poniedziałek, 5 stycznia 2015

Jak nie ja, to kto?

Alison

 Działałam instynktownie. Może i nawet to mnie trochę przerażało, gdy z niewiadomych przyczyn wiedziałam jak odpalić samochód bez pomocy kluczyków. To tak, jakbym wraz z otwarciem tych drzwi na zewnątrz, otworzyłam także drzwi w swoim umyśle, dzięki czemu poznałam wiele nowych rzeczy. Jedną z nich było właśnie odpalanie samochodu. 
 Max nie odezwał się do mnie słowem. Widziałam w jego oczach przerażenie, jakby się mnie obawiał. Co przecież nie było możliwy. Chyba. 
  - Max? - zawołałam do chłopaka spoglądając przez przednią szybę samochodu.
 Chłopak stał przede mną i w milczeniu przyglądał się moim poczynaniom. Nagle drgnął, jakby dostał strzałą w klatkę piersiową. Mrugnęłam kilka razy próbując odpędzić od siebie te myśli. Skąd w ogóle przyszło mi takie porównanie do głowy?
 - Max - powtórzyłam. Ten ruszył niepewnym krokiem w moim kierunku i usiadł obok na miejscu pasażera. 
 Gruchot ponownie zasyczał, jednak w końcu odpalił, a na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Wyjechałam, jednocześnie szukając jakiejś drogi. Jednak oprócz leśnych ścieżek w pobliżu nie było żadnej ulicy. 
 - Możesz mi jeszcze raz wyjaśnić, jak się tu znaleźliśmy? - rzuciłam, chcąc nieco rozluźnić atmosferę. Jednak niezbyt udało dobrać mi się odpowiedni temat...
 - Przyszli do mnie w nocy i porwali Amelię. Kazali cię wywabić z domu, z dala od chłopaków. Nie chciałem im pomóc. Może i nie przepadałem za Gabrielem czy Tomem, ale byłem pewny, że to właśnie oni mi pomogą ocalić siostrę. A wtedy rzucili mi zdjęcia. Dziesiątki zdjęć chłopaków z różnych okresów. Widziałem ich pochylających się nad ciałami, a bronią w ręku, albo... - westchnął. - I wtedy na jednym z nich rozpoznałem tą dziewczynę. Sophie, jak się nie mylę. Ci mężczyźni powiedzieli mi, że to była twoja przyjaciółka, a na innym zdjęciu pokazali mi Mike'a. Powiedzieli, że nie chcą zrobić ci krzywdy, tylko, że zabiorą cię w lepsze miejsce i zaopiekują się tobą. Nie chciałem im wierzyć, Alison - pokręcił głową. - Mieli moją siostrę, a do chłopaków nie miałem już zaufania... Więc się zgodziłem. 
 Westchnęłam.
 - Jak wyglądali ci... mężczyźni?
 - Jeden był niskim blondynem. Po trzydziestce z kilkudniowym zarostem. Drugi wysoki i bardzo umięśniony. To tak, jakby przyszedł dobry glina i zły glina. 
 - Czy jeden nie był podobny do Clinta Estwooda?? - zagadnęłam. Nie wiedziałam skąd przyszedł mi ten głupi pomysł, ale... Mój instynkt po prostu przemówił za mnie.
 - Tak! - krzyknął. - Ten drugi bardzo go przypominał. Czekaj... A ty skąd to wiesz?
 - Nie wiem - wzruszyłam ramionami. 
 - Hej! - krzyknął i wyciągnął rękę wskazując na jakiś punkt. - Widzę drogę!


Gabriel

 Spędziliśmy całą noc szukając Alison. W zasadzie... to ja jej szukałem, gdyż Tom nie był w stanie normalnie chodzić. Odwiedziłem każde możliwe miejsce, mając nadzieję, że nic jej nie jest i po prostu postanowiła urządzić sobie długi spacer. Bardzo długi spacer... Ale na próżno. Nikt nic nie widział, ani nie słyszał. 
  Więc siedziałem w domu Toma i właśnie zanosiłem mu butelkę zimnej wody i tabletki przeciwbólowe. Dziwnie się czułem zajmując się tym dupkiem. O wiele bardziej chciałem, żeby na jego miejscu była moja Alison.
 - I jak się czujesz? - zapytałem, gdy przyjaciel wyszedł z łazienki. 
 - Do dupy - stwierdził. - Zwołałem kilka ludzi, żeby pomogli nam z poszukiwaniami. Gabriel - westchnął. - Ona została porwana i...
 - Wiem - przerwałem mu. - Masz - położyłem mu przyniesione rzeczy na szafkę. - Zbieraj się i zaraz pojedziemy znowu do Maxa. Mam nadzieję, że już wrócił.
 Tom połknął tabletkę i otworzył szafę, wyciągając z niej kilka ubrań. Wzdrygnął się, gdy uszłyszeliśmy dźwięk dzwonka. 
 - Otworzysz? - zapytał.
 W milczeniu opuściłem jego pokój, kierując się do drzwi wejściowych. Czułem jak niemal wszystkie mięśnie mnie bolały. Zmęczenie dawało się we znaki, ale nie mogłem odpocząć. Nie, gdy nie wiedziałem gdzie jest moja ukochana. 
 Otworzyłem drzwi i prawie zszedłem na zawał, gdy ujrzałem przybysza. 
 - Jessica?!


Alison 

 - Dlaczego jesteś taka spokojna? - zapytał mnie Max. 
 - Nie jestem - zaprzeczyłam. 
 - Owszem, jesteś. Ja prawie umarłem ze strachu, a ty zachowujesz się tak, jakby cię to nie interesowało. Co więcej, po twojej minie mogę stwierdzić, że jesteś zadowolona. 
 - Max... - westchnęłam. - Nie jestem spokojna. W środku sama prawie umarłam, ale mój instynkt krzyczy, że nie mogę pozwolić dać się jemu opanować. Strach mnie zniszczy, dlatego staram się go ignorować. 
 - Zawsze mnie to przerażało, gdy któryś z nich wykorzystywał mnie do jakiś swoich interesów. A ty siedzisz w całym tym gównie i nie jesteś przerażona? 
 - Jestem - przyznałam. - Ale co mi to da? Bardziej zależy mi na dowiedzeniu się prawdy niż przejmowaniu się, że moje życie to jedno wielkie kłamstwo, a osoby, które kochałam najbardziej mnie zraniły. Gdzie mam cię wysadzić? - zapytałam, gdy wjechałam do centrum miasta. Max obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem.
 - Co masz zamiar zrobić? - zapytał podejrzliwie.
 - Chcę pojechać do ciotki i z nią porozmawiać. Myślę, że jest mi winna kilka wyjaśnień. Do domu, czy pod studio?
 - Nie zostawię cię samej! - oburzył się. - A przynajmniej gdy nie będę miała pewności, że jesteś bezpieczna. 
 Przytaknęłam, gdyż nie wiedziałam co innego miałam zrobić. Skręciłam i skierowałam się w stronę szpitala. Na ulicy nie było zbyt wielkiego ruchu, więc już po paru minutach byliśmy na miejscu. Zostawiliśmy tego gruchota na parkingu. 
 W szpitalu spotkaliśmy się z nieprzyjemnymi spojrzeniami pracowników. Wiedziałam, że nie wyglądaliśmy najlepiej. W końcu spędziliśmy parę godzin w jakimś starym domku i musieliśmy jechać w jeszcze starszym aucie. Czułam jak pot przesiąknął moje ubranie i na dodatek bardzo chciało mi się siku. Ale najważniejsze dla mnie było spotkanie się z moją nie - ciotką.
 Max szedł tuż przy mnie. I nawet do jej sali wszedł ze mną. Zrobiło mi się cieplej na sercu, gdy dostrzegłam ją siedzącą na łóżku. Wyglądała o wiele lepiej niż ostatnio, gdy tu byłam. Chociaż i się uśmiechała, zbyt dobrze ją znałam, żeby mogła ukryć ból. Była zmęczona. Choroba dawała się we znaki. 
 Przeniosła na mnie wzrok i w jej spojrzeniu dostrzegłam współczucie. Weszłam do środka sali, po czym zauważyłam dwóch mężczyzn siedzących przy stoliku. W pierwszej kolejności nie byłam pewna kim oni są, póki blondyn się nie uśmiechnął. A wtedy sobie przypomniałam. 
 - Nancy - rzuciłam oschlej niż zamierzałam. 
 - Czyli już wiesz - stwierdziła. - Przepraszam, Alison. Powinnam ci o tym wcześniej powiedzieć. 
 - Teraz masz szansę. Max - zwróciłam się do chłopaka. - Możesz nas zostawić samych?
 - No coś ty! To oni przyszli do mnie - warknął, wskazując na mężczyzn. - Nie zostawię cię z nimi. 
 - Jest z nimi bezpieczna - zapewniła Nancy. - Prędzej się zabiją niż pozwolą komukolwiek skrzywdzić Alison. 
 - Dlaczego? - zainteresował się chłopak.
 - Bo to są przyjaciele mojego ojca - odparłam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz