
  – Chciałaś poznać całą prawdę. Może jednak odłożymy to na później – podniósł jedną brew.
 Jednak nie udało mi się ukryć emocji, tylko tak mi się wydawało.
  – Nie! – powiedziałam może nawet trochę zbyt głośno. – Chcę znać historię od początku, do końca. Boję się, że później stanie się coś, przez co nigdy jej nie wysłucham.
  – Będzie na to wiele okazji. Już nie pozwolę, aby mi cię odebrano – złapał mnie za rękę. – Po tej tragicznej śmierci jedynym, co trzymało mnie przy życiu, byłaś ty i świadomość, że ciebie nie dopadł. Próbowałem cię odnaleźć, ale... – znów zachwiał mu się głos. – Nie potrafiłem tego zrobić. Zostałaś ukryta tak dobrze, że nawet ja nie mogłem cię dosięgnąć. Dzięki temu on mi cię nie odebrał...
 Siedzieliśmy tak dobrą godzinę i żaden z nas się nie odzywał. Więc okazało się, że miałam kochającą rodzinę, a jakiś tam sobie gangster mi ją rozwalił. Gdy pozbierałam się po tym, przyszedł jego synek z przyjacielem i zaczęli burzyć mi je od nowa. W kółko, znów i znów. Byłam nieźle zaskoczona i zdezorientowana. Nasuwało się pytanie: co teraz? Co będzie dalej z moim życiem?
 Mój ojciec, jakby czytając w moich myślach odezwał się:
  – Nie martw się, wszystko będzie dobrze – zapewnił.
  – Ale co teraz – po raz kolejny wypowiedziałam te słowa. – Skoro ty mnie znalazłeś, on też może to zrobić, a wtedy... – nie potrafiłam nawet wypowiedzieć tych słów na głos.
  – Jego już nie ma. Nie żyje, ponieważ moi ludzie go dopadli. Jestem na sto procent pewny – zapewnił mnie.
  – Co teraz? – powtórzyłam, chcąc uzyskać konkretną odpowiedź.
  – Wyjedź ze mną daleko stąd. Zaczniemy nowe życie i zbudujemy nasze relacje od nowa. Zerwę z całym tym bagnem, zostawię tylko dwóch ochroniarzy. Pieniędzy mam tyle, że starczy jeszcze twoim dzieciom. Będziesz mogła się uczyć lub pracować. Możesz także nie robić nic, jeżeli będziesz miała taką ochotę.
 Dzieci. Kiedyś chciałam je mieć. Może nawet z Gabrielem? Tym razem w moim ciele, umyśle i duszy kłębiło się tyle złych emocji, jak nienawiść, że było to nie możliwe. Wprost życzyłam obydwu chłopakom śmierci.
  – Wiesz co, tato? – pozwoliłam sobie na ten zwrot. – Muszę jeszcze dokończyć jedną sprawę na mieście.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Jak nie ja, to kto?

Alison

 Działałam instynktownie. Może i nawet to mnie trochę przerażało, gdy z niewiadomych przyczyn wiedziałam jak odpalić samochód bez pomocy kluczyków. To tak, jakbym wraz z otwarciem tych drzwi na zewnątrz, otworzyłam także drzwi w swoim umyśle, dzięki czemu poznałam wiele nowych rzeczy. Jedną z nich było właśnie odpalanie samochodu. 
 Max nie odezwał się do mnie słowem. Widziałam w jego oczach przerażenie, jakby się mnie obawiał. Co przecież nie było możliwy. Chyba. 
  - Max? - zawołałam do chłopaka spoglądając przez przednią szybę samochodu.
 Chłopak stał przede mną i w milczeniu przyglądał się moim poczynaniom. Nagle drgnął, jakby dostał strzałą w klatkę piersiową. Mrugnęłam kilka razy próbując odpędzić od siebie te myśli. Skąd w ogóle przyszło mi takie porównanie do głowy?
 - Max - powtórzyłam. Ten ruszył niepewnym krokiem w moim kierunku i usiadł obok na miejscu pasażera. 
 Gruchot ponownie zasyczał, jednak w końcu odpalił, a na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Wyjechałam, jednocześnie szukając jakiejś drogi. Jednak oprócz leśnych ścieżek w pobliżu nie było żadnej ulicy. 
 - Możesz mi jeszcze raz wyjaśnić, jak się tu znaleźliśmy? - rzuciłam, chcąc nieco rozluźnić atmosferę. Jednak niezbyt udało dobrać mi się odpowiedni temat...
 - Przyszli do mnie w nocy i porwali Amelię. Kazali cię wywabić z domu, z dala od chłopaków. Nie chciałem im pomóc. Może i nie przepadałem za Gabrielem czy Tomem, ale byłem pewny, że to właśnie oni mi pomogą ocalić siostrę. A wtedy rzucili mi zdjęcia. Dziesiątki zdjęć chłopaków z różnych okresów. Widziałem ich pochylających się nad ciałami, a bronią w ręku, albo... - westchnął. - I wtedy na jednym z nich rozpoznałem tą dziewczynę. Sophie, jak się nie mylę. Ci mężczyźni powiedzieli mi, że to była twoja przyjaciółka, a na innym zdjęciu pokazali mi Mike'a. Powiedzieli, że nie chcą zrobić ci krzywdy, tylko, że zabiorą cię w lepsze miejsce i zaopiekują się tobą. Nie chciałem im wierzyć, Alison - pokręcił głową. - Mieli moją siostrę, a do chłopaków nie miałem już zaufania... Więc się zgodziłem. 
 Westchnęłam.
 - Jak wyglądali ci... mężczyźni?
 - Jeden był niskim blondynem. Po trzydziestce z kilkudniowym zarostem. Drugi wysoki i bardzo umięśniony. To tak, jakby przyszedł dobry glina i zły glina. 
 - Czy jeden nie był podobny do Clinta Estwooda?? - zagadnęłam. Nie wiedziałam skąd przyszedł mi ten głupi pomysł, ale... Mój instynkt po prostu przemówił za mnie.
 - Tak! - krzyknął. - Ten drugi bardzo go przypominał. Czekaj... A ty skąd to wiesz?
 - Nie wiem - wzruszyłam ramionami. 
 - Hej! - krzyknął i wyciągnął rękę wskazując na jakiś punkt. - Widzę drogę!


Gabriel

 Spędziliśmy całą noc szukając Alison. W zasadzie... to ja jej szukałem, gdyż Tom nie był w stanie normalnie chodzić. Odwiedziłem każde możliwe miejsce, mając nadzieję, że nic jej nie jest i po prostu postanowiła urządzić sobie długi spacer. Bardzo długi spacer... Ale na próżno. Nikt nic nie widział, ani nie słyszał. 
  Więc siedziałem w domu Toma i właśnie zanosiłem mu butelkę zimnej wody i tabletki przeciwbólowe. Dziwnie się czułem zajmując się tym dupkiem. O wiele bardziej chciałem, żeby na jego miejscu była moja Alison.
 - I jak się czujesz? - zapytałem, gdy przyjaciel wyszedł z łazienki. 
 - Do dupy - stwierdził. - Zwołałem kilka ludzi, żeby pomogli nam z poszukiwaniami. Gabriel - westchnął. - Ona została porwana i...
 - Wiem - przerwałem mu. - Masz - położyłem mu przyniesione rzeczy na szafkę. - Zbieraj się i zaraz pojedziemy znowu do Maxa. Mam nadzieję, że już wrócił.
 Tom połknął tabletkę i otworzył szafę, wyciągając z niej kilka ubrań. Wzdrygnął się, gdy uszłyszeliśmy dźwięk dzwonka. 
 - Otworzysz? - zapytał.
 W milczeniu opuściłem jego pokój, kierując się do drzwi wejściowych. Czułem jak niemal wszystkie mięśnie mnie bolały. Zmęczenie dawało się we znaki, ale nie mogłem odpocząć. Nie, gdy nie wiedziałem gdzie jest moja ukochana. 
 Otworzyłem drzwi i prawie zszedłem na zawał, gdy ujrzałem przybysza. 
 - Jessica?!


Alison 

 - Dlaczego jesteś taka spokojna? - zapytał mnie Max. 
 - Nie jestem - zaprzeczyłam. 
 - Owszem, jesteś. Ja prawie umarłem ze strachu, a ty zachowujesz się tak, jakby cię to nie interesowało. Co więcej, po twojej minie mogę stwierdzić, że jesteś zadowolona. 
 - Max... - westchnęłam. - Nie jestem spokojna. W środku sama prawie umarłam, ale mój instynkt krzyczy, że nie mogę pozwolić dać się jemu opanować. Strach mnie zniszczy, dlatego staram się go ignorować. 
 - Zawsze mnie to przerażało, gdy któryś z nich wykorzystywał mnie do jakiś swoich interesów. A ty siedzisz w całym tym gównie i nie jesteś przerażona? 
 - Jestem - przyznałam. - Ale co mi to da? Bardziej zależy mi na dowiedzeniu się prawdy niż przejmowaniu się, że moje życie to jedno wielkie kłamstwo, a osoby, które kochałam najbardziej mnie zraniły. Gdzie mam cię wysadzić? - zapytałam, gdy wjechałam do centrum miasta. Max obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem.
 - Co masz zamiar zrobić? - zapytał podejrzliwie.
 - Chcę pojechać do ciotki i z nią porozmawiać. Myślę, że jest mi winna kilka wyjaśnień. Do domu, czy pod studio?
 - Nie zostawię cię samej! - oburzył się. - A przynajmniej gdy nie będę miała pewności, że jesteś bezpieczna. 
 Przytaknęłam, gdyż nie wiedziałam co innego miałam zrobić. Skręciłam i skierowałam się w stronę szpitala. Na ulicy nie było zbyt wielkiego ruchu, więc już po paru minutach byliśmy na miejscu. Zostawiliśmy tego gruchota na parkingu. 
 W szpitalu spotkaliśmy się z nieprzyjemnymi spojrzeniami pracowników. Wiedziałam, że nie wyglądaliśmy najlepiej. W końcu spędziliśmy parę godzin w jakimś starym domku i musieliśmy jechać w jeszcze starszym aucie. Czułam jak pot przesiąknął moje ubranie i na dodatek bardzo chciało mi się siku. Ale najważniejsze dla mnie było spotkanie się z moją nie - ciotką.
 Max szedł tuż przy mnie. I nawet do jej sali wszedł ze mną. Zrobiło mi się cieplej na sercu, gdy dostrzegłam ją siedzącą na łóżku. Wyglądała o wiele lepiej niż ostatnio, gdy tu byłam. Chociaż i się uśmiechała, zbyt dobrze ją znałam, żeby mogła ukryć ból. Była zmęczona. Choroba dawała się we znaki. 
 Przeniosła na mnie wzrok i w jej spojrzeniu dostrzegłam współczucie. Weszłam do środka sali, po czym zauważyłam dwóch mężczyzn siedzących przy stoliku. W pierwszej kolejności nie byłam pewna kim oni są, póki blondyn się nie uśmiechnął. A wtedy sobie przypomniałam. 
 - Nancy - rzuciłam oschlej niż zamierzałam. 
 - Czyli już wiesz - stwierdziła. - Przepraszam, Alison. Powinnam ci o tym wcześniej powiedzieć. 
 - Teraz masz szansę. Max - zwróciłam się do chłopaka. - Możesz nas zostawić samych?
 - No coś ty! To oni przyszli do mnie - warknął, wskazując na mężczyzn. - Nie zostawię cię z nimi. 
 - Jest z nimi bezpieczna - zapewniła Nancy. - Prędzej się zabiją niż pozwolą komukolwiek skrzywdzić Alison. 
 - Dlaczego? - zainteresował się chłopak.
 - Bo to są przyjaciele mojego ojca - odparłam.