niedziela, 25 stycznia 2015

Życie jest zbyt krótkie, aby rozpamiętywać przeszłość.


ALISON

 Spędziłam w domu ojca kilka godzin, podczas których wyjaśniliśmy sobie kilka kwestii. Mniej więcej jego przyjaciele przeprosili mnie za to drobne "porwanie". Miało to na celu oddalenie mnie od Gabriela i Tomasa. Marny sposób, ale sposób... Mogli przecież zostawić mi jakąś wiadomość, albo zabrać w bardziej cywilizowane miejsce. Ale cóż... przestępców nie zrozumiesz. 
 Tak więc, w końcu doszliśmy do jakiegoś porozumienia w sprawie naszego nowego domu. Ojciec pozwolił mi wybrać dowolne miejsce na Ziemi, więc postanowiłam żeby nasz nowy dom znajdował się w Sydney. Zresztą, zawsze chciałam tam zamieszkać, a dodatkowy bonus w postaci znalezienia się bardzo, ale to bardzo, daleko od chłopaków był drobną rekompensatą za to, co mi zrobili. Chciałam już wyjechać i zapomnieć o tym co mnie spotkało. Zacząć wszystko od początku - jak mawiał ojciec. 
 Zadzwoniłam do Maddie, aby się z nią pożegnać. Ta oczywiście się rozpłakała i nakrzyczała na mnie, że i ja ją zostawiam. Nie wiem jakim cudem, ale chłopacy załatwili sprawę z Sophie. Tu była uznana za zaginioną i nigdy nie wyruszyła z nami nad jezioro. Brakowało mi jej... ale myślę, że w końcu pogodziłam się z jej śmiercią albo po prostu nie byłam z nią aż tak związana. Po pogrzebie Mike'iego nie wychodziłam z pokoju przez tydzień. Póki Tom nie zaczął się pojawiać regularnie w naszym domu, pewnie zostałabym tam dłużej. 
 Rozmowa z Gustavem także przebiegła szybko. Podziękowałam mu i zapewniłam, że nie zerwę naszej umowy ( w końcu byłam z nim przez rok związana, a przedwczesne zerwanie kontraktu powodowało iż musiałabym zapłacić mega olbrzymią karę). Obiecałam przysyłać swoje prace co kilka tygodni, a także pojawiać się czasem na wystawach. Oczywiście nie zdradziłam nowego miejsca pobytu. Wszystkim mówiłam, że chcę zwiedzić parę miejsc w Europie. 
 Rano wybrałam się na cmentarz, aby pożegnać się z Michealem. Niestety nim zdążyłam wrócić do domu dostałam nieprzyjemny telefon. Nancy niestety odeszła w nocy podczas snu. Długo płakałam. Jedynie myśl, że jeszcze dzisiaj stąd wyjadę trzymała mnie na duchu. Gdy Micheal odszedł, odeszła także cząstka mnie. Jednak gdy Nancy nas zostawiła, czułam żal, ale i jednocześnie ulgę, że już nie jestem żadnym długiem do spłacenia. Dlatego też ruszyłam do swojego mieszkania, gdzie mieli być ludzie od przeprowadzki. Wiedziałam, że gdy nie będę sama rozpacz nie będzie aż tak okrutna. I nie myliłam się. Przez następne kilka godzin moje myśli zajmowały pudła i rzeczy, które do nich wkładałam. Ustaliliśmy, że zabiorę tylko swoje rzeczy i kilka obrazów. Meble nie były mi w żadnym wypadku potrzebne, zwłaszcza, że ojciec miał na koncie dosyć sporo pieniędzy, które zapewniłyby dostatek jego i moich wnuków. 
 Gdy w końcu wszystko zostało spakowane, postanowiłam zajrzeć do Josha, aby i z nim się pożegnać. Akurat, gdy chciałam zapukać do niego, ten postanowił wyjść, przez co omal się nie zderzyliśmy. 
 - Alison! - krzyknął z wielkim uśmiechem na twarzy. - Boże, jak ja za tobą tęskniłem - przytulił mnie. - Co się z tobą działo, dziewczyno? 
 - Przepraszam, Josh - udałam skruszoną. - Miałam... problemy. 
 Zmarszczył brwi.
 - Czy to coś poważnego? 
 - Przeprowadzam się - wyjąkałam. - M... moja ciocia... Nancy, ona nie żyje - rozpłakałam się. 
 Chłopak zaprowadził mnie do salonu i posadził na kanapie. Przez chwilę pozwolił wypłakiwać się na swoim ramieniu, a gdy się uspokoiłam wstał, aby zrobić nam herbatę. Opowiedziałam mu o moim ojcu i prawdziwej sytuacji między mną a ciotką. I naszym wczorajszym spotkaniu... 
Istnieje taki ostatni dzień - przypomniałam sobie rozmowę z lekarzem. Tuż po tym, jak dowiedziałam się, że Nancy jest śmiertelnie chora i nie zostało jej dużo czasu, lekarz poinformował mnie o przebiegu całej jej choroby. Cały czas dostawała leki przeciw bólowe. Z czasem jej stan miał się pogorszyć, gdzie lekarstwa już by nie pomogły. Stałaby się zwykłą roślinką, aż w końcu by zmarła. Chyba, że ( jak w tym przypadku) czekał ją ostatni dzień, w którym czułaby się bardzo dobrze. Tak, jakby wygrała z chorobą i regenerowała swoje siły. Jednak już następnego dnia miało być gorzej. 
 Po niecałej godzinie mój telefon znowu zadzwonił. Ignorowałam telefony i wiadomości od Gabe i Toma, więc w końcu sobie odpuścili. Mój ojciec zadzwonił, aby poinformować mnie, że samolot już na nas czeka. Już przeszła mi ta ekscytacja tym, iż mój ojciec miał prywatny odrzutowiec. 
 Josh niechętnie pożegnał się ze mną i, gdy mu w końcu obiecałam, że jeszcze się spotkamy i będę do niego pisać, puścił mnie. 
 Ruszyłam w stronę studia należącego do Maxa. 


GABRIEL


 Wiedziałem, że Max nie przywita nas z otwartymi rękami. Ale nie spodziewałem się tego, że nawet nie będzie chciał z nami rozmawiać. Po prostu zamknął przed nami drzwi i kazał, cytuję : WYPIERDALAĆ. 
 Tak też zrobiliśmy. Ale wróciliśmy z powrotem. Powtarzaliśmy ten rytuał co godzinę. Przez cały dzień. 
 - Boże, Max! Zlituj się człowieku! - jęknąłem, waląc ręką w drzwi od studia. - Chcemy tylko wiedzieć, gdzie ona jest. Proszę...- wyszeptałem ostatnie zdanie, czując jak łzy zbierają mi się w oczach. Na samo wspomnienie o niej ogarniała mnie niewyobrażalna tęsknota i ból. Chciałem być przy niej. Znów poczuć ją na sobie, aby wiedzieć, że wszystko już będzie dobrze. 
 - Chyba powiedziałem, że macie spie... - umilkł, spoglądając w moje oczy. Wiedziałem, że widział w nich desperację. Zrobiłbym wszystko, aby ją znów odzyskać. 
 - Nie ma jej tutaj - westchnął. 
 - Ale ty wiesz, gdzie ona jest - warknął Tom. Szturchnąłem go w bok, aby się uspokoił. 
 - Nie, nie wiem. Rozstaliśmy się wczoraj w szpitalu. Mam nadzieję, że jej już tu nie ma - powiedział. - Po tym co się dowiedziała nie dziwię się, że od was uciekła. 
 - O czym ty mówisz? - zmarszczyłem brwi. Ten tylko się zaśmiał. 
 - Jak to o czym? Ona już wie, kto zabił jej przyjaciela. No i jest także ta dziewczyna, którą się pozbyliście. Jestem pewien, że uciekła od was jak najdalej. 
 - Coś ty jej powiedział?! - krzyknąłem, uderzając pięścią w drzwi. 
 - Prawdę - prychnął. - Zniszczyliście jej życie. Mam nadzieję, że zostawicie ją w spokoju... - jego wzrok powędrował za nami.
 Odwróciłem się i ujrzałem dwóch policjantów, którzy wyglądali mi na trochę, jakby znajomych. Młodszy gliniarz trzymał w dłoni list, zaś starszy wyciągnął kajdanki. Westchnął po czym zwrócił się do Tomasa, który teraz był blady niemal jak trup. 
 - Mówiłem, żebyś w nic się nie pakował... - szepnął policjant. - Tomasie Calvide. Jesteś aresztowany pod zarzutem morderstwa Micheala Donavana - chwycił i odwrócił mojego przyjaciela, skuwając go kajdankami. Tomas spojrzał na mnie przerażony. O co w tym wszystkim, kurwa, chodziło? Przecież to nie on go zabił. I gdyby nie pojawił się tamtej nocy przed galerią, Alison pewnie też byłaby martwa. Dzięki niemu Steve Foster nie zabił i ją. 
 Tuż po tym, jak metal zamknął się na jego dłoniach, usłyszałem rozpaczliwy pisk. Odwróciłem się i ujrzałem ją. 
 Alison stała kilka metrów od nas. Dłonią zakryła usta, a na jej policzkach widniały ślady łez. Cała się trzęsła. 
 - All - powiedziałem. Zrobiła krok do tyłu. - Alison! To nie tak, jak myślisz. On go nie zabił... - Choćbym nie wiem co powiedział, ona nie słuchała mnie. 
 - Nie zbliżaj się do mnie! - krzyknęła, wyciągając przed siebie ręce, jakby chciała mnie nimi zatrzymać. Ruszyłem w jej stronę.
 - Alison! - krzyknąłem, gdy ta odwróciła się i zaczęła biec. Nie pozostałem jej dłużny. Biegłem i wykrzykiwałem jej imię, lecz ona wciąż nie zatrzymywała się. 
 - Alison! - ponowiłem wołanie, jednak na nic. Dziewczyna skręciła, uciekając w stronę jej samochodu, znajdującego się na parkingu po drugiej stronie ulicy. I wtedy czas niemal się zatrzymał. Zwolniłem, spoglądając za siebie. 
 - Uważaj! - krzyknął Tomas, którego wpakowywali do radiowozu. Dopiero później dostrzegłem samochód, który zmierzał w naszą stronę. A tak dokładniej w stronę Alison. Odwróciła się w momencie, gdy auto niemal w nią uderzyło. Z całych sił wykrzyknąłem jej imię. Jednak na próżno. Dziewczyna zderzyła się z pojazdem. Jej ciało rozbiło przednią szybę, jednak później spadła na asfalt. Nie ruszała się. Pędem pobiegłem do niej. Bałem się ją dotknąć, aby bardziej jej nie skrzywdzić. Leżała tam i wykrwawiała się na śmierć. 
 - Wezwijcie, kurwa, pogotowie!!! 
 Dotknąłem jej ręki, a po moich policzkach spłynęły łzy. Płakałem. Pierwszy raz od kilku lat rozpłakałem się, jak dziecko. Nawet na pogrzebie rodziców nie płakałem tak, jak właśnie teraz. 


 Operowali ją od pięciu godzin. W tym czasie Tomas został oczyszczony z zarzutów i siedział tuż obok mnie. W rękach trzymałem ohydną szpitalną kawę. Pomimo próśb pielęgniarek nie wziąłem żadnych tabletek uspokajających. Musiałem trzeźwo myśleć, nawet gdy byłem pogrążony w bólu. Drzwi od sali otworzyły się. Wyszła przez nie drobna pielęgniarka. W jej oczach widziałem smutek. 
 - Proszę przejść na czwarte piętro - poinstruowała nas. - Zaraz przewieziemy pacjentkę do sali. 
 - Co z nią? - odezwał się Tomas. 
 - Jesteście z rodziny? - zapytała. 
 - Brat - warknął przyjaciel. 
 - Narzeczony - odpowiedziałem kobiecie. 
 - Lekarz zaraz się z wami spotka. Jej stan... - westchnęła. - Nie będę was okłamywać. Nie jest najlepiej, ale zrobiliśmy co mogliśmy. W ciągu kilku godzin dowiemy się co dalej. 
 Mój telefon znowu zadzwonił, a w międzyczasie pielęgniarka weszła z powrotem na salę. Spojrzałem na Toma, który także bawił się komórką. Skinął na mnie i obaj wyszliśmy na zewnątrz. Byłem wkurzony, że ktoś znowu mi przeszkadzał. Powinienem być w środku i czekać na wiadomości. Czekać na moją małą All. Jednak mieliśmy niewielki problem. Wraz ze śmiercią ojca Toma, to właśnie jego syn stał się jedynym dziedzicem. O dziwo tak też znajdowało się w testamencie. Tomas dziedziczył wszystko. Bez wyjątków. Obydwoje leżeliśmy po uczy zakopani w jego sprawach. Mianował mnie swoim zastępcą, więc do mnie też wydzwaniali. Musieliśmy stawić się w przyszłym tygodniu w jego firmie w Nowym Jorku, aby podpisać jakieś zasrane papiery, związane z przejęciem tego całego gówienka. Warknąłem do ostatniego rozmówcy i rozłączyłem się w trakcie jego wypowiedzi. Wróciłem do szpitala, zostawiając przyjaciela na zewnątrz. 
 W środku znów panowało życie. Pacjenci wyszli ze swoich sal i spacerowali po holu. Kilka pielęgniarek krzątało się między nimi. Minąłem sale operacyjną i skierowałem się ku windzie. Wraz ze mną weszły do niej dwie pielęgniarki. Wyglądały, jakby właśnie skończyły operację. 
 - Spędziłyśmy tam pięć godzin! - warknęła jedna do drugiej. - I co się okazuje?!
 - Och, nie marudź Liv - westchnęła ta druga. - Wiedzieliśmy w jakim jest stanie. To cud, że nie umarła na sali. 
 Jej koleżanka prychnęła. 
 - Umarła w drodze na czwarte piętro. Ale mi to różnica. Mogła zginąć w tym wypadku i nie mielibyśmy żadnej roboty. 
 Moje życie stanęło w miejscu. Mózg zignorował dalszą rozmowę tych kobiet, chociaż miałem ochotę powiedzieć im kilka słów. Niezbyt miłych. Odszedłem od windy, próbując wyjść na zewnątrz. Chwiałem się i wpadałem na wszystko przede mną. Gdy w końcu udało mi się wydostać z tego budynku, poczułem wszystko ze zdwojoną siłą. Tomas obrzucił mnie zaciekawionym wzrokiem. Nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy i to powiedzieć, dlatego też minąłem go i stanąłem tuż za nim. 
 - Ona... ona odeszła - szepnąłem, czując w gardle ogromną gulę.
 A wraz z nią wszystko co dobre w moim życiu.


To już jest koniec, nie ma już nic.
Jesteśmy wolni, możemy iść.


Chciałabym wszystkim podziękować, którzy wiernie śledzili losy bohaterów Shadow of a fallen star. To już jest mój ostatni rozdział, a w najbliższym czasie Katarina udostępni Epilog.
Jeszcze raz dziękuje Wam <3
Pozdrawiam
Seoanaa :3

1 komentarz: